
Jak poinformowało dziś na swoich stronach internetowych Ministerstwo Finansów, elektroniczne zeznanie PIT-37 złożyło w tym roku 89 tys. podatników. W sumie takich deklaracji wpłynęło prawie 77 tys. (niemal 27 proc. z nich to zeznania mieszkańców Mazowsza), w tym zdecydowana większość to zeznania złożone bez kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Zeznań z takim podpisem było zaledwie około 1,5 tys., czyli niespełna 2 proc. wszystkich złożonych deklaracji. Z pewnością zeznań elektronicznych byłoby jeszcze więcej, gdyby nie mitręga z pełnomocnictwem, które trzeba było wysłać tradycyjną już drogą w przypadku składania zeznania z małżonkiem. Sam zresztą z tego właśnie powodu zrezygnowałem w tym roku z tego udogodnienia. Cóż, zwyciężyło lenistwo. Łatwiej było mi wypełnić pita tradycyjnie i podsunąć żonie do podpisu
![]()
Nie w tym jednak rzecz…
Resort finansów bezsprzecznie chce pochwalić się sukcesem. I w pewnej mierze to co stało się w tym roku z elektronicznymi rozliczeniami zwykłych podatników sukcesem jest. W ubiegłym roku drogą elektroniczną złożono zaledwie 419 zeznań. Pomogło zniesienie obowiązku podpisywania zeznań kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Wcześniej przekonywano nas, że takie rozwiązania nie są możliwe. Okazało się, że są i żadna tragedia z tego powodu się nie dzieje. Sukces jest jednak znacznie mniejszy niż mógłby być, gdyby nie ślimaczące się prace nad nowymi rozwiązaniami. Wspomniane 89 tys. podatników zyskało możliwość składania PIT-37 przez internet dopiero w kwietniu, chociaż zeznania składa się przecież od stycznia, a w przypadku podatników będących pracownikami najemnymi, realnie na rzecz patrząc możliwe staje się to z początkiem marca (dlatego, że do końca lutego płatnicy mają czas na przesłanie potrzebnych do jego wypełnienia informacji). Pytanie o to dlaczego nie można było takich zmian wprowadzić wcześniej, pozostanie zapewne otwarte.
Na sukcesie skarbówki cieniem kładzie się także to, że taka możliwość dotyczyła w tym roku wyłącznie zeznania PIT-37. To oczywiście najpopularniejsze ze wszystkich składanych zeznań, jednak nie jedyne które można było szybko i bez zbędnych komplikacji objąć tym rozwiązaniem. Dla mnie osobiście nie jest zrozumiały fakt, dlaczego w ten sposób nie mogli złożyć swojego zeznania inwestorzy (PIT-38) lub osoby, które poza dochodami z pracy dorabiały sobie najmem. Cóż, hydrozagadka
Również statystycznie rzecz cała nie zawsze wygląda tak imponująco jak się początkowo wydaje. To prawda, że rok do roku wzrost jest imponujący. Z 419 do 77 tys. zeznań, czyli o grubo ponad 18 000 proc. (hm, gdybyż pensje mogły rosnąć w tym tempie - pomarzyć). Ale to tylko jedna strona medalu. Wszystkich podatników składających PIT-37 jest według danych dotyczących rozliczenia za 2007 rok (danych na temat rozliczenia za rok 2008 z oczywistych powodów jeszcze nie ma) jest nieco ponad 16 mln (o ile mnie pamięć nie myli, ale raczej nie, bo od kilku lat wielkość ta pozostaje na w miarę zbliżonym poziomie). To oznacza, że elektroniczne zeznania złożyło niecałe pół procenta spośród nich. To przerażająco mało. Statystyka zaczyna też od razu wyglądać zupełnie inaczej. Ale i tych danych nie ma co wyolbrzymiać. Prawdziwy test czeka nas dopiero za rok. Teraz było zbyt mało czasu na składanie takich deklaracji, by można było uczciwie ocenić czy nowe rozwiązanie spotka się z szerszym zainteresowaniem, czy też nie. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że pomysł by takie ułatwienia wprowadzić, i to że udało się go zrealizować, to niewątpliwe sukcesy resortu finansów. Może to jeszcze nie obiecywane nam kiedyś rozliczenie przez sms, ale dobre i to
Moja rodzima gazeta poinformowała dziś o ciekawym pomyśle Ministerstwa Zdrowia na to, jak po raz kolejny dofinansować służbę zdrowia. Pomysł - ujmując rzecz w wielkim skrócie - sprowadza się do wprowadzenia ulgi podatkowej w zamian za to, że wykupimy polisę zdrowotną. I chociaż moi koledzy nie zdradzają na czym wspomniana ulga miałby polegać, z czego wnoszę, że tajemnicy tej ministerstwo im nie zdradziło, można przyjąć, że chodzi o jakiś rodzaj odliczenia wydatków na zakup takich polis. Nie wiadomo tylko czy od dochodu, czy też od podatku. No i najważniejszego, czy odliczenie to miałoby być w jakiś sposób limitowane, czy też nie. Innymi słowy, jak dużo pieniędzy przeznaczonych na prywatne ubezpieczenie zdrowotne fiskus miałby nam zwracać z płaconych przez nas podatków. Nie wiemy też, co na temat pomysłów speców od wpompowywania w system ochrony zdrowia kolejnych miliardów złotych myśli Ministerstwo Finansów, które takie podatkowe rozwiązanie musiałoby autoryzować. A trudno sobie wyobrazić by było do tego jakoś szczególnie skłonne w czasie, gdy problemy z realizacją wpływów podatkowych są aż nadto widoczne. Zresztą na razie jest to chyba dopiero pomysł na pomysł, skoro jak czytamy, rozwiązanie to nie ma jeszcze nawet akceptacji kierownictwa resortu zdrowia. Od razu zyskało za to gorące poparcie przedstawicieli firm ubezpieczeniowych, czemu akurat dziwić się nie ma powodów. Jeżeli już ktokolwiek miałby być beneficjentem takiego rozwiązania, to w pierwszej kolejności właśnie te firmy. Nic przeto dziwnego, że już dziś snują one daleko dalej idące postulaty, takie jak np. wprowadzenie dla takich ubezpieczonych pierwszeństwa w dostępie do świadczeń medycznych. Co akurat byłoby draństwem jakich mało (na szczęście sam resort zdrowia takich pomysłów jak mam nadzieję nie ma). W tym kontekście świetnym komentarzem jest tytuł, jaki nadała streszczeniu naszej publikacji Wirtualna Polska - „Nowa ulga podatkowa tylko dla bogatych”. To trafna diagnoza. Jeśli zastanowić się, kto z takiej ulgi mógłby skorzystać, w kraju w którym dochody ponad 99 proc. obywateli nie przekraczają 86 tys. zł rocznie (czyli około 19,5 tys. euro), to może okazać się, że chętnych na dodatkowe ubezpieczenie wcale nie będzie aż tak wielu. Potwierdziły to zresztą wyniki naszego internetowego sondażu. Na pytanie czy ulga podatkowa zachęciłaby cię do zakupu dodatkowej polisy zdrowotnej, tak odpowiedziało 51 proc. Nie odpowiedziało 49 proc. To ciekawy wynik. Zazwyczaj, gdy pytamy o wprowadzenie nowych ulg, przytłaczająca większość internautów odpowiada tak: wszystko w zamian za ulgę. Tym razem tak nie jest. Ale są ku temu powody.
Nie ma się też co czarować. Ci których na takie ubezpieczenie stać już dziś mają je z reguły wykupione. Z tego też powodu ewentualna ulga, poza efektem w postaci obniżenia płaconego podatku (tym, których na polisy stać), żadnych dodatkowych, wymiernych dla systemu ochrony zdrowia efektów raczej nie przyniesie.
Rozpatrując pomysł Ministerstwa Zdrowia nie sposób też nie pamiętać, że już dziś 9 proc. swoich dochodów oddajemy służbie zdrowia w formie składki na ubezpieczenie zdrowotne. A rząd ostatnimi czasy coraz częściej i głośniej przebąkiwał o podniesieniu jej do 10 proc. Z punktu widzenia budżetu przeciętnie zarabiającej osoby o strasznie dużo. A teraz resort zdrowia chciałby takie osoby przekonać, że obok tego powinny wyłożyć dodatkowe pieniądze na wykupienie prywatnego ubezpieczenia. Czy ma na to szanse ? Cóż, w tym przypadku dobrym podsumowaniem jest moim zdaniem jeden z wpisów na naszym internetowym forum, komentujących opisane pomysły:
~ mam płacić mnóstwo na ubezpieczenie społeczne i jeszcze wykupować polisę? Na nią wydam 1000 zł ,a ulga będzie 190? Wolę 810 przepić:) ~
Cóż, nic dodać, nic ująć.
