
Zespół Pracy Państwowej Prawa i Sprawiedliwości (czyli coś jakby gabinet cieni jak rozumiem) w ramach programu internetyzacji kraju proponuje między innymi wprowadzenie ulgi na zakup pierwszego komputera. Odliczyć moglibyśmy 18 proc. wartości zakupionego sprzętu (wnosić z tego należy, że odliczenia dokonywalibyśmy od podatku, chociaż na stronach internetowych PiS, takiej informacji nie znalazłem). Odliczenie nie mogłoby jednak przekroczyć 500 zł. A zatem, żeby w pełni wykorzystać limit ulgi, w sklepie powinniśmy zostawić jakieś 2778 zł. To cena dość dobrego laptopa lub całkiem niezłej maszyny stacjonarnej.
PiS proponuje, aby taka ulga przysługiwała na zakup pierwszego komputera. Niestety, z lakonicznego komunikatu nie wynika, jak miałoby być ustalane to, czy kupowany komputer jest pierwszym tego rodzaju sprzętem. To w praktyce może być dość trudne do ustalenia. Chociaż w przypadku niektórych podatników byłoby wykonalne. Część z nas korzystała już kiedyś z takiej ulgi.
Zakup komputera można było odliczyć w ramach ulgi na zakup przyrządów i pomocy naukowych. Odliczyć można było 19 proc. wartości zakupionego komputera, jednak nie więcej niż 433,20 zł (czyli wydać można było 2280 zł, co oznaczało wówczas raczej skromną konfigurację sprzętu, zaś o laptopie można było za taką kwotę co najwyżej pomarzyć). Po raz ostatni z ulgi korzystaliśmy w rozliczeniu za 2003 rok. Później ulgę zlikwidowano.
Obecnie odliczenie zakupu komputera możliwe jest tylko w niektórych, dość rzadkich przypadkach, w ramach ulgi rehabilitacyjnej. A ta przysługuje tylko osobom niepełnosprawnym (o określonym statusie) oraz takim, na utrzymaniu, których znajdują się osoby niepełnosprawne (spełniające określone warunki). Wcześniej trzeba jednak wykazać, że ułatwia on wykonywanie funkcji życiowych. Nawet w przypadku takich osób, nie każdy może zatem z ulgi skorzystać. Trzeba też wiedzieć, że pracownicy urzędów skarbowych stosunkowo rzadko zgadzają się na takie odliczenie. Jak widać ulga na zakup komputera nie ma zatem powszechnego charakteru, jak miało to miejsce dawniej, lub jak proponuje to obecnie PiS. No i co najważniejsze, projekt Prawa i Sprawiedliwości raczej nie ma dziś szans na realizację.
„Toyota Bank do końca czerwca będzie zwracał klientom do 3 proc. wartości prawie każdej karcianej transakcji” – poinformowała wczoraj wyborcza.biz. Zwrot ma przysługiwać automatycznie, ale tylko za zakupu w wybranych punktach. Tak czy siak, posługując się kartami banku, za każde wydane 100 zł możemy dostać 3 zł zwrotu. Kłopot w tym, że z tej kwoty w naszej kieszeni pozostanie zaledwie 2 zł. Jednego złotego zabierze nam fiskus.
Taki dokonywany przez bank zwrot na konto naszej karty kredytowej jest przez fiskusa traktowany jako coś , co nazywane jest nieodpłatnym świadczeniem. Inaczej mówiąc jest to coś, co zwiększa nasze opodatkowane dochody. Ministerstwo Finansów nie ma żadnych wątpliwości, że tak właśnie jest, a jego stanowisko kilka razy opisywała już na swoich łamach Gazeta Prawna. Warto, do lektury tej wrócić.
Skoro
mamy dochód, to od wspomnianych 3 zł zwróconych na rachunek karty
kredytowej, trzeba by zapłacić podatek według stawki 18 proc.
Chyba, że ktoś nie ma wcale dochodu. Wtedy ma szansę zarobić do
3091 zł bez podatku, ale aby taką kwotę uzbierać z zakupów na
kartę musiałby najpierw wydać jakieś 103 034 zł. To całkiem
sporo i, o ile nie mamy potrzeby rzeczywiście kupować wszystkich
tych rzeczy, warto się poważnie zastanowić, czy ta forma
powiększania swojego majątku, naprawdę prowadzi do małego
chociażby bogactwa
Zostawmy jednak ten wyjątkowy przypadek i wróćmy do normalności, czyli osoby, która jednak coś tam zarabia i przy okazji tylko skapuje jej parę groszy ze zwrotów na kartę kredytową. Pozostańmy też przy naszym 100-złotowym zakupie i zwróconych trzech złotych. Otóż, przy takiej kwocie podatek wyliczony według stawki 18 proc. wyniesie ni mniej ni więcej tylko 54 grosze. Skąd zatem wspomniany wcześniej złoty podatku? Z zasad zaokrąglania podatków. Kwotę podatku zawsze musimy zaokrąglić do pełnego złotego (świadomie nie piszę złotówki, albowiem środkiem płatniczym jest w Polsce złoty, a nie złotówka, o czym, na co dzień niestety zapominamy). Dopóty, dopóki wyliczony podatek nie wynosi 50 groszy lub więcej, nie trzeba nic płacić. Gdy jednak tylko tę kwotę przekroczy, płatność wynosi złotego, bez względu na to, czy wyliczona kwota to 51, czy 99 groszy. To właśnie, dlatego nasze 54 grosze w cudowny sposób zamieniają się w całego złotego podatku. Gdyby w ten sposób kupić coś za 1000 zł, bank zwróciłby nam złotych 30, ale w kieszeni zostałoby ich tylko 25, bo pozostałe pięć złotych trafiłoby na konto fiskusa (wyliczona kwota to 5,40 złotego, a zatem po zaokrągleniu właśnie pięć złotych).
Oczywiście zawsze lepiej mieć dwa złote więcej, niż ich nie mieć. Jest jednak jedno małe „ale”. Podatek trzeba zapłacić samemu, z czego oczywiście mało, kto z nas zdaje sobie sprawę. Bank nie wyręczy nas w tym, tak jak robi to w przypadku dopisywanych do rachunku bankowego, czy też lokat, odsetek. Odsetki traktuje się, bowiem jak przychody kapitałowe, które objęte są odrębnym ryczałtem. Kwota wracana na rachunek karty kredytowej, to zaś tzw. przychód z innych źródeł, czyli taki, którego przepisy nie opisują w jakiś szczególny sposób. To zaś oznacza, że samemu trzeba taki dochód wykazać w zeznaniu rocznym. Gdy zaś o tym zapomnimy, a zostaniemy na takich sklerotycznych praktykach przyłapani, grozi nam grzywna. Tym wyższa, im wyższy jest "zapomniany" dochód i im lepiej zarabiamy my i nasza rodzina. Na wymiar grzywny sytuacja majątkowa i rodzinna ma całkiem spory wpływ. W każdym razie, nieświadome czy świadome, zatajenie zarobionych na promocjach karcianych pieniądze mogą wpędzić nas w nieliche kłopoty. Dlatego osobiście staram się unikać takich kart jak ognia. Bo to i zysk niewielki i kłopot spory. A przez nieuwagę i poparzyć się można.
Zob. też:
- Promocyjne zwroty z banku są opodatkowane (DGP nr 157/2009)
- Opodatkowanie kart płatniczych (DGP nr 67/2006)
