rssdodaj RSS
---Marek Kutarba - Wpisy z Maj 2011
26 maja 2011

Ujednolicony VAT będzie niższy, ale zapłacimy więcej

25 kluczowych dla rozwoju Polski decyzji zawiera nowy raport „Polska 2030 - Trzecia fala nowoczesności”, którego wersję wstępną przedstawił w środę w Łodzi szef zespołu doradców premiera Michał Boni. Pierwsza decyzja dotyczy trwałego zmniejszenia deficytu sektora finansów publicznych do poziomu 1 proc. w relacji do PKB - powiedział cytowany przez PAP minister Boni. Zaraz też dodał, że sprawą do dyskusji jest ujednolicenie stawki VAT na poziomie 18 proc. co dałoby 18 mld zł dodatkowych dochodów do budżetu.

Biorąc pod uwagę fakt, że dziś stawka podstawowa VAT to 23 proc., rozważana przez ministra Boniego nowa stawka wydaje się atrakcyjna. Teoretycznie mogłaby oznaczać obniżkę cen o całe 5 proc. Ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.

Ujednolicenie stawek VAT ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Upraszcza rozliczenia. Jest zatem korzystne z punktu widzenia przedsiębiorców. Oznaczałby koniec nieustających potyczek firm z fiskusem o to, jaką stawkę tego podatku stosować w przypadku konkretnych, niezbyt precyzyjnie opisanych w klasyfikacjach statystycznych towarów i usług. Skończyłoby też toczoną nieustannie podjazdową wojnę o zaklasyfikowanie pewnych towarów do usług, po to by można było zastosować niższą stawkę VAT i w ten sposób uatrakcyjnić cenę sprzedawanych dóbr. By daleko nie szukać wystarczy wskazać na przykład związany z zakupem drzwi czy okien do wykańczanych mieszkań czy domów. Jeśli kupujemy same drzwi za powiedzmy 1 tys. zł netto, to w kasie sklepu przyjdzie nam zapłacić 1230 zł. Jeśli w tym samym sklepie zamówimy je dziś razem z montażem (z reguły za symboliczną opłatę) zapłacimy za nie tylko 1080 zł. Różnica wynika z tego, że w pierwszym przypadku za towar płacimy 23 proc. VAT. W drugim i drzwi i montaż traktuje się jako usługę opodatkowaną stawką 8 proc. Im więcej montowanych drzwi, tym więcej pieniędzy zostaje w naszej kieszeni. Po ujednoliceniu stawki na poziomie 18 proc. i w jednym i w drugim przypadku drzwi kosztowałyby 1180 zł. Nabywca drzwi zarobiłby zatem na ujednoliceniu stawek 50 zł. Ale nabywca drzwi wraz z usługa straciłby 100 zł. I tu jest pies pogrzebany.

Ujednolicenie stawek VAT upraszcza rozliczenia firmom. Zwiększa jednak poziom opodatkowania konsumentów, którzy są rzeczywistymi płatnikami VAT. I to niezależnie od tego, czy tym ostatecznym konsumentem jest firma, czy zwykły obywatel robiący sklepowe zakupy. Jak przyznał minister Boni, ujednolicenie stawek VAT na poziomie 18 proc. (PO w okresie poprzedniej kampanii wyborczej mówiło o 15 proc.), przyniosłoby budżetowi dodatkowe 18 mld wpływów. A zatem średnio każdy z nas musiałby rocznie oddać fiskusowi jakieś 450-460 zł. Oczywiście via sklepowe kasy.

I to nie paradoks, że obniżenie stawki podstawowej VAT prowadzi do wzrostu obciążeń fiskalnych. Musimy pamiętać, że dziś wiele towarów jest opodatkowanych na preferencyjnych zasadach. I to towarów o podstawowym znaczeniu dla naszych domowych budżetów, takich jak np. żywność, na którą w zależności od tego co kupujemy obowiązuje stawka 5 lub 8 proc. Przy zakupie takich towarów trzeba by zatem przy sklepowej ladzie płacić dużo więcej niż dziś. Skutek byłby taki, że mniej zapłacilibyśmy np. za samochód (dziś stawka 23 proc., po ujednoliceniu 18 proc.), za to dużo więcej za chleb, nabiał czy warzywa (dziś 5 proc., po ujednoliceniu 18 proc.). Nie trzeba być jasnowidzem, by przewidzieć jak wielka wybuchłaby w związku z tym awantura polityczna, i jak trudno byłoby uzyskać dla takich zmian akceptację społeczną.

A szkoda, bo na taką dyskusje jest i czas, i miejsce. Do przeprowadzenia potrzebnych zmian najlepszy byłby też pierwszy rok po zbliżających się właśnie wyborach. Później nie ma co liczyć, że w perspektywie kolejnych ktokolwiek zdobędzie się na potrzebną do tego polityczną odwagę. Jest jednak jeden warunek. Potrzebne zmiany (podobne planują Czesi), nie mogą spowodować zwiększenia obciążeń fiskalnych. Podatki i tak są już obecnie horrendalnie wysokie. Nie ma żadnych powodów by były jeszcze wyższe. Jest za to pora, by przy okazji reformowania i upraszczania systemu podatkowego, politycy nauczyli się szanować nasze pieniądze, które dziś z czystym sumieniem marnotrawią.

19 maja 2011

Fiskusowi udało się zadziałać tak, by i wilk był syty i owca cała

Miało być pięknie. Po latach odwlekania niepopularnej decyzji, rząd – w osobie ministra finansów – odważnie wprowadził kasy fiskalne w gabinetach lekarskich i kancelariach prawnych. Przy nielicznych protestach lekarzy i milczącej akceptacji ze strony prawników. Dziś już wiadomo, dlaczego jedyni protestowali bez przekonania, drudzy zaś w ogóle problem zlekceważyli. Z wielkiej chmury spadł zaledwie mały deszcz.

Resort finansów przekonywał, że nowych podatników stosujących kasy będzie blisko 150 tys., a nowych kas około 300 tys. Nieliczni lekarze straszyli podwyżką cen swoich usług. Urzędy skarbowe organizowały dziesiątki szkoleń. Wszystko było gotowe na godzinę zero, czyli początek maja. Przygotowania na miarę końca świata. I tak jak w przypadku zapowiedzi tego ostatniego, okazało się, że żadnej katastrofy nie ma, a liczba świeżo zgłoszonych kas, jest w stosunku do szacunków więcej niż skromna.

Z sondy przeprowadzonej przez DGP wynikało, że kas przybyło niespełna 50 tys. A i to licząc okres od początku roku do początków maja (kto miał obowiązek używania kasy od początku maja, powinien był ja zgłosić w urzędzie skarbowym przed końcem kwietnia, najpóźniej w pierwszych dniach maja). To zaś oznacza, że podatników z nowych grup zawodowych objętych obowiązkiem fiskalizacji było jeszcze mniej. W tej grupie znaleźli się bowiem i tacy podatnicy, którzy kasy instalowali z powodu przekroczenia limitów zwalniających ich z takich obowiązków (40 lub 20 tys. zł, w zależności od okoliczności).

Takich wyników należało się jednak spodziewać. Z czego zresztą doskonale zdawali sobie sprawę prawnicy. Stąd wieści o wprowadzeniu w ich kancelariach kas fiskalnych mogli przyjąć ze stoickim spokojem. Większość dużych Kancelarii i tak obsługuje wyłącznie firmy. Ich obowiązek instalacji kas nie dotyczy. Inne mają zbyt małe obroty, by kasy musiały stosować. Jeszcze inne skupiły się na usługach dla kilku osób, i też korzystają ze zwolnienia. Podobnie jest z lekarzami. Spora grupa z nich nawet w prywatnych gabinetach świadczy usługi głównie dla NFZ. Pozostali też już wiedzą jak uniknąć kasy czy to z uwagi na wysokość sprzedaży (niskie obroty), czy liczbę przyjmowanych pacjentów, czy też – w ostateczności – z uwagi na preferowane formy płatności. I zbyt wielu użytkowników kas już raczej nie przybędzie w tych grupach zawodowych. Analitycy rynku kas fiskalnych mają co przemyśleć. Szczególnie w kontekście wcześniejszych prognoz.

Resort finansów trzeba zaś pochwalić. Nie tyle za polityczną odwagę związaną z tym, że wprowadził kasy tam, gdzie ze strachu przed zrażeniem zaprzyjaźnionych środowisk bali się to dotychczas zrobić inni. Raczej za spryt. Kasy udało się wprowadzić tak, że szare masy ludowe zadowolone są, że wreszcie jest sprawiedliwość na tym świecie, i znienawidzone z powodu wysokich dochodów (nieważne czy rzeczywistych, czy tylko przypisywanych z zawiści) grupy zawodowe utraciły chociaż jeden przywilej (jeśli w ogóle można to tak nazwać). Sami zainteresowani też nie maja zaś powodów do narzekań. W końcu resort finansów zostawia tyle furtek, przez które można od kas uciekać, że nieprzyzwoitością byłoby teraz na niego narzekać.

13 maja 2011

Wilki radzą, jak chronić owce

Czy zasięganie porady u wilka, jak należy chronić owce ma sens? Zdaniem Komisji Europejskiej ma. I jest w tym trochę racji. Kto lepiej niż wilk wie, jak dobrać się do stada owiec. Pytanie tylko o to, czy takie rady będą udzielane w dobrej wierze? W to należy raczej wątpić.

Unia postanowiła bardziej zdecydowanie powalczyć z transferowaniem zysków do rajów podatkowych oraz unikaniem podatków przez transfery między powiązanymi kapitałowo spółkami, czyli legendarne już drenowanie zysków spółek córek przez zagraniczne, najczęściej amerykańskie lub azjatyckie spółki matki. Transfer taki polega głównie na wpływaniu na ceny zakupu towarów lub usług za pomocą fikcyjnej manipulacji tymi cenami. Firmy zazwyczaj w sposób sztuczny zaniżają lub podwyższają ich wartość.

Komisja Europejska powołała nawet 16-osobowe gremium doradcze, które ma jej pomóc w walce, z tym nagannym jak należy rozumieć procederem. I tu zaczyna się kłopot. Unijni urzędnicy chcą by w tej nierównej batalii pomogli jej praktycy. A za takich uważają tych, którzy dziś takimi działaniami się zajmują. Do doradczego gremium trafili zatem przedstawiciele dużych firm pokroju Shella czy Unilever oraz przedstawiciele czterech największych firm doradczych.

Pomysł jest prosty, skoro potraficie organizować takie transfery, to podpowiedzcie nam teraz co zrobić żebyście nie mogli tego robić. Pomysł jest prosty, ale i kontrowersyjny, bo to trochę tak, jakby zaprosić do domu złodzieja, by ten podpowiedział nam, jak się mamy zabezpieczyć przed jego wizytą. Ani ci pierwsi, ani ten drugi nie mają żadnego interesu w tym, by taką wiedzą się dzielić. Z tego powodu pomysł Komisji Europejskiej wydaje się co najmniej kontrowersyjny.

Największe niebezpieczeństwo polega na tym, że praktycy skoncentrują się na promowaniu takich rozwiązań, które pozornie zmierzać będą do tego, co zamierza osiągnąć Komisja Europejska. W praktyce zaś pozostawią swobodę dokonywania transferów tym, którzy doradzając w sprawie nowych przepisów i rozwiązania takie zaprojektowali. Dopóki nie będą one powszechnie znane przyniosą korzyści głównie uczestnikom doradczego gremium.

Czy tak się stanie? Tego nie można z góry zakładać. Ale nie można też tego całkowicie wykluczyć. To zmusza zaś do bacznego patrzenia takim doradcom na ręce. Czy komisja jest w stanie zrobić to samodzielnie, można szczerze wątpić.

Reguły są proste. Można wilka przebrać w skórę owczarka i zagonić do pilnowania owiec. Kłopot w tym, że nie straci on przy tym swej wilczej natury. Prędzej czy później natura ta weźmie nad nim górę, z opłakanymi skutkami dla owiec. Czego oczywiście ani Komisji Europejskiej, ani sobie nie życzymy.

11 maja 2011

Nie taki duży zwrot, jak politycy malują

VAT na ubranka dla niemowlaków trafia w sam środek przygotowań do kampanii wyborczej. I w kampanii tej z premedytacją jest wykorzystywany do zbijania politycznego kapitału. Przekaz jest prosty: posłowie opozycji, wzorując się na przepisach o zwrocie VAT za materiały budowlane, chcą zrekompensować rodzicom ubytek w ich portfelach spowodowany pazernością unijnych urzędników. To, że specjalnie przed akcesją nie zabiegaliśmy o to, by było inaczej, nie ma przy tym większego znaczenia.

Patrząc na założenia tych projektów, można odnieść wrażenie, że dzięki zwrotom nasze budżety będą pęczniały od dodatkowych pieniędzy. I tak np. w projekcie SLD mówi się, że zwrot za obuwie dziecięce nie może przekroczyć 150 zł, a za ubranka dla niemowlaków 540 zł. I to na każde dziecko. Większość z nas pewnie od razu doliczy takie właśnie pieniądze do domowych budżetów. Tymczasem zwrot VAT funkcjonuje na innych zasadach niż ulgi podatkowe. Aby odzyskać 150 zł za obuwie dziecięce, trzeba w sklepie zostawić co najmniej 1230 zł. Z kolei by za ubranka odzyskać 540 zł, w sklepie trzeba zostawić 4428 zł. Większość rodziców na takie szaleństwa raczej sobie nie pozwala i wydatki na dziecięce ciuchy utrzymuje na dużo skromniejszym poziomie.

Dużo skromniejsze będą też odzyskane kwoty. Z każdych wydanych na dziecko 100 zł – o ile Sejm zwrot VAT w ogóle wprowadzi – odzyskamy jakieś 15 zł. To oczywiście sporo. Szczególnie w przypadku biedniejszych rodziców. Brzmi jednak skromnie. Z kolei popisywanie się samym wskaźnikiem zwrotu jest mało medialne i dla większości osób zupełnie niezrozumiałe. Proponowany limit daje zaś złudne poczucie, że zwroty będą jednak znaczące. Rzecz nie do przecenienia w roku kampanii wyborczej. Prawda dotrze do nas zbyt późno, byśmy zdążyli dać upust swemu rozczarowaniu przy wyborczej urnie.

---