rssdodaj RSS
---Marek Kutarba - Wpisy z Wrzesień 2010
23 września 2010

Pomimo kryzysu bogacimy się. Przybywa osób płacących najwyższe podatki

Kryzys spowodował, że Polacy lepiej zarabiają. Tak przynajmniej zdaje się wynikać z analizy danych dotyczących rozliczenia podatku dochodowego od osób fizycznych za 2009 rok. Liczba osób zarabiających powyżej 85 tys. zł wzrosła w ciągu roku (licząc rok 2008 do roku 2009) o nieco ponad 45 tys. osób. Ale to i tak nic w porównaniu z danymi za rok poprzedni. W 2008 roku było takich osób blisko 140 tys. więcej niż w roku 2007.

Wcześniej trend był zupełnie inny. Podatników opłacających podatek według najwyższej stawki stale ubywało. Tylko między rokiem 2006 a 2007 ubyło ich ponad 50 tys. Zdaniem ekspertów przyczyna była prosta: utrzymujące się od dłuższego czasu wysokie opodatkowanie dochodów zachęcało podatników do ucieczki w szarą strefę, a w przypadku osób najlepiej zarabiających – do ucieczki z pieniędzmi przed polskim fiskusem za granicę. W tym do rajów podatkowych. Ostatnie trzy lata odwróciły ten trend.

Niższe podatki

Ten nagły zwrot tendencji ma proste uzasadnienie. Od 2007 roku Polska konsekwentnie obniża poziom opodatkowania osób fizycznych. W pierwszym roku uzyskano to, wprowadzając ulgę na dzieci, która tylko w pierwszym roku jej obowiązywania pozostawiła w kieszeniach podatników ponad 5,4 mld zł. Podniesiono też próg dochodów, powyżej których płaci się najwyższą stawkę podatku: z 74 do 85 tys. zł. Rok później było to już 6 mld zł, a w 2009 roku – 5,6 mld zł. W 2009 roku obniżono stawki PIT z 19, 30 i 40 proc. do dwóch: 18 i 32 proc. Wcześniej obniżono także obciążenia z tytułu ZUS. Niższe obciążenia sprzyjają uczciwości. Im mniej musimy oddać państwu, tym niższa jest nasza skłonność związana z ryzykiem ucieczki od podatku. To reguła potwierdzana wielokrotnie na całym świecie.

Teoretycznie powinna zadziałać także inna zasada. Im niższe podatki, tym wyższe wpływy podatkowe. Taki skutek odniosły początkowo te kraje, które wprowadziły u siebie podatek liniowy, takie jak Słowacja czy Estonia. W Polsce efekt ten uzyskaliśmy tylko w latach 2007 – 2008.

Stawki w dół, wpływy w dół

Obniżenie stawek PIT do 18 i 32 proc. zakończyło się spadkiem dochodów z tytułu tego podatku o niemal 3,6 mld zł. Z tego osoby o zarobkach powyżej 85 tys. zł rocznie, czyli płacące podatek według najwyższej stawki, zapłaciły mniej o niemal 1,5 mld zł. Mimo że było ich o 45 tys. więcej. Wcześniej, mimo że takich radykalnych zmian w podatkach nie było, liczba podatników płacących podatek według najwyższej stawki (40-proc.) wzrosła rok do roku o więcej niż połowę. Należny zaś od nich podatek o niemal 5 mld zł, podczas gdy całkowity wzrost, licząc rok 2007 do 2008, wyniósł prawie 10 mld zł. Ta grupa podatników wygenerowała zatem niemal połowę dodatkowych wpływów.

Spadek wpływów w 2009 roku wynika bezpośrednio z obniżenia stawek PIT. Był zresztą planowy. Taki założyło Ministerstwo Finansów. Kłopot w tym, że teoretycznie powinno być inaczej. Im niższy podatek, tym więcej osób skłonnych do ujawniania ukrywanych dotychczas dochodów, a zatem i wyższe wpływy podatkowe.

Dlaczego jednak w 2009 roku dobrze zarabiających podatników przybyło mniej niż rok wcześniej? Jest bardzo prawdopodobne, że zadziałała psychologia. Wcześniej, po zmianach w 2007 roku, sytuacja była ustabilizowana. Podatek płacony od dochodów poniżej 85 tys. zł był w miarę stały i wynosił około 20 tys. zł. W 2009 roku to się zmieniło. Podatek dla tej kwoty zmalał do niecałych 15 tys. zł. Co prawda spadł też podatek płacony od nadwyżki. Ale tego nie widać w skali. Podatek płacony do momentu przekroczenia progu dochodowego jest zaś wpisany w mechanizm skali. I bardzo dobrze go widać. Dla części osób mógł to być znakomity powód do tego, by ograniczyć swoje dochody, uciekając tym samym od przekroczenia progu kwalifikującego ich do wyższej stawki.

To zjawisko można już było w Polsce obserwować wcześniej. Świetnie ilustruje to przykład taksówkarzy, którzy potrafili rezygnować z części dochodów tylko po to, by nie zacząć płacić VAT. Dlatego w momencie zbliżania się do limitu zwolnienia z tego podatku zawieszali swoją działalność przed końcem roku, tak by limitu tego nie przekroczyć.

Podobnie robiło wiele małych firm. Strach przed zapłatą większego podatku był na tyle duży, że skądinąd przedsiębiorczy przecież ludzie rezygnowali świadomie z zarabiania większych pieniędzy tylko po to, by uciec przed podatkiem. Rezygnowali lub uciekali z częścią dochodów do szarej strefy. Część firm, które działalność formalnie zawieszały, nadal funkcjonowała bowiem w najlepsze. Proceder ten skończył się wraz z radykalnym podniesieniem limitu zwolnienia z VAT. Dalej nie było już potrzeby kombinować.

Podobny efekt, w zakresie podatku dochodowego, można byłoby uzyskać, wprowadzając jedną stawkę PIT. Podatnicy nie musieliby wówczas zaprzątać sobie głowy tym, co zrobić, by część dochodów przenieść na rok następny lub ukryć w sposób umożliwiający im pozostanie w pierwszym przedziale skali podatkowej.

Kryzys niektórym pomaga

Z drugiej jednak strony nie sposób nie zauważyć, że podatników, których dochody roczne przekraczają 85 tys. zł, jednak przybyło, i to mimo kryzysu. Zdaniem ekspertów przyczyna może być jednak inna. Wyczerpywanie się rezerw wysoko wykwalifikowanych kadr. Im mniej dostępnych na rynku specjalistów, a większe na nich zapotrzebowanie, tym łatwiej im uzyskać podwyżki. Gdyby miało się to jednak potwierdzić, byłby to wyjątkowo zły prognostyk dla gospodarki.

Tekst napisany wspólnie z red. Ewą Matyszewską

17 września 2010

Podatki to nie lek na kłopoty

W Polsce panuje dziwne przekonanie, że jeśli istnieje jakiś trudny do rozwiązania problem społeczny, najlepiej będzie rozwiązać go, wprowadzając odpowiednią ulgę podatkową. Podatki urastają do zupełnie niezasłużonej im rangi, głównego regulatora rynku oraz leku na wszelkie społeczne bolączki. Tymczasem ich rola jest zupełnie inna i dużo prostsza.

Podatki są po to, by zapełniać państwową kasę. Zaprzęganie polityki podatkowej do rozwiązywania mniej lub bardziej poważnych problemów społecznych tej funkcji podatków nie zmieni. Co gorsza, im większe są nasze oczekiwania co do liczby rozwiązywanych tą drogą problemów, tym wyższe podatki musimy płacić. Im więcej sprezentujemy sobie ulg, tym więcej oddamy później do państwowej kasy.

Doświadczyliśmy tego już zresztą. W latach 90. ubiegłego wieku, gdy katalog ulg w PIT był najszerszy, pierwszy i jedyny raz podniesiono nam stawki tego podatku. Później, w miarę jak wygaszano ulgi, zrobiło się miejsce na obniżanie stawek podatku. Pech jednak chciał, że obniżeniu stawek PIT do 18 i 32 proc. towarzyszyło wprowadzenie ulgi prorodzinnej (odliczamy z tego tytułu ok. 6 mld zł rocznie) i obniżenie składek ZUS. Ulga prorodzinna była potrzebna. Ale nie po to, by jakoś zaradzić spadającej dzietności polskich kobiet. Bez niej najmniej zarabiające osoby nie odczułyby skutków obniżki. Skala z nowymi stawkami została bowiem tak skonstruowana, żeby straty na obniżonych podatkach były minimalne. Dziś przychodzi nam zapłacić za to rachunek. Rząd nie miał co prawda odwagi zlikwidować kosztownej dla niego ulgi, ale podnosi za to stawki VAT. Zarobi na tym mniej więcej tyle, ile my odliczamy od podatku w ramach ulgi na dzieci. Rachunek został wyrównany.

A dzieci jak było mało, tak jest nadal. Ulga na dzieci okazała się nie mieć zbawiennego wpływu na to, ile ich w rodzinach mamy. Było to zresztą oczywiste już w chwili jej wprowadzania dla każdego, kto chociaż odrobinę zna się na podatkach. Ale stanowiło też znakomite maskowanie dla rzeczywistego celu, dla którego ją wprowadzono. Teraz mizerne efekty jej stosowania będą doskonałym pretekstem do jej skasowania.

Zapowiedział to już zresztą w tym tygodniu minister Rostowski. Wątpliwe co prawda, by zrobił to już od stycznia 2011 roku. Odpowiednie zmiany musiałyby trafić bowiem do Dziennika Ustaw przed 30 listopada 2010 r., a na to są raczej marne szanse. Kalendarz legislacyjny jest w tym przypadku nieubłagany. To jednak nie od tego kalendarza, ale od kalendarza wyborczego mogą zależeć decyzje dotyczące ulgi. Łatwo sobie można wyobrazić sytuację, że za rok ceną, jaką przyjdzie nam zapłacić za wstrzymanie kolejnych podwyżek VAT, będzie likwidacja niepotrzebnej społecznie ulgi prorodzinnej. I cenę tę zapłacimy pewnie bez zmrużenia oka. Wystarczy, że odczujemy podwyżki VAT przy sklepowych ladach. A odczujemy je na pewno.

13 września 2010

Podatkowa karząca ręka sprawiedliwości

Podatek ma ukarać szefów banków za kryzys. Ale to nie szefowie ucierpią z powodu nowych opłat

Zdajemy się trwać w przekonaniu, że banki, głównego winowajcę kryzysu, powinna w ramach odwetu dosięgnąć podatkowa karząca ręka sprawiedliwości. Na przykład w formie podatku bankowego. Czy słusznie?

Banki to bardzo wygodny winowajca. Jako jedna kategoria stają się podmiotem anonimowym, jakimś obcym tworem. Są wdzięcznym wrogiem, bo w powszechnym przekonaniu łupią nas jak fiskus. Większość z nas miewa też z nimi niemiłe przygody przy okazji zaciągania kredytu czy przeglądania wyciągu z konta, na którym wciąż pojawiają się nowe opłaty.

Jednak przerzucanie na banki odpowiedzialności zbiorowej za kryzys i obarczanie ich podatkiem, traktując jako jeden anonimowy twór, jest hipokryzją. To przecież nie banki podejmują decyzje, ale ludzie stojący na czele tych finansowych molochów. A w nich podatek bankowy nie uderzy. Z resztą nie uderzy też w banki. Zapłacimy za niego my wszyscy przy bankowych okienkach, przed monitorami komputerów. Warto się nad tym pochylić, głosząc hasło karnego opodatkowania banków. Kto w ten sposób zostanie ukarany? Kto zapłaci końcowy rachunek?

To zresztą niejedyny problem. Kłopot w tym, że nowy podatek skutecznie da się wprowadzić tylko wtedy, gdy zmuszone będą go płacić osoby o niskich dochodach, słabo wykształcone. Takie, które nie mają możliwości i nie umieją przed podatkiem uciec. Banki umieją. Nie brakuje im środków, by to zrobić, ani ludzi, którzy wiedzą, jak uciec. Przekonały się już o tym kraje, które podatek ten wprowadziły, choćby Wielka Brytania. Już zaczął się exodus banków do krajów, w których podatku nie ma. To niebezpieczeństwo dostrzega też Unia, nie wierzy jednak chyba, że znajdą się na świecie miejsca, w których podatku nie będzie. Dlatego bardziej zajmuje się tym, czy wszystkie państwa będą stosowały w związku z nim jednakowe reguły, niż tym, czy w ogóle powinny go stosować. Kłopot w tym, że Unia, chcąc uniknąć szkodliwej konkurencji podatkowej, walczy o ujednolicanie podstaw opodatkowania, ponosząc na tym polu same klęski.

Przykładem tego są trwające kilkanaście lat negocjacje w sprawie ujednolicenia zasad liczenia tego, od czego płaci się CIT (nasz podatek od osób prawnych). Mimo ton niepotrzebnie wyprodukowanych dokumentów spór o ten drobiazg tkwi w punkcie wyjścia. Trudno uwierzyć, że w przypadku ujednolicania podatku bankowego stanie się inaczej. Że przy sprzecznych interesach fiskalnych unijnych przyjaciół uda się osiągnąć rozsądny kompromis. I w końcu, że nie znajdzie się w tej grupie ktoś, kto uzna, że lepiej, by u niego banki nie płaciły podatków w ogóle, niż by z powodu dodatkowego obciążenia miały uciekać do Azji.

05 września 2010

Biurokracja, czyli historia o domu, który czyni szalonym

W ramach walki z biurokracją projekty ustaw będą miały metryczki. W urzędach urzędnicy będą cierpliwie te metryczki wypełniać. A do wykonywania ich poprzednich zadań będą potrzebni kolejni urzędnicy

Każdy, kto choć raz otarł się o komiksy Rene Goscinnego z serii „Asterix”, pamięta zapewne historię o domu, który czyni szalonym. Historyjkę o bezsensownej biurokratycznej mitrędze, która doprowadzała obywateli cesarstwa rzymskiego do szaleństwa. W komiksie i nakręconym na jego podstawie filmie machina ta ulega samozniszczeniu przechytrzona przez dzielnego gala – Asteriksa. I tu dobra wiadomość. Właśnie dochowaliśmy się naszej rodzimej wersji tego bohatera. Premier Tusk powołał Adama Jassera na pełnomocnika rządu ds. walki ze zbędną biurokracją, nadając mu rangę wiceministra. Zbędną, czyli jakaś tam biurokracja potrzebna nam do życia jednak jest. A raczej, odwracając nieco funkcję ministra Jassera, jest nam niezbędna.

Tak czy siak jest nadzieja, że wkrótce i polskie domy czyniące ludzi szalonymi znikną w mrokach dziejów. Niepokoi tylko, że ta krucjata odbywa się pod flagami rządu. A zatem samej administracji. Niejedyny to jednak niepokój.

– Od dzisiaj na Radę Ministrów będą mogły trafiać wyłącznie takie projekty ustaw, które będą zawierały taką szczególną metryczkę informującą o tym, na ile dany projekt sprzyja deregulacji, na ile usuwa zbędne przepisy, a na ile – bo przecież i takie się zdarzają – dodaje nowe regulacje – uzasadniał premier powołanie nowego pełnomocnika. Przy słowie „metryczka” coś we mnie drgnęło i nadzieja na to, że oto rodzi się polski Asterix, który rozsadzi biurokratyczne absurdy, zgasła równie szybko, jak wcześniej rozbudził ją premier.

No bo i pomyślcie Państwo sami. Najpierw był pomysł z metryczkami do akt podatkowych. Tak na wszelki wypadek, żeby było wiadomo, kto kiedy do nich zaglądał i co z nimi robił. Pomysł w sumie niegłupi. Później ten sam pomysł miał dotyczyć projektów ustaw. Cel równie zbożny. Wszyscy pamiętamy przecież, jak to było z aferą Rywina. Teraz w ramach walki z biurokracją mają być metryczki do projektów przyjmowanych przez rząd. Metryczki, w których ma znaleźć się odpowiedź na dość proste pytanie. Czy dany projekt nie zawiera przypadkiem rozwiązań, które wprowadzałyby kolejne bariery biurokratyczne.

To właśnie po to, aby miał kto cały proces nadzorować, powołano specjalnego pełnomocnika. Zaiste śmiałe posunięcie zmierzające do ograniczenia biurokracji i zmniejszenia zatrudnienia w administracji. Jeszcze kilka takich śmiałych posunięć, i większość dziś zatrudnionych w urzędach osób nie będzie zajmował się niczym poza wypełnianiem kolejnych metryczek. Wtedy, by można było spokojnie wykonywać przynależne administracji zadania, trzeba będzie zatrudnić kogoś, kto wykona pracę tych, którzy zajmą się metryczkami.

No, i jeszcze żeby wypełnić metryczkę dotyczącą stwarzania barier biurokratycznych, wypadałoby zrobić jakąś solidną analizę. Opinię, którą najlepiej będzie zamówić poza administracją. Bo ta, wiadomo, sama przeciwko sobie nie wystąpi. I sama z sobą walczyć nie będzie. A takiej ekspertyzy nikt przecież za darmo nie przygotuje. To, czy w ten sposób administracja stanie się tańsza i mniejsza, pozostawiam już Państwa ocenie.

---