
Jak już wspomniałem w pierwszej części tego cyklu, środek trwały (a także wartość niematerialna i prawna) to coś takiego co w firmie używane będzie dłużej niż rok. To jednak reguła od której przewidziano wyjątkowo ważny wyjątek. Otóż, w praktyce jest tak tylko z tymi składnikami, które kosztują powyżej 3,5 tys. zł. Jeśli kosztowały mniej mamy trzy możliwości. Pierwsza – nie uznawać takiej rzeczy za środek trwały i rzecz wpisać od razu w koszty. Druga – uznać rzecz za środek trwały i dokonać jednorazowego odpisu amortyzacyjnego, czyli wpisać całą kwotę w koszty, a rzecz umieścić w ewidencji środków trwałych. Trzecie – uznać rzecz za środek trwały i normalnie amortyzować, czyli wpisywać w koszty podatkowe po kawałku.
Ale uwaga. Samo spojrzenie na fakturę dokumentującą nasz zakup nie wystarczy żeby ustalić, czy wartość początkowa jest większa, czy mniejsza niż 3,5 tys zł. Jak zatem ustalić ile jest wart nasz zakup ? Otóż musimy ustalić jaka jest cena nabycia środka trwałego.
Co do zasady, tak rozumiana cena nabycia to wartość netto zakupu, a zatem cena pomniejszona o VAT. Tyle tylko, że tak jest jedynie wówczas, gdy ktoś jest aktywnym podatnikiem tego podatku, a zatem gdy podatek zawarty w cenie może być potraktowany jako podatek naliczony. Innymi słowy, gdy mamy prawo odliczyć sobie taki VAT, wartość początkowa ustalana jest jako kwota netto (cena minus VAT). Wartość początkowa w kwocie brutto (cena całkowita z VAT) będzie brana pod uwagę wówczas gdy w momencie dokonywania zakupu korzystamy ze zwolnienia z VAT, albo też zakup ten ma związek ze sprzedażą nieopodatkowaną. W tych przypadkach VAT naliczony w cenie sprzedaży nie podlega bowiem odliczeniu. A skoro nie można go odliczyć to nie pomniejsza on wartości początkowej dla potrzeb amortyzacji.
Dla osób wymagających prawniczego żargonu i nie znoszących odstępstw od ustawowego żargonu wyjaśniam – zanim znów wytkną mi upraszczanie sprawy –, że chodzi o takie przypadki, gdy „zgodnie z odrębnymi przepisami podatek od towarów i usług nie stanowi podatku naliczonego albo podatnikowi nie przysługuje obniżenie kwoty należnego podatku o podatek naliczony albo zwrot różnicy podatku w rozumieniu ustawy o podatku od towarów i usług”. Wspomniane odrębne przepisy to oczywiście przede wszystkim ustawa o VAT oraz przepisy wykonawcze wydane na jej podstawie.
A teraz znów po polsku, czyli prosty przykład. Kupujemy komputer za 3 tys. zł netto. Cena z VAT (22 proc.) to 3,66 tys. zł. Jeśli mamy prawo do odliczenia sobie 660 zł VAT w ramach rozliczeń vatowskich, to wartością początkową komputera dla celów amortyzacji będzie kwota netto, czyli 3 tys. zł. A zatem komputer taki będziemy mogli albo uznać za środek trwały, albo tez nie w zależności od tego co sami postanowimy. Jeśli uznamy, że nie chcemy traktować go jako środek trwały, stanie się on wyposażeniem (z uwagi na to, że jego wartość przekracza 1,5 tys. zł), całe 3 tys. zł wpiszemy od razu w koszty, a 660 zł rozliczymy jako podatek naliczony w ramach rozliczenia VAT. I tu, niezależnie od tego, jak długo będzie później ten komputer użytkowany, urząd nie będzie mógł się do niczego przyczepić. Takie rozliczenie będzie jak najbardziej poprawne.
Gdy jednak zakupu takiego dokonamy w momencie gdy przysługuje nam zwolnienie z VAT, albo też w związku z prowadzeniem czynności, które z VAT są zwolnione, albo też w związku z wykonywaniem czynności, które w ogóle nie podlegają opodatkowaniu VAT, a zatem gdy nie będzie możliwości odliczenia VAT zawartego w cenie komputera, wartość początkowa wyniesie 3,66 tys. zł. A to oznacza, że nie będzie zmiłuj się i komputer trzeba będzie amortyzować. I to w ratach a nie jednorazowo. Chyba, że zamierzamy używać go krócej niż rok. Ale takie przypadki, zdarzają się raczej rzadko.
Można odetchnąć ? Wartość początkowa ustalona, VAT rozliczony jak trzeba… Nie bardzo. Otóż, ustalając wartość początkową, a zatem i to czy nasz nowy firmowy nabytek trzeba, czy też nie trzeba amortyzować, musimy brać pod uwagę znacznie więcej rzeczy niż tylko VAT i cenę netto.
Gdy uporamy się już z rozstrzygnięciem kwestii czy uwzględniamy cenę netto, czy brutto musimy zabrać się za ustalenie tego, co jeszcze musimy do tej ceny doliczyć. A ustawodawca każe nam doliczać mnóstwo bardzo różnych rzeczy. Mówi mianowicie o konieczności doliczenia kosztów związanych z zakupem naliczonych do dnia przekazania środka trwałego lub wartości niematerialnej i prawnej do używania.
Przepisy wyjaśniają też od razu że chodzi o takie koszty, jak koszty transportu, załadunku i wyładunku, ubezpieczenia w drodze, montażu, instalacji i uruchomienia programów oraz systemów komputerowych, opłat notarialnych, skarbowych i innych, odsetek, prowizji. Żeby to zrozumieć kolejny prosty przykład. Weźmy nasz komputer za 3,66 zł brutto. Załóżmy że przysługuje nam prawo do odliczenia VAT. A zatem do ustalenia wartości początkowej przyjmujemy cenę netto 3 tys. zł. Zanim komputer się u nas znalazł został jednak na nasz koszt dostarczony (kurier) co kosztowało nas 40 zł netto (VAT do odliczenia). Dodatkowe 100 zł netto kosztowało nas ubezpieczenie komputera w drodze (i znów VAT do odliczenia). I w końcu 400 zł netto zapłaciliśmy za instalację i konfigurację komputera do pracy w naszej firmie (VAT znów do odliczenia). Jak jest wartość początkowa komputera brana pod uwagę przy kwalifikowaniu jako środek trwały ? Otóż wartość ta to 3540 tys zł. A zatem o 40 zł za duża by móc nie zaliczać komputera do środków trwałych. Innymi słowy, w tym przypadku nie ma zmiłuj, amortyzować trzeba.
Skoro już o komputerach mowa, to trzeba pomyśleć o oprogramowaniu. Komputer i oprogramowanie do niego to odpowiednio środek trwały i wartości niematerialne i prawne, które nie są traktowane jako jeden składnik majątku firmy, a zatem podlegają odrębnej amortyzacji. W tym zakresie jest jednak jeden bardzo ważny wyjątek. System operacyjny traktowany jest jako część składowa komputera (laptopa), jako coś bez czego nie byłby on zdatny do użytku. A zatem, gdy kupimy komputer za 2 tys. zł i system operacyjny dla niego za 500 zł, musimy brać pod uwagę, że nabyliśmy składnik majątku za 2,5 tys. zł. Warto o tym pamiętać.
I jeszcze jedna uwaga. W przypadku importu cena nabycia obejmuje cło i podatek akcyzowy od importu składników majątku. Te elementy trzeba zatem uwzględnić, gdy zakup dokonywany jest za granicą.
Jak widać ustalenie wartości początkowej środka trwałego proste nie jest. Ale nie jest też sztuką magiczną, którą trudno byłoby zrozumieć.
Komunikat Ministerstwa Finansów w sprawie wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości dotyczącego C-475/07
"W związku z wyrokiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie C-475/07 mającej za przedmiot skargę Komisji Wspólnot Europejskich dotyczącą opodatkowania podatkiem akcyzowej energii elektrycznej Ministerstwo Finansów informuje, że wyrok ten podlega obecnie analizie pod względem jego skutków. Należy jednak wskazać, że przedmiotowe orzeczenie odnosi się wyłącznie do niezgodnego z prawem wspólnotowym określenia momentu powstania obowiązku podatkowego. Wyrok nie odnosi się do kwestii związanych z podmiotem zobowiązanym do zapłaty podatku oraz do ewentualnych zwrotów mogących wynikać z powyższego orzeczenia.
W zakresie ewentualnych zwrotów akcyzy należy zwrócić uwagę, że zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą ETS, państwo członkowskie może odmówić zwrotu podatku w przypadku, gdy ekonomiczny ciężar podatku został poniesiony przez inny podmiot niż podatnik ubiegający się o zwrot, a zwrot podatku na rzecz podatnika prowadziłby do jego bezpodstawnego wzbogacenia. Potwierdzeniem powyższego mogą być wyroki z 14 stycznia 2007 r. Société Comateb and others vs Directeur Général des Douanes et Droits Indirectsw sprawach połączonych C-192/95 do C-218/95, z 21 września 2000 r. w sprawie Kapniki Michaïlidis AE v Idryma Koinonikon Asfaliseon w połączonych sprawach C-441/98 i C-442/98 i wyrok z 25 lutego 1998 r. SA Les Fils de Jules Bianco and J. Girard Fils SA v Directeur Général des douanes et droits indirects w sprawach połączonych 331/85, 376/85 i 378/85.
Dodatkowo wskazać można, że zwrot akcyzy zapłaconej przez producentów energii może spowodować poważne konsekwencje dla konkurencji wewnątrz Wspólnoty oraz naruszenie innych przepisów prawa wspólnotowego. Ewentualny zwrot pobranej akcyzy skutkowałaby tym, że od dnia 1 stycznia 2006 r. energia elektryczna wyprodukowana przez podmioty, którym zwrócono podatek nie byłaby opodatkowana podatkiem akcyzowym od energii elektrycznej. Takie rozwiązanie byłoby niezgodne z założeniami wspólnego rynku i postanowieniami dyrektyw 92/12/EWG i 2003/96/WE, które nakazują opodatkowanie energii elektrycznej akcyzą o stawce nie niższej niż 0,5 Euro/MWh. Przedmiotowy zwrot akcyzy przysługiwałby nie osobom fizycznym, ale przedsiębiorstwom, które zajmują się profesjonalnie produkcją energii elektrycznej. Oznaczałoby to, że w przypadku regresywnego charakteru żądań zwrotu nadpłaconej akcyzy od producentów przez podmioty, które zakupiły tę energię wraz z zawartym w jej cenie podatkiem, podmioty te byłyby uprzywilejowane na rynku europejskim w stosunku do swoich konkurentów z innych krajów członkowskich, którzy akcyzę opłacili w cenie nabycia energii."bez komentarza
"Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy Ordynacja podatkowa oraz ustawy o opłacie skarbowej, przedłożony przez ministra finansów.
Składanie deklaracji podatkowych przez internet ma być łatwiejsze. Zaproponowano, aby podatnicy lub płatnicy nie musieli zawiadamiać naczelnika urzędu skarbowego o zamiarze złożenia deklaracji w formie elektronicznej. Obecnie osoba, która zamierza złożyć deklarację przez internet musi zawiadomić o tym naczelnika urzędu skarbowego.
W nowych przepisach doprecyzowano, że deklaracja składana przez internet może być podpisana także przez pełnomocnika. Pełnomocnictwo do podpisywania deklaracji składanej za pomocą internetu oraz zawiadomienie o odwołaniu tego pełnomocnictwa, podatnik lub płatnik będzie musiał złożyć naczelnikowi urzędu skarbowego. Jednocześnie minister finansów w rozporządzeniu określi wzór pełnomocnictwa i wzór zawiadomienia o odwołaniu tego pełnomocnictwa. Takie rozwiązanie zagwarantuje bezpieczeństwo systemu e-Deklaracje, który obsługuje składanie deklaracji w formie elektronicznej.
Zaproponowano, aby znowelizowane przepisy weszły w życie z dniem ogłoszenia. Taki termin ma umożliwić podatnikom podatku dochodowego złożenie w formie elektronicznej zeznań rocznych za 2008 r. z zastosowaniem nowej uproszczonej procedury."
źródło: KPRM
Każdy przedsiębiorca prędzej czy później musi zmierzyć się z tak egzotycznym zjawiskiem jak amortyzacja. Dlaczego ? dlatego, że żadnej działalności nie da się prowadzić bez podstawowego chociażby tylko wyposażenia taki jak komputer, drukarka, telefon, czy samochód. Potrzebny jest też chociaż kawałek biura, jakieś biurko, krzesło itd. Aby to wyposażenie zdobyć, najczęściej trzeba je dla firmy kupić albo nabyć w jakikolwiek inny sposób, o ile ten jest tylko legalny. I tu pojawia się kłopot zwany amortyzacją. Z przepisów podatkowych wynika bowiem wprost, że taki kupiony dla firmy sprzęt nie może być ot tak sobie wrzucony w koszty, na podstawie faktury na jego zakup, czy też innego dokumentu potwierdzającego nabycie jego własności. A raczej nie zawsze może być tak potraktowany.
Część firmowych zakupów rzeczowych musi być traktowana jako tzw. środek trwały, a jeśli zakup ma charakter zakupu nie rzeczy a prawa, jako wartość niematerialna i prawna. W takim przypadku trzeba stosować przepisy o amortyzacji, choć nie koniecznie będziemy taką rzecz czy prawo amortyzować. Najpierw jednak słowo o tym, czym jest amortyzacja. Otóż, jest to sposób rozliczania kosztów zakupu (lub nabycia w inny sposób) takich rzeczy i praw, które nie zużywają się jednorazowo, czyli które można używać wiele razy lub używać w sposób ciągły przez jakiś czas. Jeśli zatem kupujemy gwoździe, które w normalnych warunkach zużywa się raz po to by jakieś rzeczy ze sobą połączyć (to, że taki gwóźdź można później odzyskać i wykorzystać ponownie nie ma tu znaczenia, bo normalnie przewiduje się jego jednorazowe zużycie), przepisami o amortyzacji martwić się nie trzeba. Jeśli jednak jest to komputer, który normalnie przeznaczony jest do użytkowania w dłuższym czasie, to nawet gdybyśmy chcieli go użyć raz, przepisami o amortyzacji trzeba się już martwić.
W dużym uproszczeniu, sama amortyzacja polega na tym, że do kosztów wpisujemy nie cały wydatek na rzecz lub prawo, ale określoną przez przepisy jego część. Inaczej mówiąc, zakup trafia w koszty w dłuższym czasie, różnym w zależności od tego, jakie przepisy przewidziały dla niego normatywne (czyli założone) okresy użytkowania.
Nawet jednak takie rzeczy i prawa, które nie służą do jednorazowego użytku, mogą być czasem wpisane do kosztów od razu. Czasem wydatek taki można wpisać do kosztów od razu. Otóż, co do zasady środkiem trwałym jest wszystko co zamierzamy używać na potrzeby firmy dłużej niż rok. To prosta zasada. Zamierzasz używać rok i dłużej: środek trwały. Zamierzasz używać krócej: nie środek trwały. No chyba, że się pomylimy. Jeżeli, przewidywaliśmy, że coś używane będzie krócej niż rok, będziemy potem używali dłużej, to z chwilą przekroczenia rocznego okresu użytkowania czeka nas droga przez mękę. Po pierwsze trzeba bowiem wydatek na zakup tego czegoś wyrzucić z kosztów (odjąć go od kosztów, lub wystornować, w zależności od tego jaką terminologie kto woli stosować). Po drugie ułożyć plan amortyzacji i wyliczyć odpisy amortyzacyjne. Po trzecie, zapłacić karne odsetki, za to że nasze koszty przez cały ten okres były wyższe niż być powinny. Te zasady dotyczą w praktyce jednak tylko takich rzeczy i praw, których wartość w chwili nabycia (tzw. wartość początkowa, a zatem nie sama cena ale i np. koszty montażu gdy takie były)jest wyższa niż 3,5 tys. zł. Jeśli była niższa, otwiera się przed nami może możliwości, a karne odsetki zupełnie nam nie grożą.
Jak już wspomniałem środek trwały (a także wartość niematerialna i prawna) to coś takiego co w firmie używane będzie dłużej niż rok. To jednak reguła od której przewidziano wyjątkowo ważny wyjątek. Otóż, w praktyce jest tak tylko z tymi składnikami, które kosztują powyżej 3,5 tys. zł. Jeśli kosztowały mniej mamy trzy możliwości. Pierwsza – nie uznawać takiej rzeczy za środek trwały i rzecz wpisać od razu w koszty. Druga – uznać rzecz za środek trwały i dokonać jednorazowego odpisu amortyzacyjnego, czyli wpisać całą kwotę w koszty, a rzecz umieścić w ewidencji środków trwałych. Trzecie – uznać rzecz za środek trwały i normalnie amortyzować, czyli wpisywać w koszty podatkowe po kawałku. Wybór jednego z tych sposobów postępowania należy do nas. Biorąc to pod uwagę można zatem uznać, że zakup każdej rzeczy czy prawa, których początkowa wartość ustalona zgodnie z przepisami o amortyzacji jest niższa niż 3,5 tys. zł, może być od razu zaliczona do kosztów podatkowych, nawet jeśli używana będzie dłużej niż rok. Bez narażania się na konsekwencje w postaci karnych odsetek z powodu przekroczenia rocznego okresu użytkowania. Proste, wygodne rozwiązanie ![]()
Ale to jeszcze nie koniec. Kwestia kolejna to wyposażenie. Jest nim wszystko to, czego nie zaliczamy do środków trwałych. I nie ma tu znaczenia, czy dzieje się tak dlatego, bo coś nie jest używane dłużej niż rok, czy dlatego że sami postanowiliśmy tego nie uznawać za środek trwały, bo wartość tego czegoś nie była wyższa niż 3,5 tys. zł. Wydatki na nabycie takich rzeczy wpisujemy do kosztów od razu. Po za tym mamy też obowiązek każda taką rzecz, jeśli jej wartość przekracza 1,5 tys. zł, wpisać do ewidencji wyposażenia. Oczywiście to obowiązek dotyczący tylko tych osób, które opodatkowane są PIT i prowadzą podatkową księgę przychodów i rozchodów.
Nie jestem ekonomistą, ale nawet dla mnie jasne jest, że osoby nawołujące dziś do zwiększenia deficytu budżetowego - niezależnie od tego, czy są to politycy, czy ekonomiści - myślą o kwocie zwiększającej pulę pieniędzy do wydania z państwowej kasy jak o czymś, co spada nam z nieba. Nic bardziej mylnego.
To, że dopiszemy w budżecie do deficytu kolejne 10 czy 20 mld zł, nie oznacza jeszcze, że tym prostym gestem zwiększymy kwotę, którą wolno nam będzie wydać. Deficyt to nie wirtualny pieniądz, którego przybywa nam, gdy tylko dopiszemy go do ustawy budżetowej. Aby móc z tej kwoty skorzystać, najpierw trzeba ją gdzieś pożyczyć. Upraszczając nieco rzecz, deficyt to nadwyżka wydatków nad przychodami. Wydać więcej niż mamy możemy tylko wtedy, gdy ktoś nam da brakującą kwotę. To dokładnie tak samo, jak z naszym domowym budżetem. Możemy żyć na kredyt (utrzymywać deficyt w domowych wydatkach). Wydawać więcej niż zarabiamy. Dodatkowe kwoty pożyczymy sobie z banku (kredyt, pożyczka czy karta kredytowa) czy od rodziny i znajomych (pożyczki).
Kłopot w tym, że każda złotówka z tych pożyczonych pieniędzy wydana przez nas dziś na zakupy to mniejsza kwota naszego wynagrodzenia do wydania w przyszłości. To zaś oznacza albo konieczność ograniczenia wydatków w przyszłości, albo pożyczania kolejnych kwot. Teraz już nie tylko po to, by finansować bieżące zakupy, ale także spłacać to, co pożyczyliśmy wcześniej. Jeśli nie spłacimy swoich długów, nikt nam przecież nic więcej nie pożyczy. Podobnie jest z budżetem państwa. Aby mogło ono wydać więcej niż wynoszą jego dochody, brakującą kwotę musi pożyczyć. Te brakujące pieniądze to właśnie deficyt budżetowy. A zatem, gdy deficyt zwiększamy o 10 mld, to taką właśnie kwotę musimy pożyczyć. Robi się to poprzez emisję obligacji, które kupują inwestorzy, zasilając w ten sposób nasz budżet swoimi pieniędzmi. Ale nic za darmo. Pożyczając swoje pieniądze inwestorzy liczą przecież na zysk. Im więcej pożyczamy, tym więcej później musimy oddać. I tu zaczynają się przysłowiowe schody.
W domowym budżecie mechanizm ten przećwiczyło już wielu z nas. Jeśli zadłużymy się raz, to nie ma kłopotu. Jeśli zapożyczamy się ciągle, zaczynamy powoli wpadać w spiralę zadłużenia i coraz więcej musimy spłacać w formie odsetek, a coraz mniej możemy dopożyczyć na kolejne wydatki. I w pewnym momencie zauważymy, że pożyczką z jednej karty kredytowej trudno już spłacać długi z innej, chociaż na początku mechanizm ten świetnie się sprawdzał. Z długiem państwa jest identycznie. Deficyt budżetowy nie jest zjawiskiem jednego roku. Mamy go od lat, w każdym kolejnym budżecie. A to oznacza, że nasz dług rośnie. Co więcej, prędzej czy później kończy się okres kredytowania i trzeba zacząć spłacać wcześniejsze pożyczki. Aby je spłacić, trzeba znów pożyczyć pieniądze (trywializując to jest owo słynne rolowanie długu z obligacji, czyli sprzedawanie nowych obligacji, by spłacić te, które trzeba już wykupić). Jeśli posłuchamy tego, co mówi minister finansów, okaże się, że w tym roku na taki wykup starych długów musimy pożyczyć 155 mld zł. Do tego dochodzi 18 mld zaplanowanego deficytu. To już 173 mld. Gdyby do tego dodać kolejne 10, 15 czy 20 mld zł, jak chcą niektórzy politycy i ekonomiści, musielibyśmy już pożyczyć niemal 200 mld zł. Owszem, można byłoby to zrobić, gdyby nie kolejne ale… Otóż już dziś Ministerstwo Finansów ma problem ze sprzedawaniem swoich obligacji. Ostatnia ich emisja nie była sukcesem. A kłopot będzie coraz większy, bo na światowych rynkach pojawiło się sporo takich ofert. Inne kraje też w ten właśnie sposób postanowiły pompować pieniądze w swoje dotknięte kryzysem gospodarki. I to kraje, które mimo że oferują mniejszy zysk na swoich obligacjach, to jednak postrzegane są jako bardziej wiarygodne fiskalnie. Dla Polski oznacza to, że za każdy pożyczony miliard złotych trzeba będzie zapłacić znacznie więcej niż dotychczas. O ile znajdzie się chętny, żeby go nam pożyczyć. Dla mnie to dostateczny powód, żeby na doktorów od cudownego ożywienia kulejącej gospodarki poprzez inwestycje finansowane z pieniędzy, co do których nie ma pewności, czy uda się je pożyczyć, patrzeć jak – żeby to delikatnie ująć - gospodarczych znachorów.
Każdy kto wynajmuje mieszkanie i płaci od przychodów z czynszu PIT w formie ryczałtu powinien najpóźniej 2 lutego rozliczyć się z fiskusem. Ten sam obowiązek dotyczy także korzystających z uproszczonych form opodatkowania małych firm. Zarówno wynajmujący, jak i przedsiębiorcy opłacający ryczałt powinni złożyć w urzędzie skarbowym zeznanie PIT-28. Małe zakłady rzemieślnicze i inne osoby korzystające z karty podatkowej musza natomiast poinformować urząd skarbowy o odliczonych od podatku składkach na ubezpieczenie zdrowotne. W ich przypadku dokonuje się tego na formularzu PIT-16A. W tym roku na dokonanie takich rozliczeń było o dwa dni więcej. Normalnie okres rozliczeniowy kończy się dla tych podatników 31 stycznia. W tym roku dzień ten wypadł jednak w sobotę, stąd termin upływa dopiero w poniedziałek 2 lutego. Te osoby z liczącej ponad 700 tys. podatników grupy objętej takimi formami opodatkowania, które jeszcze tego nie zrobiły powinny się zatem mocno pospieszyć.
"Trzy podatki od sprzedaży mieszkania: Takiego bałaganu w opodatkowaniu pieniędzy ze sprzedaży domów czy mieszkań jeszcze nie było. W 2009 r. można je opodatkować na trzy różne sposoby!" – napisał 31 stycznia tego roku na łamach internetowego portalu gazeta.pl (Gazet Wyborcza lub Agora, jak komu wygodniej identyfikować ten portal) Piotr Skwirowski.
"Od 2009 roku zmienią się przepisy dotyczące opodatkowania PIT zbycia nieruchomości. Będą obowiązywały trzy sposoby rozliczania takich transakcji, uzależnione od daty nabycia mieszkania lub domu. Zdaniem ekspertów podatnicy będą mieć kłopot z prawidłowym opodatkowaniem obrotu nieruchomościami” – pisała o tym samym zagadnieniu pod koniec lipca ubiegłego roku, tuż po uchwaleniu tych zmian moja redakcyjna koleżanka Ewa Matyszewska, na łamach Gazety Prawnej (nr 141/2008). Później do sprawy tej wracała jeszcze wielokrototnie. Cytowany przez nią Arkadiusz Michaliszyn, prawnik i partner w CMS Cameron McKenna, wprost stwierdził, że ustawodawca podatkowy szczodrze obdarza obywateli owocami swojej niewyczerpanej inwencji i nie pozwala im na nudę: "W praktyce obowiązywać będą trzy systemy opodatkowania dochodów ze sprzedaży nieruchomości (lub nawet cztery, jeśli wziąć pod uwagę nieruchomości nabyte w ramach działalności gospodarczej). Oczywiście nie można wykluczyć, że lista ta ulegnie rozszerzeniu, bo przecież ustawodawca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Myślę, że losy ulg mieszkaniowych dają odpowiedź na pytanie, dlaczego podatki są tak skomplikowane" - cytuje dalej w swoim tekście wspomnianego eksperta redaktor Matyszewska. Cóż, nic dodać nic ująć
A tak na marginesie: dobrze, że teraz także inni dziennikarze zaczynają dostrzegać problem, bogatsi w nasze doświadczenia i interpretacje
