
Ministerstwo Finansów pochwaliło się dziś podpisaniem przez prezydenta Konwencji między Rzecząpospolitą Polską a Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i od zysków majątkowych, podpisaną w Londynie dnia 20 lipca 2006 r. Nowa umowa wprowadza metodę wyłączenia z progresją jako metodę obliczania podatków, zamiast dotychczasowej metody proporcjonalnego odliczenia. Dzięki temu, jak chwali się resort finansów: „osoby mające w Polsce miejsce zamieszkania dla celów podatkowych, natomiast pracujące w Zjednoczonym Królestwie nie będą musiały opodatkowywać w Polsce dochodu uzyskanego z tego tytułu. Nowa umowa zrówna sytuację podatkową takich osób z sytuacją polskich podatników w większości państw UE”.
Od razu uwaga. Nieprawdą jest, że zagranicznych (angielskich) dochodów nie trzeba będzie rozliczać w kraju. Nadal trzeba będzie je uwzględnić w składanym w Polsce zeznaniu (jeśli takie zeznanie składamy). Tylko w nieco inny sposób. Choć rzeczywiście jego zastosowanie powoduje, że dopłat nie będzie się już trzeba spodziewać. I dobrze, bo to jednak absurd.
Istotnie w większości. Według „mniej korzystnych zasad nadal rozliczają się Polacy pracujący w takich krajach jak Austria, Belgia, Dania, Finlandia, Holandia”. Ale tych jest po pierwsze mniej, a poza tym wady metody proporcjonalnego odliczenia widać tylko wtedy, gdy zarabia się w kraju o dużo niższej stopie opodatkowania, niż obowiązująca w Polsce. Gdyby w Anglii obowiązywały takie same lub wyższe niż w Polsce podatki, o żadnych dopłatach nie byłoby mowy i problem, nad którym pochylała się cała polska elita polityczna nie istniałby wcale. A tak mieliśmy dyskusję o nieistniejącym podwójnym płaceniu podatku. Chociaż pracujący w Anglii dopłacali tylko różnicę podatku, tak by ten w ostatecznym rachunku wyniósł tyle, ile od takich samych zarobków płaci Polak pracujący w kraju i zarabiający dokładnie tyle samo co jego rodak w Anglii. Tak wiem w Anglii, a w Londynie w szczególności są wyższe koszty utrzymania – chociaż to też argument naciągany, bo gdyby to miał być argument by komuś obniżać podatki, to pracujący w dużych polskich miastach też powinni płacić mniej, bo w końcu koszty utrzymania takiej samej rodzinny w Warszawie są dużo wyższe niż np. Kędzierzynie z którego pochodzę. Co jednak nie znaczy, że uważam ze źle się stało, że umowę zmieniono. Wręcz przeciwnie. Strasznie mnie to cieszy. Martwi mnie tylko dorabianie do sprawy niepotrzebnej mitologii i zakłamywanie faktów. Ale wracając do rzeczy.
Nowe zasady będą dotyczyć dochodów osiągniętych w 2007 roku. To oznacza, że z dobrodziejstw nowej umowy uda się skorzystać dopiero składając zeznania w 2008 roku. W zeznaniach składnych w roku 2007 trzeba jeszcze będzie dopłacać. Ale mniej, niż w tym roku. Dzieje się tak dlatego, że od nowego roku będzie już można skorzystać z nowych diet (zob. art. 20 ustawy z dnia 16 listopada 2006 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz o zmianie niektórych innych ustaw: Dz.U. nr 217, poz. 1588) .
Od nowego roku obowiązuje też nowa definicja miejsca zamieszkania, która powinna nieco ułatwić rozliczenia dochodów zagranicznych. Ale w tej kwestii odsyłam do opublikowanego w GP raportu.
Mimo poświątecznej, nieco leniwej atmosfery, Ministerstwo Finansów nie próżnuje – zatem i mnie nie wypada
. Poza pracami nad potrzebnymi rozporządzeniami resort poświęca też nieco uwagi wyjaśnianiu podatnikom kwestii związanych z wejściem w życie licznych, nowych przepisów. Dziś ukazał się na jego stronach internetowych komunikat w sprawie zwrotu niewykorzystanych znaków opłaty skarbowej. Same znaki (popularnie a nieprawidłowo nazywane znaczkami skarbowymi) odchodzą 1 stycznia 2007 r. do lamusa. Od tego dnia nie będziemy mogli już uiszczać opłaty skarbowej poprzez naklejenie znaczka. Opłatę będzie można uiszczać gotówką w kasie organu lub w formie bezgotówkowych przelewów. Takie zmiany wprowadza nowa ustawa z dnia 16 listopada 2006 r. o opłacie skarbowej (Dz.U. nr 225, poz. 1635), która przy okazji podnosi też stawki opłaty skarbowej i likwiduje taką opłatę w przypadku podań.
W komunikacie czytamy, że: „Zwrot znaków opłaty skarbowej niesprzedanych przez podmioty prowadzące punkty sprzedaży detalicznej tych znaków będzie dokonywany w okresie od dnia 2 do 31 stycznia 2007 r., bez żadnych dodatkowych kosztów po ich stronie, na zasadach określonych przez dystrybutora znaków opłaty skarbowej, tj. Bank PKO B.P. S.A., do właściwych Oddziałów tego Banku”. Należy mieć nadzieję, że na stronach PKO BP szybko opublikowana zostanie lista właściwych oddziałów.
Resort przypomniał także, że z mocy przepisu przejściowego (art. 19 nowej ustawy). Przepis ten przewiduje, że jeżeli złożono podanie, załączniki do podania, dokonano zgłoszenia lub wystąpiono z wnioskiem o dokonanie czynności urzędowej albo z wnioskiem o wydanie zaświadczenia lub zezwolenia (pozwolenia, koncesji), albo sporządzono dokument stwierdzający ustanowienie pełnomocnika lub jego odpis, wypis, przed dniem wejścia w życie ustawy (czyli do 31 grudnia 2006 r.), stosuje się przepisy dotychczasowe. A zatem w takim przypadku opłata skarbowa może być uiszczona znakami tej opłaty.
Nic bardziej mnie nie cieszy, niż to kiedy dziennikarze z innych gazet dokonują odkryć, o których wcześniej mogli przeczytać na łamach Gazety Prawnej. Oczywiście jeżeli GP czytają (a jeśli nie to ich strata
). Dlaczego? Ano dlatego, że to najlepszy dowód na to, że nasza praca nie idzie na marne, pomysły nie są głupie, a gazeta w której pracuje wytycza nowe kierunki publicystyki prawnej
To chyba jakiś tam powód do dumy jest. Malutki ale zawsze :)
Dlatego z wielką satysfakcją przeczytałem tekst autorstwa zanakomitego (bynajmniej proszę nie traktować tego jako naigrywania się z naszego zacnego kolegi, bo wyrażona tu opinia jest szczera) Piotra Skwirowskiego, który opublikwano w portalu gazeta.pl. Autor donosi w nim, że podatku od sprzedaży nieruchomości z łatwością będzie można w przyszłym roku uniknąć, „a to za sprawą nowego zwolnienia podatkowego zapisanego w ustawie o PIT. W art. 21 ust. 1 pkt 126 zapisano, że wolne od podatku będą "przychody uzyskane z odpłatnego zbycia" domu i mieszkania "jeżeli podatnik był w nim zameldowany na pobyt stały przez okres nie krótszy niż 12 miesięcy przed datą zbycia". I chociaż, użyte w nieco innym kontekście sformułowanie to wydało mi się dziwnie znajome. Szybko też poniosło mnie na fali wspomnień w nieodległą przeszłość. I słusznie.
Z 17 grudnia cofnijmy się do 15 listopada, zmieniając po drodze Gazetę na Gazetę Prawną. Sięgnijmy do tekstu „Zameldowanie wystarczy, by nie zapłacić podatku”, w którym czytamy, że 1 stycznia 2007 r. „zostanie wprowadzona nowa ulga, która pozwoli w łatwy sposób uniknąć zapłaty podatku. Będzie ona przysługiwała podatnikom, którzy sprzedają mieszkanie, w którym byli zameldowani przez co najmniej 12 miesięcy przed datą jego zbycia. By nie zapłacić podatku, wystarczy postarać się o meldunek i zmianę dowodu osobistego.” Przy czym w tekście znalazło się też zstrzeżenie, że „nowe zasady opodatkowania sprzedaży nieruchomości będą miały zastosowanie do dochodów uzyskanych ze zbycia nieruchomości i praw, nabytych od 1 stycznia 2007 r.” To ważne zastrzeżenie, o którym w tekście Gazety niestety zapomniano. Podobnie jak to o dowodzie osobistym. Zwolnienie – jak wyjaśnia to tekst GP z 15 listopada – przysługuje po 12 miesiącach zameldowania na pobyt stały. Każda zaś zmiana zameldowania, to dziś przykra (z uwagi na związaną z tym mitręgę) konieczność wymiany dowodu. To oznacza konieczność aktualizacji zgłoszenia identyfikacyjnego NIP. Kolejna rzecz, o której lepiej nie zapominać. I o którą w przypadku przemeldowywania się do mieszkania przeznaczonego na sprzedaż trzeba będzie zadbać.
Ale na tym nie koniec. Tekst Gazety z 17 grudnia, skupia się tak naprawdę na tym, że „z ustawy o PIT znika zwolnienie od podatku dochodów ze sprzedaży domów i mieszkań otrzymanych w spadku i darowiźnie”. Również i ta informacja nie jest dla mnie nowa. Jako wierny (bo jakże by inaczej
) czytelnik GP znam ją już od października. Znów sięgamy do Gazety Prawnej, tym razem z 24 października i artykułu „Łatwiej będzie można uniknąć podatku”. Czytamy w nim: „projekt zmian w ustawie o PIT przewiduje m.in. likwidację zwolnienia od podatku sprzedaży mieszkań otrzymanych w spadku lub darowiźnie. W zamian – jak wynika z propozycji komisji – przy sprzedaży nieruchomości uzyskanych w drodze darowizny, spadku lub w inny nieodpłatny sposób będzie można uwzględnić koszty uzyskania przychodów, którymi będzie wartość rynkowa z dnia nabycia, powiększona o udokumentowane nakłady, które zwiększyły wartość rzeczy i praw majątkowych poczynione w czasie ich posiadania.” Jak wskazuje autorka artykułu „Mogłoby się wydawać, że likwidacja zwolnienia z opodatkowania sprzedaży nieruchomości nabytych w drodze darowizny uszczelni system. Dlaczego? Podatnicy nie będą próbowali obchodzić przepisów tak, że np. najpierw darowaliby mieszkanie dziecku, które sprzedałoby je, co w konsekwencji pozwalałoby skorzystać ze zwolnienia z PIT.” Jednak jak dowiadujemy się dalej celu tego nie uda się osiągnąć i wszystko „skończy się na dobrych intencjach. Choć zlikwidowana ma być większość obowiązujących zwolnień, to zostaną wprowadzone nowe, dające większe niż obecnie możliwości niezapłacenia podatku. Zostanie utrzymane zwolnienie, które zakłada, że jeśli zakupioną nieruchomość sprzedajemy po pięciu latach, to jesteśmy zwolnieni z PIT. Nowością będzie zwolnienie przysługujące podatnikom, którzy sprzedają mieszkanie, w którym byli zameldowani przez co najmniej 12 miesięcy przed datą jego zbycia. Zatem wystarczające do niezapłacenia PIT będzie zameldowanie się w sprzedawanym lokalu przez co najmniej 12 miesięcy. Będzie trzeba postarać się o meldunek i zmianę dowodu osobistego, ale to przecież mniejszy wydatek niż… zapłata podatku.” W podsumowaniu możemy zaś przeczytać, że „w ten sposób skutek wprowadzonych zwolnień jest w ostatecznym rozrachunku taki, że po zmianach do rzadkości będą należały sytuacje, w których podatnicy podatek zapłacą. Także ci, którzy nieruchomości kupują w celach spekulacyjnych.”
I pod tym ostatnim stwierdzeniem podpisuję się obydwoma rękami. Czymże bowiem jest rok przy inwestycjach w nieruchomości. Nawet na dziwnym polskim rynku – na którym ceny pędzą z prędkością nieosiągalną dla przeciętnego zjadacza chleba –, większość takich inwestycji ma charakter długoterminowy. Martwi oczywiście to, że na pobyt stały można zameldować się tylko w jednym mieszkaniu. No, ale sprzedaż jednego mieszkania na rok, bez opodatkowania zysku z takiej transakcji, to też niezły interes. I tym optymistycznym akcentem, kończę swoją sentymentalną podróż po archiwalnych wydaniach GP, za którą koledze z Gazety serdecznie dziękuję ![]()
Zdaniem przedstawicieli fiskusa, najbliższa rodzina osób które zmarły w 2006 roku, nie ma najmniejszych szans na to by skorzystać ze zwolnienia od podatku spadkowego, które zacznie obowiązywać 1 stycznia 2007 roku.
Taki wniosek można wyciągnąć z art. 3 ustawy o zmianie ustawy o podatku od spadków i darowizn oraz ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych (Dz.U. nr 222, poz. 1629), który jest przepisem przejściowym. Przewiduje on mianowicie, że do nabycia rzeczy i praw majątkowych, które nastąpiło przed dniem wejścia w życie nowelizacji, stosuje się przepisy ustawy o spadkach i darowiznach w brzmieniu obowiązującym do końca 2006 roku. Stąd wyciągany jest prosty wniosek, że wszystkie spadki otwarte do końca 2006 roku podlegają opodatkowaniu na starych zasadach. Wynika to z tego, że po pierwsze spadek otwiera się z chwilą śmierci spadkodawcy (art. 924 k.c.). Po drugie, że spadkobierca nabywa prawo do spadku z chwilą otwarcia spadku (art. 925 k.c.), czyli właśnie z chwilą śmierci spadkodawcy. Takie jest – nieoficjalne na razie – stanowisko resortu finansów, które - jak udało mi się dowiedzieć od kilku Czytelników -, prezentowane jest na szkoleniach dla urzędników zatrudnionych w organach podatkowych. Oznacza to, że najbliższa rodzina osób które zmarły w 2006 roku, nie ma najmniejszych szans na to by skorzystać ze zwolnienia od podatku spadkowego, które zacznie obowiązywać 1 stycznia 2007 roku.
Z taką interpretacją można – i trzeba moim zdaniem - polemizować. Otóż to na co powołują się urzędnicy, faktycznie w ustawie zapisano w art. 3 ust. 1 nowelizacji. Ale ten sam art. 3 przewiduje pewne wyjątki. Jeden z nich (art. 3 ust. 2 nowelizacji) stanowi mianowicie, że nowe brzmienie art. 4 ust. 4 ustawy o podatku od spadków i darowizn stosuje się także do nabycia własności rzeczy lub praw majątkowych, które nastąpiło po dniu 12 maja 2006 roku, czyli na długo przed wejściem nowelizacji w życie. Nowy przepis art. 4 ust. 4 przewiduje zaś, że zwolnienia określone w art. 4 ust. 1 i w art. 4a (to artykuł zwalniający z podatku najbliższą rodzinę) stosuje się, jeżeli w chwili nabycia nabywca posiadał obywatelstwo polskie lub obywatelstwo jednego z państw członkowskich Unii Europejskiej lub państw członkowskich Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA) - stron umowy o Europejskim Obszarze Gospodarczym lub miał miejsce zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub na terytorium takiego państwa. Z prostego zestawienia tych dwóch przepisów łatwo można wyciągnąć wniosek, że spełnienie warunków określonych w art. 4 ust. 4 w jego nowym brzmieniu, umożliwia skorzystanie ze zwolnienia przewidzianego dla najbliższej rodziny (nowy art. 4a) w stosunku do wszystkich spadków nabytych po 12 maja 2006 roku. Inaczej zastrzeżenie wynikające z art. 3 ust. 2 ustawy nowelizującej byłoby całkowicie bez sensu, bo i tak nie można byłoby ani art. 4 ust. 1 ani art. 4a stosować do nabycia (także w drodze spadku) w okresie między 12 maj a 31 grudnia 2006 roku. Ale i tej reguły nie można stosować moim zdaniem bez odwołania się do przepisów o momencie powstania obowiązku podatkowego. W ten sposób cała sprawa staje się wyjątkowo zagmatwana, a intencje ustawodawcy niezbyt jasne.
Dlatego właśnie twierdziłem i twierdzę, że najlogiczniejsze byłoby przyjęcie, że decydujące znaczenia przy rozstrzyganiu, które spadki rozpatrywane będą według strych, a które według nowych przepisów, ma moment przyjęcie spadku. To wtedy powstaje bowiem obowiązek podatkowy w stosunku do spadkobiercy. Wtedy też zaczyna się tak naprawdę podlegać ustawie.
Na marginesie całej sprawy, warto także zauważyć jedną jeszcze rzecz. Nowo uchwalone przepisy – nie tylko te dotyczące podatku spadkowego – przygotowane zostały wyjątkowo niechlujnie. Im głębiej się w nie wczytują, tym więcej widać w nich wewnętrznych sprzeczności i niespójnych rozwiązań. Widać i pośpiech, w jakim przepisy uchwalano i dyletanctwo tych, którzy za poprawianie tych przepisów się zabrali. Niestety piwo, którego nawarzono przy okazji przyjdzie wypić nam wszystkim. A to nie zapowiada się na nic przyjemnego.
W Rzeczpospolitej ukazał się dziś ciekawy wywiad z wicepremier Gilowską. Rzeczą którą ochoczo po wywiadzie podchwyciły inne media stała się kwestia nowego podatku od samochodów. Opodatkowanie samochodów to ostatnio temat modny. I chociaż wydawało mi się że sam na mody jestem w miarę odporny, również na moim blogu gości on stosunkowo często. Cóż zatem takiego ciekawego powiedziała pani premier ? Otóż pani profesor Gilowska oświadczyła że:
„Intensywnie pracujemy nad koncepcją, która będzie zgodna z ustawodawstwem unijnym oraz oczekiwaniami producentów i użytkowników samochodów. Koncepcja podatku ekologicznego przedstawiona wcześniej przez ministra finansów nie spotkała się z dobrym przyjęciem. To, co uważaliśmy za rozwiązanie finezyjne i bardzo staranne, zostało uznane za zbyt skomplikowane i niejasne. Mamy liczne powody, by przypuszczać, że Bruksela oczekuje od nas opodatkowania prostego, najlepiej pobieranego co roku od posiadaczy samochodów. Z drugiej strony przyrzekłam, również sobie, nie zwiększać podatków, a tym bardziej nie wprowadzać nowych. Jednak jakieś decyzje są konieczne, nie dlatego, że państwo potrzebuje pieniędzy, tylko dlatego, że jesteśmy zbyt bezbronni wobec zalewu samochodów o wartości celnej 100 euro, czyli zalewu rzęchów niebezpiecznych dla środowiska naturalnego i dla pozostałych użytkowników dróg. A przy okazji przyduszamy własny rynek samochodowy.” (źródło Rzeczpospolita).Ta wypowiedź zawiera kilka ciekawych elementów. Po pierwsze, pani premier przyznaje, że trwają prace nad rozwiązaniem innym, niż podatek ekologiczny, nad którym niezbyt intensywnie, żeby nie powiedzieć w tempie godnym leniwca, pracuje obecnie Sejm. Od razu rodzi się pytanie o to, czy skoro „finezyjne i bardzo staranne” rozwiązanie okazało się „nazbyt skomplikowane” (faktycznie konstrukcja podatku ekologicznego do najprostszych nie należy), to czy nie należałoby tego niezbyt perpektywicznego projektu z Sejmu wycofać. To jednak wydaje się mało prawdopodobne. Na efekty prac nad nową koncepcją opodatkowania samochodów, zgodną z „z ustawodawstem unijnym oraz oczekiwaniami producentów i użytkowników” będziemy musieli zaczekać co najmniej rok. Skąd ta pewność ?
Zajrzyjmy na chwilę do dokumentu o poważnie brzmiącym tytule „PROGRAM KONWERGENCJI AKTUALIZACJA 2006” z listopada tego roku. Znajdziemy tam informację, że jedną z najważniejszych zmian planowanych w systemie podatkowym w latach 2008-2009 jest – tu cytat – „wprowadzenie nowego rozwiązania opodatkowania samochodów począwszy od roku 2008”. Już zatem w listopadzie pojawił się sygnał, że podatek ekologiczny może powędrować do kosza. Tego w jakim kierunku pojdą nowe rozwiązania też można byłoby się łatwo domyśleć. Do Parlamentu Europejskiego trafił projekt dyrektywy w sprawie podatków od samochodów osobowych. Nowa dyrektywa ma ujednolicić podstawę opodatkowania rocznym podatkiem drogowym, uzależniając ją od wielkości emisji spalin. Opłata taka ma zastąpić jednorazowe opłaty rejestracyjne (również te płacone w formie akcyzy). Kraje wspólnoty miałyby dostać 10 lat na dostosowanie swoich przepisów do postanowień dyrektywy. Sam projekt to efekt dyskusji i prac nad harmonizacją podatków samochodowych w ramach UE, która toczy się już od ładnych kilku lat. Prace nad dyrektywą nie są może chwilowo zbyt zaawansowane, ale wiele wskazuje na to, że tym razem mogą zakończyć siesukcesem. Ze słów wicepremier Gilowskiej wynika wyraźnie, że takiego właśnie rozwiązania można spodziewać się w Polsce i to już w 2008 roku.
W cytowanej na wstępie wypowiedzi jednak nie to jest najciekawsze. Ciekawe jest to, że biedna pani premier chociaż nie chce to musi wprowadzić nam nowy podatek. Trochę niepokojące jest tu słowo nowy. Nowy w sensie dodatkowy ? Ja miałbym jednak nadzieję, że to nie będzie nowy podatek, ale podatek płacony zamiast dziś uiszczanej akcyzy, jakakolwiek by ona nie była. Czyli, że czeka nas przyspieszona implementacja dyrektywy, której jeszcze nie ma. Trudno też mówić, że taka forma podatku jest nowa. Podatek drogowy już kiedyś płaciliśmy. Został zniesiony w 1997 roku (jeśli mnie pamięć nie zawodzi). Zastąpiły go odpisy na fundusz drogowy. Chociaż „to pewne nadużycie symantyczne”. Likwidowany podatek włączono zwyczajnie do ceny beznzyny. Tym co nowy podatek odróżniałoby od dawnego podatku drogowego byłoby uzależnienie jego wysokości od emisji spalin. Ale to z kolei cecha planowanego podatku ekologicznego. W sumie bez rewelacji.
Kolejna interesująca rzecz to to, że podatek ma być zgodny z oczekiwaniami „producentów i użytkowników samochodów”. O ile w to, że zgodne jest to z oczekiwaniami producentów, mógłbym jeszcze jakoś uwierzyć, to w tych użytkowników za nic mi się wierzyć nie chce. Dlatego gorąco zachęcałbym panią profesor Gilowską do odnalezienia chcociaż jednego użytkownika samochodu dla którego taki roczny podatek byłby zgodny z jego oczekiwaniami. Jeśli to się uda koniecznie trzeba pokazać go na jakiejś poważnej konferencji prasowej. Tak rzadki okaz, wzbudzi zapewne powszechne zainteresowanie. Warto też go pokazać, jako przykład godny naśladowania. Przykład skutecznej „implementacji zasad państwa solidarnego” w naszych głowach. Druga taka okazja nie szybko się powtórzy.
18 stycznia 2007 r. Europejski Trybunał Sprawiedliwości rozstrzygnie czy przepisy o polskiej akcyzie na używane samochody sprowadzane z zagranicy są zgodne z prawem unijnym(sygn.C313/05). Sąd rozstrzygnie sprawę w trybie tzw. pytania prejudycjonalnego, czyli takiego które zadał mu sąd krajowy (tu: Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie) przed wydaniem własnego rozstrzygnięcia w sprawie. Jest już pewne, że sprawa jest dla polskiego fiskusa przegrana.
We wrześniu niekorzystną dla polskiego Ministerstwa Finansów opinię w tej sprawie wydała rzecznik generalny ETS Eleanor Sharpston (samo ministerstwo stwierdziło jednak wtedy ustami ministra Nenemana, że opinia ta jest dla resortu korzystna). W październiku w ETS w sprawie Węgier uznał, że podatek ustalany bez uwzględnienia utraty wartości auta narusza art. 90 TWE (sygn. C-290/05 i C-333/05). Potwierdza to także wcześniejszy wyrok ETS w sprawie Tulliasiamies, Antki Siilin v. Finlandia (sygn. C-101/00)w którym został wyrażony pogląd, że nie można nałożyć wyższego podatku na samochody używane pochodzące z importu niż na krajowe samochody używane. Przy ustalaniu wysokości takiego podatku, nakładanego na używane samochody z innego państwa członkowskiego, należy brać pod uwagę wiek pojazdu i faktycznie utraconą wartość. Nie można traktować ich tak jak samochody nowe. Istotna jest bowiem aktualna wartość pojazdu, która zmniejsza się wraz z upływem czasu (podobnie w orzeczeniach C-345/93 i C-393/98).
Przy tak ukształtowanym orzecznictwie ETS jest prawie pewne, że Polska przed Trybunałem przegra. Resort finansów świetnie zresztą zdaje sobie z tego sprawę, skoro od 1 grudnia stawki akcyzy obniżył do poziomu sugerowanego w stanowisku rzecznika generalnego. Ale to za mało by popadać w huraoptymistyczne tony, jak czynią to niestety niektórzy z moich kolegów po fachu. O odzyskaniu całej akcyzy można zapomnieć. Odzyskać będzie można tylko nadwyżkę, ponad to co zapłaciliśmy powyżej stawek 3,1% i 13,6%. Z tego prosty wniosek, że najwięcej odzyskają podatnicy, którzy sprowadzili najstarsze auta, dla których akcyza wyniosła nawet 65%. Ale i tu może nie być różowo. W swoim stanowisku rzecznik generalny wyraźnie zasygnalizował, że to strona polska będzie samodzielnie określała zakres i warunki zwrotu. A ze strony celników już dawno płynęły głosy, że najpierw zaktualizują podawaną w zgłoszeniach wartość samochodów do rynkowej, i dopiero później zwrócą akcyzę… albo i nie. Bo przy dużym zaniżeniu wartości samochodu, podatek płacony według niższej stawki może okazać się wyższy, niż płacony według wyższej od zaniżonej wartości. I chociaż ustawa akcyzowa wydaje się nie dawać podstaw do takiej weryfikacji jest prawdopodobne, że tak właśnie będzie się to odbywać.
I jeszcze jedna ważna uwaga. Jedna z gazet (jej nazwę w tym miejscu zmilczę przez grzeczność bo to teraz najpoważniejszy dziennik IV RP
) napisała, że to rzecznik generalna domaga się od ETS stwierdzenia niezgodności polskich przepisów z prawem unii. Otóż, to pewne pomylenie pojęć. Co prawada o rzeczniku mówi się inaczej, że jest to adwokat generalny, ale nie znaczy to wcale, że pełni on rolę adwokata strony, reprezentuje jej interesy czy coś w tym stylu. Rola rzecznika jest inna. Przypomnę: rzecznicy (adwokaci) generalni wspomagają sędziów ETS w ich pracy. Rzeczników generalnych wybiera się na takich samych zasadach jak sędziów. Pomagają oni sędziom poprzez analizowanie spornych spraw i przygotowywanie propozycji końcowych wniosków, ale nie uczestniczą w wydawaniu orzeczeń.
Pani wicepremier Zyta Gilowska na spotkaniu z dziećmi z dziesięciu wybranych losowo szkół podstawowych, znajdujących się na terenie Warszawy, pochylała się dziś nad losem zagrożonych gatunków zwierząt. Dodatkową atrakcją dla dzieci było to, że spotkanie odbyło się w tajemniczym gmachu Ministerstwa Finansów.
Muszę przyznać, że cel tego spotkania popieram nie tylko obydwu rękami, ale wszystkimi posiadanymi kończynami razem wziętymi i każdą z osobna. Cieszy mnie też troska Pani minister ... o przepraszam, „Pani premier” – wszak jak wynika z doniesień prasowych, tej funkcji Zyta Gilowska nie odda za nic –, o edukację polskiej młodzieży. Zadowolenie z inicjatywy Ministerstwa Finansów psuło mi tylko dziwne przekonanie, że wśród licznych gatunków, którym grozi wyginięcie, na liście brakuje gatunku, który w Polsce należy do niewątpliwie najbardziej zagrożonych wyginięciem z przyczyn komercyjnych. Polskiego podatnika. Chociaż ten nie tyle ginie ile coraz liczniej migruje w okolice z nieco bardziej sprzyjającym mu klimatem. Ale to, że resort się do tego nie przyznaje też jest dość oczywiste. Trudno żeby resort chwalił się tym do czego sam się przyczynia. Zyta Gilowska ma zresztą niezwykły talent do przekazywania podatnikom dobrych wiadomości. Gdyby słuchać tylko tego co mówi pani premier szybko można by uwierzyć, że jeszcze chwila a zaczniemy żyć w prawdziwym raju podatkowym. Kłopot w tym, że dobre wiadomości mają swoje złe cienie, które jak na cień przystało są z reguły większe niż ten, kto je rzuca. Przykład. Proszę bardzo. Niedawno pani premier szumnie ogłosiła, że od 1 grudnia mamy niższa akcyzę na samochody sprowadzane z zagranicy i zerową na kosmetyki, o czym pisałem zresztą na blogu. I tak się stało. Pani premier zapomniała jednak dodać, że w zamian za to co dam dała, ma zamiar zabrać kilka razy więcej w wyższej od nowego roku akcyzie na benzynę bezołowiową. Wyższej tylko o 35 gr na litrze. Ale, w kontekście mikołajkowej akcji edukacyjnej podwyżka ta nabiera nieco innego kontekstu. Może bowiem być przejawem troski Ministerstwa Finansów o środowisko naturalne. Droższa benzyna może skłoni wreszcie rodaków do tłumnego przesiadania się na rowery. Jazda rowerem w styczniu wygląda może cokolwiek egzotycznie, ale jako że aura na razie sprzyja, może warto będzie spróbować. Tym sposobem, mimo że podejmowane kiedyś próby budowy drugiej Japonii pełzły na niczym, to uda nam się przynajmniej zbudować drugie Chiny.
Możliwe, że to co dziś piszę wynika wyłącznie z mojego głębokiego rozżalenia i (oby) niczym nie uzasadnionego rozczarowania panią premier. Ale jak spora część podatników, z jej obecnością w resorcie finansów wiązałem spore nadzieje. Tymczasem poza garścią niespełnionych obietnic, jak ta o obniżeniu niektórych składek ZUS, nie dostaliśmy tak naprawdę nic wielkiego. Waloryzację skali i kosztów jest. Fakt. Ale jej efekty i tak pożera składka zdrowotna, która rośnie do 9%. Swoją drogą warte zastanowienia. Oddajemy na zdrowie 9% swoich dochodów, a to wciąż za mało. Dostaliśmy też likwidację podatku od rodzinnych (ale tylko niektórych) darowizn i spadków. Ale to też prezent mało znaczący. No bo ileż tych spadków każdy z nas w życiu dostaje. A od rodzinnych prezentów i tak podatku nikt nie płacił, no bo i kto przy zdrowych zmysłach, poleciałby od czegoś takiego zapłacić podatek. Nie oszukujmy się. Większość z nas nie odczuje w przyszłym roku jakiegoś znaczącego obniżenia podatków. Niektórzy, odczują za to, że ich kieszenie schudły. Bo w każdym przypadku w którym coś się nam daje, drugą ręką sięga się do naszych kieszeni jeszcze głębiej. Chociaż tu już bez blasku reflektorów. Dlatego doceniam wysiłki pani premier, ale też czuję się przez nią oszukany.
Może właśnie dlatego ile razy słyszę, że minister, premier czy jak jeszcze nie tytułować by pani Gilowskiej, chce mi coś tam obniżać, odruchowo zaczynam chwytać się za portfel w obawie, że następnego dnia usłyszę, że dając mi 5 zł, zabiera mi z drugiej kieszeni 20. Trzeba mieć naprawdę mocne nerwy i dużo samozaparcia, by w tych wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach przyrody nie wyginąć. Ot choćby tak dla zasady, by dłużej nie dać się już tak na każdym kroku łupić. Bo tam gdzie podatnika próbuje się okpić, kończy się solidaryzm społeczny – który oczywiście popieram całym sersem, pod warunkiem jednak, że solidaryzm nie ukrywa socjalizmu – a zaczyna zwyczajna grabież w majestacie prawa. A to do uczciwego płacenia podatków nie zachęca na pewno.
I jeszcze słowo wyjaśnienia – skojarzenie z gatunkami zagrożonymi wyginięciem z przyczyn komercyjnych jest dość oczywiste. Mikołajkowe spotkanie z dziećmi poświęcone było Konwencji o Międzynarodowym Handlu Dzikimi Zwierzętami i Roślinami Gatunków Zagrożonych Wyginięciem (Convention of International Trade in Endangered Species – w skrócie CITES). Ta zaś jest umową międzynarodową sporządzoną 3 marca 1973 r. w Waszyngtonie, która chroni gatunki zwierząt i roślin zagrożone z przyczyn komercyjnych, a nie z przyczyn przyrodniczych.
Witam po kilkudniowej przerwie spowodowanej opieką nad moim przeuroczym 5,5 letnim synkiem. Mam nadzieję, że nikogo ono nie zniechęciła do zaglądania w to miejsce. W każdym razie za to chwilowe lenistwo przepraszam. Od razu też zabieram się za wyjaśnienie kwestii, którą obiecałem szerzej opisać na blogu, czyli tego jak to jest z nowym zwolnieniem od podatku spadkowego i spadkami, które już zostały otwarte.
Otóż, jak już o tym pisałem na swoim blogu, w związku z tym, że znowelizowane przepisy ustawy o podatku od spadków i darowizn przewidują zwolnienie z opodatkowania nabycia własności rzeczy lub praw majątkowych przez małżonka, zstępnych, wstępnych, pasierba, rodzeństwo, ojczyma i macochę, istotnego znaczenia nabiera to, w którym momencie powstaje obowiązek. Kwestia ta jest tym ważniejsza, że coraz częściej w różnych komentarzach można przeczytać, że w takim przypadku decyduje moment nabycia spadku. Taki pogląd bierze się zapewne stąd, że z reguły z taką właśnie sytuacją mamy w przypadku czegoś co zwykłe się u nas nazywać prawami nabytymi. Ale w przypadku podatku od spadków z takim poglądem trudno się zgodzić.
To oczywiście prawda, że spadkobierca nabywa spadek z chwilą otwarcia spadku. Spadek otwiera się zaś z chwilą śmierci spadkodawcy. Wyraźnie wynika to z kodeksu cywilnego (odpowiednio art. 925 i 924 k.c.). Tylko, że ustawa o podatku od spadków i darowizn nic nie wspomina o momencie nabycia spadku, jako zdarzeniu z którym łączyłby się obowiazek zapłaty podatku. Co przewiduje ustawa? Otóż, dwie rzeczy. Po pierwsze, że opodatkowaniu podatkiem od spadków podlega nabycie przez osoby fizyczne rzeczy znajdujących się na terenie RP tytułem dziedziczenia. Po drugie odpowiada na pytanie kiedy (w którym momencie) podlega ono opodatkowaniu. Odpowiedź na to pytanie znajduje się w przepisach dotyczących momentu powstania obowiązku podatkowego. Nie ma wątpliwości, że zarówno z dziś obowiązujących przepisów, jak i tych które zaczną obowiązywać od 1 stycznia 2007 r., w sposób jednoznaczny wynika, że przy nabyciu w drodze dziedziczenia, obowiązek zapłaty podatku powstaje z chwilą przyjęcia spadku. Dlaczego przyjęto takie rozwiązanie?
Otóż zgodnie z przepisami kodeksu cywilnego dotyczącymi spadków, spadkobierca może bądź przyjąć spadek bez ograniczenia odpowiedzialności za długi (przyjęcie proste), bądź przyjąć spadek z ograniczeniem tej odpowiedzialności (przyjęcie z dobrodziejstwem inwentarza), bądź też spadek odrzucić (art. 1012 k.c.). Oświadczenie o przyjęciu lub o odrzuceniu spadku może być złożone w ciągu sześciu miesięcy od dnia, w którym spadkobierca dowiedział się o tytule swego powołania. Jeżeli w tym terminie spadkobierca spadek odrzucił, zostaje wyłączony od dziedziczenia, tak jakby nie dożył otwarcia spadku (art. 1020 k.c.). Inaczej mówiąc praw do spadku nie nabywa wcale. Trudno zatem byłoby mówić o tym, że powstał wobec niego obowiązek zapłaty podatku, albo że w drodze dziedziczenia nabył własność wchodzacych w skład spadku rzeczy. Dlatego właśnie konstrukcja podatku od spadków nie wiąże momentu powstania obowiązku podatkowego z nabyciem prawa do spadku, czyli otwarciem spadku. Dlatego też, obowiązek podatkowy powstaje dopiero z chwilą przyjęcia spadku.
Ale tu uwaga. O ile odrzucenie spadku wymaga wyraźnego oświadczenia osoby powołanej do spadku, o tyle jego przyjęcie już niekoniecznie. Wystarczy, że osoba powołana do spadku nie złoży w stosownym czasie potrzebnego oświadczenia. Kodeks cywilny wyraźnie przewiduje bowiem, że brak oświadczenia spadkobiercy w terminie sześciomiesięcznym jest jednoznaczny z prostym przyjęciem spadku. Natomiast gdy spadkobiercą jest osoba nie mająca pełnej zdolności do czynności prawnych albo osoba, co do której istnieje podstawa do jej całkowitego ubezwłasnowolnienia, albo osoba prawna, brak oświadczenia spadkobiercy w terminie jest jednoznaczny z przyjęciem spadku z dobrodziejstwem inwentarza (art. 1015 k.c.). Brak oświadczenia oznacza zatem w każdej z tych dwóch sytuacji przyjęcie spadku, tyle że w rózniących się nieco zakresach, co jednak dla powstania obowiazku podatkowego nie ma już znaczenia. Trzeba też pamiętać, że odrzucenie spadku nie zawsze będzie możliwe (zob. np. art. 1024 k.c. dotyczący odrzucenia spadku z pokrzywdzeniem wierzycieli).
I to by było na tyle w kwestii tego, które spadki będą opodatkowane według nowych, korzystnych dla najbliższej rodziny spadkodawcy zasadach, a które na dotychczasowych. Moim zdaniem, nie ma wątpliwości, że liczył będzie się moment przyjęcia spadku. Również ten wynikający z upływu czasu do złożenia odpowiedniego oświadczenia.
