rssdodaj RSS
---Marek Kutarba - Wpisy z Listopad 2010
19 listopada 2010

Podatki to nie coś, co ma uszczęśliwić przedsiębiorców

Nie możemy zapominać, że podstawową rolą i funkcją podatków i systemów podatkowych jest dostarczanie pieniędzy do kasy państwa. Taka jest ich rola od chwili, gdy je wymyślono

Resort finansów ruszył na wojnę z twórcami międzynarodowych rankingów, w których Polska tradycyjnie nie wypada zbyt dobrze, uchodząc za kraj wysokich podatków i do tego niezbyt przyjazny biznesowi. I w mówieniu o wojnie nie ma w tym przypadku ani krztyny przesady. Po pierwsze, odpowiedzialny za podatki wiceminister finansów Maciej Grabowski w dość dosadnych słowach podsumował raport Banku Światowego „Doing Business” jako mało wiarygodny i niesprawiedliwy. W obecnym kształcie tworzenie takiego rankingu jest niepotrzebne, szkodliwe i mylące – przekonywał.

Jeszcze dobrze nie zdążyłem przemyśleć jego argumentów, a już ministerstwo wysłało do redakcji swoje bardzo krytyczne uwagi do rankingu „Paying Taxes”. W tym zestawieniu też nie wypadamy zbyt dobrze, zatem reakcja ministerstwa zielonej wyspy, ostatniego bastionu wzrostów na wzburzonym oceanie kryzysów, nie dziwi. A jednak gdy się chwilę zastanowić, nie sposób nie przyznać ministrowi Grabowskiemu racji przynajmniej w tej części, w której odnosi się on do rankingów dotyczących systemów podatkowych. Dlaczego?

Podatki nie są od uszczęśliwiania przedsiębiorców i nie możemy zapominać, że podstawową rolą i funkcją podatków i systemów podatkowych jest dostarczanie pieniędzy do kasy państwa. Czyli, upraszczając, grabienie obywateli z pieniędzy w imię realizacji takich czy innych wspólnych celów. Taka jest rola podatków od chwili, gdy je wymyślono, i taka pozostanie tak długo, jak długo podatki będą istnieć.

Z tego punktu widzenia tworzenie przyjaznej przedsiębiorcom czy innym grupom społecznym polityki podatkowej jest czystą fikcją. W takich rankingach zawsze najlepiej będą bowiem wypadały te kraje, które mogą sobie pozwolić na rozpieszczanie obywateli niskimi lub zgoła żadnymi podatkami. Czyli – jak określił je minister Grabowski – raje podatkowe albo kraje posiadające bogate zasoby bogactw naturalnych. To jednak tylko część prawdy.

Polska nie wypada bowiem źle wyłącznie w kategorii wysokości obciążeń podatkowych. Kiepsko oceniane są także funkcjonujące u nas procedury rozliczeń, rejestracji firm etc. I to właśnie marne oceny na tym polu najbardziej zabolały polskie władze, bo wiele na tym polu ostatnio zrobiono. Sporo uciążliwych obowiązków zniesiono. Kłopotliwych procedur uproszczono. A nie widać tego w rankingach.

Kłopot z rankingami jest taki, że są one spóźnione w stosunku do rzeczywistości. To, co zrobione ostatnio, zauważą dopiero w kolejnych edycjach. A to dla obecnych włodarzy może być nieco za późno. Jeśli bowiem przegraliby przyszłoroczne wybory – chociażby nie wiem jak wydawało się to dziś mało prawdopodobne – może się okazać, że kupony od skokowej poprawy naszych notowań w rankingach odetnie już kto inny. I to właśnie tu może być pies pogrzebany.

12 listopada 2010

Prawo musi być dla obywatela

W Piotrkowie Trybunalskim powstaje piąte biuro Krajowej Informacji Podatkowej. Tym samym resort finansów kończy wykuwanie piątego pierścienia władzy. Nad wszystkimi króluje oczywiście pierścień najważniejszy, ten jedyny, który wszystkie pozostałe powinien spinać i łączyć w jedno – minister finansów. Ale Polska rzeczywistość to nie zaczarowana kraina, w której symboliczny pierścień władzy mógłby cokolwiek łączyć i nad czymkolwiek panować. Działania ministra finansów i podlegających mu biur KIP są tego najlepszym przykładem. Dlaczego?

Jednym z najważniejszych zadań KIP jest wydawanie interpretacji podatkowych. Biura (a raczej ich dyrektorzy) czynią to z namaszczenia władzy i w imieniu ministra. To niewdzięczne zadanie przejęły po urzędach skarbowych. A raczej przejął je minister finansów, wyręczając się przy wypełnianiu tej chwalebnej misji pracownikami biur. Przejął po to, by uporządkować sposób, w jaki przepisy podatkowe tłumaczone są przez przedstawicieli fiskusa. Uporządkować, czyli w tym przypadku ujednolicić. Poprzednio z urzędowymi interpretacjami było jak z prawnikami.

Operacja w zasadzie się udała. W zasadzie, bo mimo że pacjent wydawał się już zdrowszy, okazało się, że symptomy leczonej choroby jednak nie ustąpiły, a jedynie sama choroba przebiega nieco łagodniej. Zamiast kilku różnych stanowisk w tej samej sprawie mamy dziś z reguły tylko dwa, za to bywa, że zupełnie różne. Cel nie został zatem osiągnięty. Ale i osiągnięty być nie może.

Wydając interpretacje podatkowe minister finansów, a w jego imieniu KIP, powinni dążyć do ujednolicenia zasad stosowania prawa podatkowego m.in. przez uwzględnienie orzecznictwa sądowego. Innymi słowy, skoro sądy orzekają, że dany przepis należy czytać w ten, a nie inny sposób, w identyczny sposób powinny tłumaczyć go organy podatkowe w wydawanych interpretacjach. Najczęściej jednak wcale tego nie robią. Mogą jednak czuć się usprawiedliwione. Sądy mają bowiem nie mniejszy kłopot z prawidłowym odczytaniem treści przepisów podatkowych niż urzędnicy skarbówki. Nawet wtedy gdy wydaje się, że kształtuje się już jakaś jednolita myśl, zawsze znajdzie się skład orzekający, który wszystko postanawia odwrócić do góry nogami.

Jaka płynie z tego refleksja? Taka, że problem nie w urzędnikach czy sędziach, ale w jakości, a raczej bylejakości stanowionego w Polsce prawa podatkowego. No bo niby głównym jego adresatem jesteśmy my, zwykli obywatele. Powinno być zatem napisane tak, byśmy łatwo mogli wyczytać z treści przepisów, czego się od nas wymaga, i jakie w zamian przyznaje prawa. Tak być powinno.Trudno uznać, że tak jest, skoro ich treści nie są w stanie rozszyfrować ani sędziowie, ani przedstawiciele fiskusa czy doradcy podatkowi. A przecież to prawo powinno być dla obywateli, a nie obywatele dla prawa. Nawet jeśli jest to prawo podatkowe.

05 listopada 2010

Żeby bogatym żyło się lepiej

W maju 2009 r. na swoim blogu pisałem o uldze na wykup polisy zdrowotnej. Minęło trochę czasu i nic w tej mierze się nie zmieniło. Resort zdrowia nadal uparcie obstaje przy wprowadzeniu takiego odliczenia. Tyle że teraz pomysł zaczyna przybierać bardziej skonkretyzowane ramy, gotowego projektu ustawy.

Pomysł – ujmując rzecz w wielkim skrócie – sprowadza się do wprowadzenia ulgi podatkowej w zamian za to, że wykupimy polisę zdrowotną. Wydatki na jej zakup odliczać mielibyśmy od dochodu. W formie ulgi zwracana byłaby zatem tylko część wydatku. Tym większa, im więcej zarabiamy. Najwyższy zwrot dostałby w takim przypadku ten, kto podatek płaci według stawki 32 proc. Ulga miałaby za to być nielimitowana.

Ale zapowiadana ulga ma sporo mankamentów. Skoro odliczana jest nie od podatku, ale od dochodu, i to bez limitów, to preferuje osoby bogate. W takim przypadku osoba, którą stać będzie na wykupienie polisy ze składką roczną 5 tys. zł, miałaby prawo odpisać od dochodu 5 tys. zł, zaś ta, której wystarczy na polisę za 500 zł rocznie, odpisałaby tylko te 500 zł. Odpisałaby, pod warunkiem że miałaby od czego. Jeśli zastanowić się, kto z takiej ulgi mógłby skorzystać w kraju, w którym dochody ponad 99 proc. obywateli nie przekraczają 86 tys. zł rocznie (czyli około 19,5 tys. euro), to może okazać się, że chętnych na dodatkowe ubezpieczenie wcale nie będzie aż tak wielu.

Po pierwsze, sporo osób o najniższych dochodach i tak nie płaci już podatku. Umożliwia im to ulga prorodzinna. Odliczenie 1112,04 zł na każde dziecko, i to bezpośrednio od podatku, skutecznie ten podatek obniża.

Po drugie, skoro ulga zwraca tylko część nakładów na polisę, to znaczy, że pozostałą trzeba sfinansować z własnej kieszeni. W przypadku osób z pierwszego przedziału skali, sfinansować w ponad 80 proc. Na każde wydane 100 zł ulga zwróci co najwyżej 18 zł. A wszystko to w sytuacji, w której na zdrowie i tak wpłacamy już 9 proc. swoich dochodów. Wpłacamy w formie składki zdrowotnej. Możemy ją co prawda odliczyć, ale niestety niecałą. Do opieki zdrowotnej sporo już zatem z własnej kieszeni dokładamy. Teraz resort zdrowia chciałby, żebyśmy do tego stosika dosypali jeszcze odrobinę. Pytanie tylko w imię czego? Nie ma się co czarować. Ci, których na takie ubezpieczenie stać, już dziś mają je wykupione. Z tego też powodu ewentualna ulga, poza efektem w postaci obniżenia płaconego podatku (tym, których na polisy stać), żadnych dodatkowych, wymiernych dla systemu ochrony zdrowia efektów raczej nie przyniesie.

04 listopada 2010

Reformując system składek płaconych przez wieś, zacznijmy od podatków

Nie da się zbudować efektywnego systemu ubezpieczeń społecznych dla rolników bez gruntownej przebudowy zasad opodatkowania wsi. Od tego powinniśmy rozpocząć dyskusję o sensowności utrzymywania KRUS.

Sekwencja zdarzeń jest krótka. Najpierw Trybunał Konstytucyjny orzekł, że opłacanie przez budżet składek na ubezpieczenie zdrowotne rolników niezależnie od ich dochodów jest niezgodne z konstytucją. To wywołało dyskusję o potrzebie reformy systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych na wsi. Jednak nie tylko o tym. Krótko po orzeczeniu trybunału prezes Kółek Rolniczych Władysław Serafin oznajmił, że pora, by rząd odważył się wprowadzić w rolnictwie system podatkowy zależny od uzyskiwanych dochodów.

Tok rozumowania jest prosty. Jeśli opłacane przez rolników składki mają zależeć od dochodów, dochody te muszą być ustalane w wiarygodny sposób. Rolnikom należy się też prawo do odliczania składek na podobnych zasadach, jakie dziś obowiązują pracowników najemnych i przedsiębiorców. Innymi słowy, nie da się zbudować efektywnego systemu ubezpieczeń dla rolników bez gruntownej przebudowy systemu opodatkowania rolnictwa.

Jest do tego dobry moment. Coraz więcej rolników, i to nie tylko tych najbiedniejszych, zaczyna dostrzegać, że podatek dochodowy może się okazać dla nich dużo lepszym rozwiązaniem niż płacony dziś podatek rolny. I to nawet pomimo konieczności prowadzenia w związku z tym jakiejś formy, uproszczonej zapewne, księgowości. Zrozumiała to także największa chłopska partia – PSL, która już jakiś czas temu proponowała wprowadzenie PIT w rolnictwie. Rolnik miałby taki sam wybór, jaki mają przedsiębiorcy: płacić podatek zryczałtowany lub według skali podatkowej.

Mógłby też pozostać przy podatku rolnym. Pomysł ten nie wyszedł nigdy poza deklaracje, jednak i on spotkał się z poparciem organizacji rolniczych. Ich przedstawiciele przekonywali, że dopiero takie rozwiązanie pokaże, czy rolnicy rzeczywiście są podatkowo uprzywilejowani w stosunku do mieszkańców miast. Łatwo się o tym przekonać, dokonując symulacji opodatkowania gospodarstw w różnych systemach PIT. Dla większości wprowadzenie podatku dochodowego oznaczać będzie niższe wpłaty na rzecz fiskusa niż dziś, kiedy płacą podatek rolny. Dodatkowo rolnicy mogliby korzystać z wielu przywilejów dziś dla nich niedostępnych, takich jak ulga prorodzinna czy wspólne rozliczenie z małżonkiem.

Dziś rolnicy płacą podatek rolny. Jego wysokość liczy się na podstawie tzw. hektara przeliczeniowego. Pomysł polega na tym, że przyjmuje się określony wskaźnik do przemnożenia posiadanego areału w zależności od kategorii gruntu (dobra ziemia czy zwykły nieużytek, łąka czy pole uprawne) i od tego, do którego z czterech okręgów podatkowych zalicza się gmina, na terenie której grunty się znajdują. I tak dla najlepszych gruntów z kategorii I położonych w I okręgu podatkowym przelicznik ten wynosi 1,95. Posiadając 10 ha ziemi, na potrzeby podatku rolnik traktowany jest tak, jakby posiadał 19,5 ha ziemi. To właśnie owe hektary przeliczeniowe.

Obliczenie podatku jest stosunkowo proste. Stałą stawkę uzależnioną od cen pszenicy przemnaża się przez liczbę hektarów przeliczeniowych. Oczywiście część rolników ma obniżony podatek, np. gdy grunty położone są na obszarach górskich.

Podatek trafia do gmin, zasilając ich skarbce około 1 mld zł rocznie. Dla porównania z tytułu udziałów we wpływach z PIT gminy mają dostać w tym roku około 11 mld zł.

Mankamentem podatku rolnego z punktu widzenia rolnika jest to, że trzeba go płacić niezależnie od wyników ekonomicznych gospodarstwa. Nawet wtedy, gdy zysk jest niewielki albo żaden.

W przypadku podatku dochodowego jest inaczej, płaci się go od rzeczywistego dochodu. Przychody, jakie przynosi gospodarstwo, można zatem pomniejszyć o wszystkie ponoszone koszty. Można też odliczać straty z tych lat, w których koszty przewyższyły przychody, a zatem gdy gospodarstwo przyniosło stratę. Jeśli dodać do tego możliwość odliczania składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne, ulgę prorodzinną czy też możliwość wspólnego opodatkowania się z małżonkiem, szybko okazuje się, że większość rolników, rozliczając się z PIT, nie płaciłaby podatku w ogóle.

Dlatego między bajki należy włożyć tezę, że po wprowadzeniu PIT na wsi rolnicy zaczną płacić więcej podatków, a miasto przestanie ich w końcu utrzymywać. Tak się nie stanie. Jednak system będzie bardziej przejrzysty. I sprawiedliwszy. Również dla rolników.

Gdyby wprowadzić w rolnictwie PIT zbliżony do systemu, jaki dotyczy firm, rolnik mógłby również rozliczać się ryczałtem. Wówczas płaciłby co prawda PIT od przychodów, a nie dochodów (czyli bez prawa do uwzględniania kosztów), ale według dużo niższej stawki. To spowodowałoby obniżenie obciążeń podatkowych nie tylko dla małych, lecz także dużych gospodarstw rolnych.

Dopiero taka zmiana obciążeń podatkowych rolników otwiera szerokie pole do gruntownej reformy systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych rolników. Umożliwia też urealnienie płaconych przez nich składek.

Tekst napisany wspólnie z red. Ewą Matyszewską

---