
Zespół Pracy Państwowej Prawa i Sprawiedliwości (czyli coś jakby gabinet cieni jak rozumiem) w ramach programu internetyzacji kraju proponuje między innymi wprowadzenie ulgi na zakup pierwszego komputera. Odliczyć moglibyśmy 18 proc. wartości zakupionego sprzętu (wnosić z tego należy, że odliczenia dokonywalibyśmy od podatku, chociaż na stronach internetowych PiS, takiej informacji nie znalazłem). Odliczenie nie mogłoby jednak przekroczyć 500 zł. A zatem, żeby w pełni wykorzystać limit ulgi, w sklepie powinniśmy zostawić jakieś 2778 zł. To cena dość dobrego laptopa lub całkiem niezłej maszyny stacjonarnej.
PiS proponuje, aby taka ulga przysługiwała na zakup pierwszego komputera. Niestety, z lakonicznego komunikatu nie wynika, jak miałoby być ustalane to, czy kupowany komputer jest pierwszym tego rodzaju sprzętem. To w praktyce może być dość trudne do ustalenia. Chociaż w przypadku niektórych podatników byłoby wykonalne. Część z nas korzystała już kiedyś z takiej ulgi.
Zakup komputera można było odliczyć w ramach ulgi na zakup przyrządów i pomocy naukowych. Odliczyć można było 19 proc. wartości zakupionego komputera, jednak nie więcej niż 433,20 zł (czyli wydać można było 2280 zł, co oznaczało wówczas raczej skromną konfigurację sprzętu, zaś o laptopie można było za taką kwotę co najwyżej pomarzyć). Po raz ostatni z ulgi korzystaliśmy w rozliczeniu za 2003 rok. Później ulgę zlikwidowano.
Obecnie odliczenie zakupu komputera możliwe jest tylko w niektórych, dość rzadkich przypadkach, w ramach ulgi rehabilitacyjnej. A ta przysługuje tylko osobom niepełnosprawnym (o określonym statusie) oraz takim, na utrzymaniu, których znajdują się osoby niepełnosprawne (spełniające określone warunki). Wcześniej trzeba jednak wykazać, że ułatwia on wykonywanie funkcji życiowych. Nawet w przypadku takich osób, nie każdy może zatem z ulgi skorzystać. Trzeba też wiedzieć, że pracownicy urzędów skarbowych stosunkowo rzadko zgadzają się na takie odliczenie. Jak widać ulga na zakup komputera nie ma zatem powszechnego charakteru, jak miało to miejsce dawniej, lub jak proponuje to obecnie PiS. No i co najważniejsze, projekt Prawa i Sprawiedliwości raczej nie ma dziś szans na realizację.
„Toyota Bank do końca czerwca będzie zwracał klientom do 3 proc. wartości prawie każdej karcianej transakcji” – poinformowała wczoraj wyborcza.biz. Zwrot ma przysługiwać automatycznie, ale tylko za zakupu w wybranych punktach. Tak czy siak, posługując się kartami banku, za każde wydane 100 zł możemy dostać 3 zł zwrotu. Kłopot w tym, że z tej kwoty w naszej kieszeni pozostanie zaledwie 2 zł. Jednego złotego zabierze nam fiskus.
Taki dokonywany przez bank zwrot na konto naszej karty kredytowej jest przez fiskusa traktowany jako coś , co nazywane jest nieodpłatnym świadczeniem. Inaczej mówiąc jest to coś, co zwiększa nasze opodatkowane dochody. Ministerstwo Finansów nie ma żadnych wątpliwości, że tak właśnie jest, a jego stanowisko kilka razy opisywała już na swoich łamach Gazeta Prawna. Warto, do lektury tej wrócić.
Skoro
mamy dochód, to od wspomnianych 3 zł zwróconych na rachunek karty
kredytowej, trzeba by zapłacić podatek według stawki 18 proc.
Chyba, że ktoś nie ma wcale dochodu. Wtedy ma szansę zarobić do
3091 zł bez podatku, ale aby taką kwotę uzbierać z zakupów na
kartę musiałby najpierw wydać jakieś 103 034 zł. To całkiem
sporo i, o ile nie mamy potrzeby rzeczywiście kupować wszystkich
tych rzeczy, warto się poważnie zastanowić, czy ta forma
powiększania swojego majątku, naprawdę prowadzi do małego
chociażby bogactwa
Zostawmy jednak ten wyjątkowy przypadek i wróćmy do normalności, czyli osoby, która jednak coś tam zarabia i przy okazji tylko skapuje jej parę groszy ze zwrotów na kartę kredytową. Pozostańmy też przy naszym 100-złotowym zakupie i zwróconych trzech złotych. Otóż, przy takiej kwocie podatek wyliczony według stawki 18 proc. wyniesie ni mniej ni więcej tylko 54 grosze. Skąd zatem wspomniany wcześniej złoty podatku? Z zasad zaokrąglania podatków. Kwotę podatku zawsze musimy zaokrąglić do pełnego złotego (świadomie nie piszę złotówki, albowiem środkiem płatniczym jest w Polsce złoty, a nie złotówka, o czym, na co dzień niestety zapominamy). Dopóty, dopóki wyliczony podatek nie wynosi 50 groszy lub więcej, nie trzeba nic płacić. Gdy jednak tylko tę kwotę przekroczy, płatność wynosi złotego, bez względu na to, czy wyliczona kwota to 51, czy 99 groszy. To właśnie, dlatego nasze 54 grosze w cudowny sposób zamieniają się w całego złotego podatku. Gdyby w ten sposób kupić coś za 1000 zł, bank zwróciłby nam złotych 30, ale w kieszeni zostałoby ich tylko 25, bo pozostałe pięć złotych trafiłoby na konto fiskusa (wyliczona kwota to 5,40 złotego, a zatem po zaokrągleniu właśnie pięć złotych).
Oczywiście zawsze lepiej mieć dwa złote więcej, niż ich nie mieć. Jest jednak jedno małe „ale”. Podatek trzeba zapłacić samemu, z czego oczywiście mało, kto z nas zdaje sobie sprawę. Bank nie wyręczy nas w tym, tak jak robi to w przypadku dopisywanych do rachunku bankowego, czy też lokat, odsetek. Odsetki traktuje się, bowiem jak przychody kapitałowe, które objęte są odrębnym ryczałtem. Kwota wracana na rachunek karty kredytowej, to zaś tzw. przychód z innych źródeł, czyli taki, którego przepisy nie opisują w jakiś szczególny sposób. To zaś oznacza, że samemu trzeba taki dochód wykazać w zeznaniu rocznym. Gdy zaś o tym zapomnimy, a zostaniemy na takich sklerotycznych praktykach przyłapani, grozi nam grzywna. Tym wyższa, im wyższy jest "zapomniany" dochód i im lepiej zarabiamy my i nasza rodzina. Na wymiar grzywny sytuacja majątkowa i rodzinna ma całkiem spory wpływ. W każdym razie, nieświadome czy świadome, zatajenie zarobionych na promocjach karcianych pieniądze mogą wpędzić nas w nieliche kłopoty. Dlatego osobiście staram się unikać takich kart jak ognia. Bo to i zysk niewielki i kłopot spory. A przez nieuwagę i poparzyć się można.
Zob. też:
- Promocyjne zwroty z banku są opodatkowane (DGP nr 157/2009)
- Opodatkowanie kart płatniczych (DGP nr 67/2006)
Z działających w Polsce bodajże 401 urzędów skarbowych, 70 otrzymało tytuł przyjaznego podatnikom. Z tej perspektywy, liczba nagrodzonych nie wydaje mi się duża. Co ciekawe, w tym organizowanym od siedmiu lat konkursie, bierze udział tylko siedem takich urzędów, które tytuł przyjaznego utrzymują od pierwszej edycji, aż do dziś. Pozostałe zyskują go lub tracą. Jak widać, urzędnikom nie jest łatwo utrzymać zadowolenie przedsiębiorców z jakości pracy urzędu. Pytanie tylko z czego to wynika ? Obniżającej się jakości pracy urzędników, czy rosnących wymagań przedsiębiorców. Konkurs „Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy” organizowany jest przez Business Centre Club przy współudziale Ministerstwa Finansów. Dla zainteresowanych plik PDF z listą nagrodzonych urzędów prosto ze stron Ministerstwa Finansów.
Jak poinformowało dziś na swoich stronach internetowych Ministerstwo Finansów, elektroniczne zeznanie PIT-37 złożyło w tym roku 89 tys. podatników. W sumie takich deklaracji wpłynęło prawie 77 tys. (niemal 27 proc. z nich to zeznania mieszkańców Mazowsza), w tym zdecydowana większość to zeznania złożone bez kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Zeznań z takim podpisem było zaledwie około 1,5 tys., czyli niespełna 2 proc. wszystkich złożonych deklaracji. Z pewnością zeznań elektronicznych byłoby jeszcze więcej, gdyby nie mitręga z pełnomocnictwem, które trzeba było wysłać tradycyjną już drogą w przypadku składania zeznania z małżonkiem. Sam zresztą z tego właśnie powodu zrezygnowałem w tym roku z tego udogodnienia. Cóż, zwyciężyło lenistwo. Łatwiej było mi wypełnić pita tradycyjnie i podsunąć żonie do podpisu
![]()
Nie w tym jednak rzecz…
Resort finansów bezsprzecznie chce pochwalić się sukcesem. I w pewnej mierze to co stało się w tym roku z elektronicznymi rozliczeniami zwykłych podatników sukcesem jest. W ubiegłym roku drogą elektroniczną złożono zaledwie 419 zeznań. Pomogło zniesienie obowiązku podpisywania zeznań kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Wcześniej przekonywano nas, że takie rozwiązania nie są możliwe. Okazało się, że są i żadna tragedia z tego powodu się nie dzieje. Sukces jest jednak znacznie mniejszy niż mógłby być, gdyby nie ślimaczące się prace nad nowymi rozwiązaniami. Wspomniane 89 tys. podatników zyskało możliwość składania PIT-37 przez internet dopiero w kwietniu, chociaż zeznania składa się przecież od stycznia, a w przypadku podatników będących pracownikami najemnymi, realnie na rzecz patrząc możliwe staje się to z początkiem marca (dlatego, że do końca lutego płatnicy mają czas na przesłanie potrzebnych do jego wypełnienia informacji). Pytanie o to dlaczego nie można było takich zmian wprowadzić wcześniej, pozostanie zapewne otwarte.
Na sukcesie skarbówki cieniem kładzie się także to, że taka możliwość dotyczyła w tym roku wyłącznie zeznania PIT-37. To oczywiście najpopularniejsze ze wszystkich składanych zeznań, jednak nie jedyne które można było szybko i bez zbędnych komplikacji objąć tym rozwiązaniem. Dla mnie osobiście nie jest zrozumiały fakt, dlaczego w ten sposób nie mogli złożyć swojego zeznania inwestorzy (PIT-38) lub osoby, które poza dochodami z pracy dorabiały sobie najmem. Cóż, hydrozagadka
Również statystycznie rzecz cała nie zawsze wygląda tak imponująco jak się początkowo wydaje. To prawda, że rok do roku wzrost jest imponujący. Z 419 do 77 tys. zeznań, czyli o grubo ponad 18 000 proc. (hm, gdybyż pensje mogły rosnąć w tym tempie - pomarzyć). Ale to tylko jedna strona medalu. Wszystkich podatników składających PIT-37 jest według danych dotyczących rozliczenia za 2007 rok (danych na temat rozliczenia za rok 2008 z oczywistych powodów jeszcze nie ma) jest nieco ponad 16 mln (o ile mnie pamięć nie myli, ale raczej nie, bo od kilku lat wielkość ta pozostaje na w miarę zbliżonym poziomie). To oznacza, że elektroniczne zeznania złożyło niecałe pół procenta spośród nich. To przerażająco mało. Statystyka zaczyna też od razu wyglądać zupełnie inaczej. Ale i tych danych nie ma co wyolbrzymiać. Prawdziwy test czeka nas dopiero za rok. Teraz było zbyt mało czasu na składanie takich deklaracji, by można było uczciwie ocenić czy nowe rozwiązanie spotka się z szerszym zainteresowaniem, czy też nie. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że pomysł by takie ułatwienia wprowadzić, i to że udało się go zrealizować, to niewątpliwe sukcesy resortu finansów. Może to jeszcze nie obiecywane nam kiedyś rozliczenie przez sms, ale dobre i to
Moja rodzima gazeta poinformowała dziś o ciekawym pomyśle Ministerstwa Zdrowia na to, jak po raz kolejny dofinansować służbę zdrowia. Pomysł - ujmując rzecz w wielkim skrócie - sprowadza się do wprowadzenia ulgi podatkowej w zamian za to, że wykupimy polisę zdrowotną. I chociaż moi koledzy nie zdradzają na czym wspomniana ulga miałby polegać, z czego wnoszę, że tajemnicy tej ministerstwo im nie zdradziło, można przyjąć, że chodzi o jakiś rodzaj odliczenia wydatków na zakup takich polis. Nie wiadomo tylko czy od dochodu, czy też od podatku. No i najważniejszego, czy odliczenie to miałoby być w jakiś sposób limitowane, czy też nie. Innymi słowy, jak dużo pieniędzy przeznaczonych na prywatne ubezpieczenie zdrowotne fiskus miałby nam zwracać z płaconych przez nas podatków. Nie wiemy też, co na temat pomysłów speców od wpompowywania w system ochrony zdrowia kolejnych miliardów złotych myśli Ministerstwo Finansów, które takie podatkowe rozwiązanie musiałoby autoryzować. A trudno sobie wyobrazić by było do tego jakoś szczególnie skłonne w czasie, gdy problemy z realizacją wpływów podatkowych są aż nadto widoczne. Zresztą na razie jest to chyba dopiero pomysł na pomysł, skoro jak czytamy, rozwiązanie to nie ma jeszcze nawet akceptacji kierownictwa resortu zdrowia. Od razu zyskało za to gorące poparcie przedstawicieli firm ubezpieczeniowych, czemu akurat dziwić się nie ma powodów. Jeżeli już ktokolwiek miałby być beneficjentem takiego rozwiązania, to w pierwszej kolejności właśnie te firmy. Nic przeto dziwnego, że już dziś snują one daleko dalej idące postulaty, takie jak np. wprowadzenie dla takich ubezpieczonych pierwszeństwa w dostępie do świadczeń medycznych. Co akurat byłoby draństwem jakich mało (na szczęście sam resort zdrowia takich pomysłów jak mam nadzieję nie ma). W tym kontekście świetnym komentarzem jest tytuł, jaki nadała streszczeniu naszej publikacji Wirtualna Polska - „Nowa ulga podatkowa tylko dla bogatych”. To trafna diagnoza. Jeśli zastanowić się, kto z takiej ulgi mógłby skorzystać, w kraju w którym dochody ponad 99 proc. obywateli nie przekraczają 86 tys. zł rocznie (czyli około 19,5 tys. euro), to może okazać się, że chętnych na dodatkowe ubezpieczenie wcale nie będzie aż tak wielu. Potwierdziły to zresztą wyniki naszego internetowego sondażu. Na pytanie czy ulga podatkowa zachęciłaby cię do zakupu dodatkowej polisy zdrowotnej, tak odpowiedziało 51 proc. Nie odpowiedziało 49 proc. To ciekawy wynik. Zazwyczaj, gdy pytamy o wprowadzenie nowych ulg, przytłaczająca większość internautów odpowiada tak: wszystko w zamian za ulgę. Tym razem tak nie jest. Ale są ku temu powody.
Nie ma się też co czarować. Ci których na takie ubezpieczenie stać już dziś mają je z reguły wykupione. Z tego też powodu ewentualna ulga, poza efektem w postaci obniżenia płaconego podatku (tym, których na polisy stać), żadnych dodatkowych, wymiernych dla systemu ochrony zdrowia efektów raczej nie przyniesie.
Rozpatrując pomysł Ministerstwa Zdrowia nie sposób też nie pamiętać, że już dziś 9 proc. swoich dochodów oddajemy służbie zdrowia w formie składki na ubezpieczenie zdrowotne. A rząd ostatnimi czasy coraz częściej i głośniej przebąkiwał o podniesieniu jej do 10 proc. Z punktu widzenia budżetu przeciętnie zarabiającej osoby o strasznie dużo. A teraz resort zdrowia chciałby takie osoby przekonać, że obok tego powinny wyłożyć dodatkowe pieniądze na wykupienie prywatnego ubezpieczenia. Czy ma na to szanse ? Cóż, w tym przypadku dobrym podsumowaniem jest moim zdaniem jeden z wpisów na naszym internetowym forum, komentujących opisane pomysły:
~ mam płacić mnóstwo na ubezpieczenie społeczne i jeszcze wykupować polisę? Na nią wydam 1000 zł ,a ulga będzie 190? Wolę 810 przepić:) ~
Cóż, nic dodać, nic ująć.
Użytkując telefon w miejscu zamieszkania, musimy liczyć się z tym, że nawet gdy jest on zarejestrowany na naszą firmę, fiskus wyrzuci nam na podstawie bilingów z kosztów podatkowych prywatne rozmowy.
Prowadzenie w ramach samozatrudnienia firmy w domu (mieszkaniu) nie należy do zjawisk szczególnie nietypowych. Wręcz przeciwnie, zdarza się dość często. Taka forma prowadzenia działalności jest o tyle wygodna, że pozwala uniknąć dodatkowych wydatków związanych z opłatami czynszowymi czy opłacaniem mediów w specjalnie wynajętych na cele działalności pomieszczeniach. Zresztą w przypadku firm jednoosobowych takie wynajmowanie siedziby mijałoby się z celem i byłoby nielogiczne.
Prywatny telefon w kosztach
Oczywiście prowadząc firmę w prywatnym domu czy mieszkaniu, taki przedsiębiorca ma możliwość zaliczania do kosztów podatkowych części wydatków związanych z utrzymaniem takiego mieszkania lub domu. Wśród innych wydatków może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów (kosztów podatkowych) także wydatki poniesione w związku ze służbowymi rozmowami telefonicznymi wykonanymi z telefonu prywatnego. Istotne jest jednak, by były to tylko koszty tych rozmów, które dotyczyły spraw firmowych, nie zaś koszt dwugodzinnej pogadanki z ciocią zza oceanu. Obowiązuje tu, tak jak i w przypadku innych wydatków, zasada, że kosztem podatkowym są tylko te wydatki, które przyczyniają się lub mogą przyczynić się do uzyskania przychodów z naszej działalności albo też pozwalają nam zabezpieczyć źródło naszych dochodów. Stąd użytkując prywatny telefon w ramach prowadzonej firmy, należy bardzo starannie rozliczyć związane z tym koszty na te, które dotyczą firmy i są kosztem podatkowym oraz te, które mają charakter prywatny i kosztem podatkowym być nie mogą.
Bez wydatków na abonament
Z tego prosty wniosek, że wysokość takiego wydatku można ustalić jedynie na podstawie bilingu i faktury za telefon. Nie ma w tym przypadku możliwości rozliczenia tych wydatków ryczałtem. Na tej podstawie sporządzamy tzw. dowód wewnętrzny, pod który należy podpiąć sobie rachunek za telefon i biling, a który stanowi podstawę do zaksięgowania (wpisania) wydatków na telefon w podatkowej księdze przychodów i rozchodów.Co ważne, do kosztów uzyskania przychodów nie można zaliczyć abonamentu za taki prywatny telefon wykorzystywany w firmowych celach. Argument za tym, dlaczego tak być musi, jest i prosty, i oczywisty. Abonament musimy płacić za telefon niezależnie od tego, czy i do jakich celów w danym miesiącu go używaliśmy. Trudno zatem uznać, że jest to wydatek poniesiony po to, by uzyskiwać z naszej działalności przychody.
Przeniesienie na firmę nie zawsze pomaga
Z uwagi na to ostatnie ograniczenie często zdarza się tak, że osoby prowadzące firmę w domu czy mieszkaniu, w którym normalnie zamieszkują, przenoszą numer telefonu na firmę, co niestety jest i czasochłonne, i kosztowne. Tymczasem wbrew powszechnemu przekonaniu samo przeniesienie numeru prywatnego telefonu na firmę nie rozwiązuje problemu.A to dlatego, że wcale nie daje gwarancji, że wszystkie związane z używaniem tego telefonu wydatki uda się zaliczyć do kosztów podatkowych. Nawet wtedy, gdy telefon jest już w stu procentach telefonem firmowym, nadal obowiązuje generalna zasada, że kosztem są tylko te związane z jego używaniem wydatki, które pozostają w związku z prowadzoną działalnością (służą lub przynajmniej spodziewamy się, że posłużą uzyskiwaniu przychodów z tejże działalności).Fiskus ma zaś dostatecznie dużo narzędzi kontrolnych, które pozwalają mu zweryfikować to, czy wydatki te rzeczywiście taki charakter miały. W przypadku użytkowania telefonu najczęściej jest tak, że urzędnicy dokonują weryfikacji bilingów rozmów telefonicznych. Kontrola ta jest zazwyczaj wyjątkowo dokładna i nadspodziewanie skuteczna. Wyciągi z rozmów telefonicznych dość dokładnie pozwalają ustalić przedstawicielom fiskusa, z kim rozmawialiśmy i czy prawdopodobne w związku z tym jest to, że była to rozmowa związana z prowadzonym biznesem. W ten sposób zazwyczaj bardzo szybko z listy opłat za telefon eliminowane są wszystkie wydatki związane z rozmowami z bliższą i dalszą rodziną.Obrona polegająca na twierdzeniu, że przecież brat, dziadek czy kuzynka też prowadzą firmę, bywa zawodna, chyba że możemy udokumentować jakieś związki handlowe z taką firmą.
Fiskus szuka prywatnych rozmów
Zdarza się też, że gdy przedstawicielom fiskusa w wyniku takiej analizy uda się udowodnić, że większość rozmów miała charakter prywatny, kwestionują oni nie tylko koszty konkretnych rozmów, lecz także opłaty abonamentowe, dowodząc, że zarejestrowanie telefonu na firmę to fikcja, pozorna czynność służąca wliczeniu do kosztów podatkowych wydatków prywatnych. Oczywiście można takie stanowisko kwestionować i spierać się o to z fiskusem. Trzeba jednak od razu zdać sobie sprawę z tego, że o ile obronienie abonamentu jako kosztu podatkowego jest wielce prawdopodobne, o tyle w przypadku rozmów, które na podstawie wyciągów od operatora zostały uznane za odbywane w celach prywatnych, rzadko się udaje.Na szczęście w sytuacjach odwrotnych, tzn. gdy wydatki na firmowe rozmowy stanowią zdecydowaną większość kosztów użytkowania telefonu, zaś rozmowy prywatne są prowadzone sporadycznie, organy podatkowe nie kwestionują takich wydatków w ogóle. Chodzi zatem przede wszystkim o to, by zachować zdrowe proporcje, gdy już decydujemy się na przeniesienie prywatnego numeru na firmę prowadzoną w miejscu, w którym równocześnie mieszkamy.
Tym razem nietypowo bo nie o podatkach. Ale za to o naszych pieniądzach, a zatem niezbyt daleko od tego o czym chciałbym by ten blog traktował.
Rzecz cała dotyczy naszych pieniędzy gromadzonych w Otwartych Funduszach Emerytalnych (OFE), czyli tzw. drugim filarze. Wczoraj rząd debatował nad ustawą. Która ma zmniejszyć wynagrodzenie tychże. Dziś jest tak, że od każdych wpłaconych do OFE 100 zł, fundusze zabierają dla siebie w formie specjalnej opłaty maksymalnie 7 zł (rząd chce aby było to tylko 3,5 zł). Maksymalnie, bo w założeniu miało być tak, że fundusze wzajemnie miały wysokością tej opłaty ze sobą konkurować. A jest tak, że niemal wszystkie pobierają ją w takiej właśnie maksymalnej wysokości ( nawiasem mówiąc w przypadku normalnych firm, już dawno zarzucono by im tylko na podstawie tego zmowę cenową; funduszom to jednak raczej nie grozi). Na tym się jednak nie kończy. OFE pobierają jeszcze dodatkową opłatę za zarządzanie aktywami funduszu. W sumie z tego co wpłacamy za pośrednictwem ZUS do OFE, fundusze pobierają około 9,8 proc. Czyli z każdych 100 zł, do kieszeni zarządzających funduszami firm trafia niemal 10 zł. Pozostałe 90 proc. może być inwestowane w naszym imieniu po to by docelowo zwiększyć nasze emerytury. Z tym inwestowaniem nie jest jednak ostatnio najlepiej. Uniezależnione od efektów inwestowania firmy prowadza dość agresywna politykę inwestycyjna, która w okresie giełdowej prosperity miała zapewnić szybkie wzrosty gwarantujące przypływ nowych składkodawców, za którymi idą prowizje od wpłat. Prowizje niezależne od tego co dalej dzieje się z wpłaconymi do OFE pieniędzmi.
To dlatego Ministerstwo Pracy chciało obniżenia prowizji i opłat, które pobierają fundusze. Obniżenie opłat miało nastąpić z marszu, bo jeszcze w maju. Rząd ugiął sie jednak pod presją funduszy domagających się stopniowego obniżania opłat. Teraz mówi się, że obniżenie opłat miałoby nastąpić 1 stycznia 2010 roku. Ale czy nastąpi ? To wcale pewne nie jest. Na równie silny lobbing jak ten prowadzony wobec rządu, możemy liczy także w Sejmie. A ten na naciski ze strony izby zrzeszającej OFE może być nawet bardziej podatny, niż rząd.
Osobiście przyglądając się tym przepychankom zaczynam się coraz poważniej zastanawiać nad tym, czy przy całej dbałości o własne interesy, którakolwiek ze stron tego sporu myśli rzeczywiście o moich pieniądzach gromadzonych w OFE. Dziś wynagrodzenie funduszu w żadnej mierze nie zależy od tego jak zarządza ono powierzonymi mu środkami przyszłych emerytów. Uzależnienie opłat za zarządzanie od wysokości zarządzanych aktywów tylko częściowo spełnia taką rolę. Fundusz mając zagwarantowany udział w przymusowych wpłatach na ubezpieczenia emerytalne nie ponosi też żadnego realnego ryzyka gospodarczego. To prawdziwe złoty biznes, co potwierdzają zresztą wyniki tychże funduszy. Jak wyliczyli to moi redakcyjni koledzy od 120 mld zł, które wpłynęły do OFE, zarządzające nimi firmy pobrały ponad 10,5 mld zł. Tylko w 2008 roku na naszych składkach fundusze zarobiły 1,8 mld zł. Zarobiły tracąc równocześnie 22 mld z tego, co my do tych funduszy wpłaciliśmy. O tyle stopniała bowiem wartość zgromadzonych w funduszach aktywów.
A nie powinno być przecież tak, że podmiot prowadzący jakby nie było normalną działalność biznesową nie ponosi z tego tytułu żadnego ryzyka gospodarczego. A w przypadku OFE tak właśnie jest. Niezależnie od tego jak skutecznie one inwestują i zarządzają swoimi kosztami, i tak mają zagwarantowny stały udział w środkach przekazywanych im przez ZUS oraz prawo do opłat za zarządzanie. W takiej sytuacji mówienie o tym, że fundusze te są zmotywowane do pomnażania pieniędzy przyszłych emerytów lub przynajmniej zdeterminowane do tego by chronić powierzony im kapitał jest śmieszne. A powinny to być dwa podstawowe cele działania OFE. Dlatego system, w którym wysokość wynagrodzenia funduszu emerytalnego nie zależy w żadnym stopniu od efektywności jego działania jest systemem chorym z założenia. Tym bardziej, że żaden z nas nie ma wyboru, gdy chodzi o to, czy z usług tych instytucji chce korzysta, czy też nie. W takiej sytuacji, trudno nie rozumieć tych, dla których OFE to instytucje nastawione na „łupienie” tych, w interesie których powinny działa.
Oczywiście fundusze emerytalne powinny mieć zagwarantowane pewne, niewysokie moim zdaniem, ale stałe wynagrodzenie, za wypełnianie tych wszystkich obowiązków administracyjnych, które w zwiazku z obsługą systemu emerytalnego nałożyło na nie państwo. Zdecydowana większość zarobków funduszu powinna jednak zależeć tylko i wyłącznie od efektów jego działań inwestycyjnych. Sytuacja w której całe ryzyko działalności inwestycyjnej funduszu spoczywa na przyszłych emerytach jest niedopuszczalna. Tym bardziej, że nikomu z nas – co podkreślam raz jeszcze - nie dano wyboru, czy z usług tych podmiotów zamierzamy korzystać, czy też nie. Sama zaś możliwość zmiany funduszu daje nam dość iluzoryczne poczucie panowania nad własnym, emerytalnym losem. Jeśli do tego dodać jeszcze i to, że nie mamy też żadnego wpływu na to w jaki sposób nasze pieniądze są przez te fundusze inwestowane, rzecz cała zaczyna rysować się w dość ciemnych barwach. Próba zaś obrony przez izbę zrzeszającą OFE obecnego stanu rzeczy uznać można już tylko za szczytowe osiągnięcie na niwie finansowej bezczelności. Tym jaskrawsze, że izba reprezentowana jest w tym przypadku przez osobę, która przywileje dla funduszy zbudowała. Zbudowała jak się okazuje kosztem przyszłych emerytów, a zatem nas wszystkich. Samo zmniejszenie prowizji funduszy, które i tak pod wpływem tychże odsunięto w czasie, jest purysowym zwycięstwem rządzących. Niczego nam bowiem nie gwarantuje. A już na pewno nie daje nam gwarancji, ze nadrzędnym celem działania OFE będzie dobro osób, które zostały przymuszone do inwestowania na poczet przyszłych emerytur właśnie za ich pośrednictwem. I nie zagwarantuje tak dług, jak długo zyski samych funduszy nie będą zależały od osiąganych przez nie wyników, a jedynie od liczby „zwerbowanych” potencjalnych emerytów.
Uzależnienie wynagrodzenia OFE od tego jakie zyski one wypracują miałoby tę zaletę, że strategie inwestycyjne funduszy stałyby się bardziej przemyślane i ostrożne. Nastawione nie tyle na uzyskiwanie spektakularnych wzrostów w okresach prosperity, ile na uzyskiwanie stabilnych zysków w dłuższych okresach. A na tym wszystkim nam zależy przecież najbardziej.
Jak już wspomniałem w pierwszej części tego cyklu, środek trwały (a także wartość niematerialna i prawna) to coś takiego co w firmie używane będzie dłużej niż rok. To jednak reguła od której przewidziano wyjątkowo ważny wyjątek. Otóż, w praktyce jest tak tylko z tymi składnikami, które kosztują powyżej 3,5 tys. zł. Jeśli kosztowały mniej mamy trzy możliwości. Pierwsza – nie uznawać takiej rzeczy za środek trwały i rzecz wpisać od razu w koszty. Druga – uznać rzecz za środek trwały i dokonać jednorazowego odpisu amortyzacyjnego, czyli wpisać całą kwotę w koszty, a rzecz umieścić w ewidencji środków trwałych. Trzecie – uznać rzecz za środek trwały i normalnie amortyzować, czyli wpisywać w koszty podatkowe po kawałku.
Ale uwaga. Samo spojrzenie na fakturę dokumentującą nasz zakup nie wystarczy żeby ustalić, czy wartość początkowa jest większa, czy mniejsza niż 3,5 tys zł. Jak zatem ustalić ile jest wart nasz zakup ? Otóż musimy ustalić jaka jest cena nabycia środka trwałego.
Co do zasady, tak rozumiana cena nabycia to wartość netto zakupu, a zatem cena pomniejszona o VAT. Tyle tylko, że tak jest jedynie wówczas, gdy ktoś jest aktywnym podatnikiem tego podatku, a zatem gdy podatek zawarty w cenie może być potraktowany jako podatek naliczony. Innymi słowy, gdy mamy prawo odliczyć sobie taki VAT, wartość początkowa ustalana jest jako kwota netto (cena minus VAT). Wartość początkowa w kwocie brutto (cena całkowita z VAT) będzie brana pod uwagę wówczas gdy w momencie dokonywania zakupu korzystamy ze zwolnienia z VAT, albo też zakup ten ma związek ze sprzedażą nieopodatkowaną. W tych przypadkach VAT naliczony w cenie sprzedaży nie podlega bowiem odliczeniu. A skoro nie można go odliczyć to nie pomniejsza on wartości początkowej dla potrzeb amortyzacji.
Dla osób wymagających prawniczego żargonu i nie znoszących odstępstw od ustawowego żargonu wyjaśniam – zanim znów wytkną mi upraszczanie sprawy –, że chodzi o takie przypadki, gdy „zgodnie z odrębnymi przepisami podatek od towarów i usług nie stanowi podatku naliczonego albo podatnikowi nie przysługuje obniżenie kwoty należnego podatku o podatek naliczony albo zwrot różnicy podatku w rozumieniu ustawy o podatku od towarów i usług”. Wspomniane odrębne przepisy to oczywiście przede wszystkim ustawa o VAT oraz przepisy wykonawcze wydane na jej podstawie.
A teraz znów po polsku, czyli prosty przykład. Kupujemy komputer za 3 tys. zł netto. Cena z VAT (22 proc.) to 3,66 tys. zł. Jeśli mamy prawo do odliczenia sobie 660 zł VAT w ramach rozliczeń vatowskich, to wartością początkową komputera dla celów amortyzacji będzie kwota netto, czyli 3 tys. zł. A zatem komputer taki będziemy mogli albo uznać za środek trwały, albo tez nie w zależności od tego co sami postanowimy. Jeśli uznamy, że nie chcemy traktować go jako środek trwały, stanie się on wyposażeniem (z uwagi na to, że jego wartość przekracza 1,5 tys. zł), całe 3 tys. zł wpiszemy od razu w koszty, a 660 zł rozliczymy jako podatek naliczony w ramach rozliczenia VAT. I tu, niezależnie od tego, jak długo będzie później ten komputer użytkowany, urząd nie będzie mógł się do niczego przyczepić. Takie rozliczenie będzie jak najbardziej poprawne.
Gdy jednak zakupu takiego dokonamy w momencie gdy przysługuje nam zwolnienie z VAT, albo też w związku z prowadzeniem czynności, które z VAT są zwolnione, albo też w związku z wykonywaniem czynności, które w ogóle nie podlegają opodatkowaniu VAT, a zatem gdy nie będzie możliwości odliczenia VAT zawartego w cenie komputera, wartość początkowa wyniesie 3,66 tys. zł. A to oznacza, że nie będzie zmiłuj się i komputer trzeba będzie amortyzować. I to w ratach a nie jednorazowo. Chyba, że zamierzamy używać go krócej niż rok. Ale takie przypadki, zdarzają się raczej rzadko.
Można odetchnąć ? Wartość początkowa ustalona, VAT rozliczony jak trzeba… Nie bardzo. Otóż, ustalając wartość początkową, a zatem i to czy nasz nowy firmowy nabytek trzeba, czy też nie trzeba amortyzować, musimy brać pod uwagę znacznie więcej rzeczy niż tylko VAT i cenę netto.
Gdy uporamy się już z rozstrzygnięciem kwestii czy uwzględniamy cenę netto, czy brutto musimy zabrać się za ustalenie tego, co jeszcze musimy do tej ceny doliczyć. A ustawodawca każe nam doliczać mnóstwo bardzo różnych rzeczy. Mówi mianowicie o konieczności doliczenia kosztów związanych z zakupem naliczonych do dnia przekazania środka trwałego lub wartości niematerialnej i prawnej do używania.
Przepisy wyjaśniają też od razu że chodzi o takie koszty, jak koszty transportu, załadunku i wyładunku, ubezpieczenia w drodze, montażu, instalacji i uruchomienia programów oraz systemów komputerowych, opłat notarialnych, skarbowych i innych, odsetek, prowizji. Żeby to zrozumieć kolejny prosty przykład. Weźmy nasz komputer za 3,66 zł brutto. Załóżmy że przysługuje nam prawo do odliczenia VAT. A zatem do ustalenia wartości początkowej przyjmujemy cenę netto 3 tys. zł. Zanim komputer się u nas znalazł został jednak na nasz koszt dostarczony (kurier) co kosztowało nas 40 zł netto (VAT do odliczenia). Dodatkowe 100 zł netto kosztowało nas ubezpieczenie komputera w drodze (i znów VAT do odliczenia). I w końcu 400 zł netto zapłaciliśmy za instalację i konfigurację komputera do pracy w naszej firmie (VAT znów do odliczenia). Jak jest wartość początkowa komputera brana pod uwagę przy kwalifikowaniu jako środek trwały ? Otóż wartość ta to 3540 tys zł. A zatem o 40 zł za duża by móc nie zaliczać komputera do środków trwałych. Innymi słowy, w tym przypadku nie ma zmiłuj, amortyzować trzeba.
Skoro już o komputerach mowa, to trzeba pomyśleć o oprogramowaniu. Komputer i oprogramowanie do niego to odpowiednio środek trwały i wartości niematerialne i prawne, które nie są traktowane jako jeden składnik majątku firmy, a zatem podlegają odrębnej amortyzacji. W tym zakresie jest jednak jeden bardzo ważny wyjątek. System operacyjny traktowany jest jako część składowa komputera (laptopa), jako coś bez czego nie byłby on zdatny do użytku. A zatem, gdy kupimy komputer za 2 tys. zł i system operacyjny dla niego za 500 zł, musimy brać pod uwagę, że nabyliśmy składnik majątku za 2,5 tys. zł. Warto o tym pamiętać.
I jeszcze jedna uwaga. W przypadku importu cena nabycia obejmuje cło i podatek akcyzowy od importu składników majątku. Te elementy trzeba zatem uwzględnić, gdy zakup dokonywany jest za granicą.
Jak widać ustalenie wartości początkowej środka trwałego proste nie jest. Ale nie jest też sztuką magiczną, którą trudno byłoby zrozumieć.
Komunikat Ministerstwa Finansów w sprawie wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości dotyczącego C-475/07
"W związku z wyrokiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie C-475/07 mającej za przedmiot skargę Komisji Wspólnot Europejskich dotyczącą opodatkowania podatkiem akcyzowej energii elektrycznej Ministerstwo Finansów informuje, że wyrok ten podlega obecnie analizie pod względem jego skutków. Należy jednak wskazać, że przedmiotowe orzeczenie odnosi się wyłącznie do niezgodnego z prawem wspólnotowym określenia momentu powstania obowiązku podatkowego. Wyrok nie odnosi się do kwestii związanych z podmiotem zobowiązanym do zapłaty podatku oraz do ewentualnych zwrotów mogących wynikać z powyższego orzeczenia.
W zakresie ewentualnych zwrotów akcyzy należy zwrócić uwagę, że zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą ETS, państwo członkowskie może odmówić zwrotu podatku w przypadku, gdy ekonomiczny ciężar podatku został poniesiony przez inny podmiot niż podatnik ubiegający się o zwrot, a zwrot podatku na rzecz podatnika prowadziłby do jego bezpodstawnego wzbogacenia. Potwierdzeniem powyższego mogą być wyroki z 14 stycznia 2007 r. Société Comateb and others vs Directeur Général des Douanes et Droits Indirectsw sprawach połączonych C-192/95 do C-218/95, z 21 września 2000 r. w sprawie Kapniki Michaïlidis AE v Idryma Koinonikon Asfaliseon w połączonych sprawach C-441/98 i C-442/98 i wyrok z 25 lutego 1998 r. SA Les Fils de Jules Bianco and J. Girard Fils SA v Directeur Général des douanes et droits indirects w sprawach połączonych 331/85, 376/85 i 378/85.
Dodatkowo wskazać można, że zwrot akcyzy zapłaconej przez producentów energii może spowodować poważne konsekwencje dla konkurencji wewnątrz Wspólnoty oraz naruszenie innych przepisów prawa wspólnotowego. Ewentualny zwrot pobranej akcyzy skutkowałaby tym, że od dnia 1 stycznia 2006 r. energia elektryczna wyprodukowana przez podmioty, którym zwrócono podatek nie byłaby opodatkowana podatkiem akcyzowym od energii elektrycznej. Takie rozwiązanie byłoby niezgodne z założeniami wspólnego rynku i postanowieniami dyrektyw 92/12/EWG i 2003/96/WE, które nakazują opodatkowanie energii elektrycznej akcyzą o stawce nie niższej niż 0,5 Euro/MWh. Przedmiotowy zwrot akcyzy przysługiwałby nie osobom fizycznym, ale przedsiębiorstwom, które zajmują się profesjonalnie produkcją energii elektrycznej. Oznaczałoby to, że w przypadku regresywnego charakteru żądań zwrotu nadpłaconej akcyzy od producentów przez podmioty, które zakupiły tę energię wraz z zawartym w jej cenie podatkiem, podmioty te byłyby uprzywilejowane na rynku europejskim w stosunku do swoich konkurentów z innych krajów członkowskich, którzy akcyzę opłacili w cenie nabycia energii."bez komentarza
"Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy Ordynacja podatkowa oraz ustawy o opłacie skarbowej, przedłożony przez ministra finansów.
Składanie deklaracji podatkowych przez internet ma być łatwiejsze. Zaproponowano, aby podatnicy lub płatnicy nie musieli zawiadamiać naczelnika urzędu skarbowego o zamiarze złożenia deklaracji w formie elektronicznej. Obecnie osoba, która zamierza złożyć deklarację przez internet musi zawiadomić o tym naczelnika urzędu skarbowego.
W nowych przepisach doprecyzowano, że deklaracja składana przez internet może być podpisana także przez pełnomocnika. Pełnomocnictwo do podpisywania deklaracji składanej za pomocą internetu oraz zawiadomienie o odwołaniu tego pełnomocnictwa, podatnik lub płatnik będzie musiał złożyć naczelnikowi urzędu skarbowego. Jednocześnie minister finansów w rozporządzeniu określi wzór pełnomocnictwa i wzór zawiadomienia o odwołaniu tego pełnomocnictwa. Takie rozwiązanie zagwarantuje bezpieczeństwo systemu e-Deklaracje, który obsługuje składanie deklaracji w formie elektronicznej.
Zaproponowano, aby znowelizowane przepisy weszły w życie z dniem ogłoszenia. Taki termin ma umożliwić podatnikom podatku dochodowego złożenie w formie elektronicznej zeznań rocznych za 2008 r. z zastosowaniem nowej uproszczonej procedury."
źródło: KPRM
Każdy przedsiębiorca prędzej czy później musi zmierzyć się z tak egzotycznym zjawiskiem jak amortyzacja. Dlaczego ? dlatego, że żadnej działalności nie da się prowadzić bez podstawowego chociażby tylko wyposażenia taki jak komputer, drukarka, telefon, czy samochód. Potrzebny jest też chociaż kawałek biura, jakieś biurko, krzesło itd. Aby to wyposażenie zdobyć, najczęściej trzeba je dla firmy kupić albo nabyć w jakikolwiek inny sposób, o ile ten jest tylko legalny. I tu pojawia się kłopot zwany amortyzacją. Z przepisów podatkowych wynika bowiem wprost, że taki kupiony dla firmy sprzęt nie może być ot tak sobie wrzucony w koszty, na podstawie faktury na jego zakup, czy też innego dokumentu potwierdzającego nabycie jego własności. A raczej nie zawsze może być tak potraktowany.
Część firmowych zakupów rzeczowych musi być traktowana jako tzw. środek trwały, a jeśli zakup ma charakter zakupu nie rzeczy a prawa, jako wartość niematerialna i prawna. W takim przypadku trzeba stosować przepisy o amortyzacji, choć nie koniecznie będziemy taką rzecz czy prawo amortyzować. Najpierw jednak słowo o tym, czym jest amortyzacja. Otóż, jest to sposób rozliczania kosztów zakupu (lub nabycia w inny sposób) takich rzeczy i praw, które nie zużywają się jednorazowo, czyli które można używać wiele razy lub używać w sposób ciągły przez jakiś czas. Jeśli zatem kupujemy gwoździe, które w normalnych warunkach zużywa się raz po to by jakieś rzeczy ze sobą połączyć (to, że taki gwóźdź można później odzyskać i wykorzystać ponownie nie ma tu znaczenia, bo normalnie przewiduje się jego jednorazowe zużycie), przepisami o amortyzacji martwić się nie trzeba. Jeśli jednak jest to komputer, który normalnie przeznaczony jest do użytkowania w dłuższym czasie, to nawet gdybyśmy chcieli go użyć raz, przepisami o amortyzacji trzeba się już martwić.
W dużym uproszczeniu, sama amortyzacja polega na tym, że do kosztów wpisujemy nie cały wydatek na rzecz lub prawo, ale określoną przez przepisy jego część. Inaczej mówiąc, zakup trafia w koszty w dłuższym czasie, różnym w zależności od tego, jakie przepisy przewidziały dla niego normatywne (czyli założone) okresy użytkowania.
Nawet jednak takie rzeczy i prawa, które nie służą do jednorazowego użytku, mogą być czasem wpisane do kosztów od razu. Czasem wydatek taki można wpisać do kosztów od razu. Otóż, co do zasady środkiem trwałym jest wszystko co zamierzamy używać na potrzeby firmy dłużej niż rok. To prosta zasada. Zamierzasz używać rok i dłużej: środek trwały. Zamierzasz używać krócej: nie środek trwały. No chyba, że się pomylimy. Jeżeli, przewidywaliśmy, że coś używane będzie krócej niż rok, będziemy potem używali dłużej, to z chwilą przekroczenia rocznego okresu użytkowania czeka nas droga przez mękę. Po pierwsze trzeba bowiem wydatek na zakup tego czegoś wyrzucić z kosztów (odjąć go od kosztów, lub wystornować, w zależności od tego jaką terminologie kto woli stosować). Po drugie ułożyć plan amortyzacji i wyliczyć odpisy amortyzacyjne. Po trzecie, zapłacić karne odsetki, za to że nasze koszty przez cały ten okres były wyższe niż być powinny. Te zasady dotyczą w praktyce jednak tylko takich rzeczy i praw, których wartość w chwili nabycia (tzw. wartość początkowa, a zatem nie sama cena ale i np. koszty montażu gdy takie były)jest wyższa niż 3,5 tys. zł. Jeśli była niższa, otwiera się przed nami może możliwości, a karne odsetki zupełnie nam nie grożą.
Jak już wspomniałem środek trwały (a także wartość niematerialna i prawna) to coś takiego co w firmie używane będzie dłużej niż rok. To jednak reguła od której przewidziano wyjątkowo ważny wyjątek. Otóż, w praktyce jest tak tylko z tymi składnikami, które kosztują powyżej 3,5 tys. zł. Jeśli kosztowały mniej mamy trzy możliwości. Pierwsza – nie uznawać takiej rzeczy za środek trwały i rzecz wpisać od razu w koszty. Druga – uznać rzecz za środek trwały i dokonać jednorazowego odpisu amortyzacyjnego, czyli wpisać całą kwotę w koszty, a rzecz umieścić w ewidencji środków trwałych. Trzecie – uznać rzecz za środek trwały i normalnie amortyzować, czyli wpisywać w koszty podatkowe po kawałku. Wybór jednego z tych sposobów postępowania należy do nas. Biorąc to pod uwagę można zatem uznać, że zakup każdej rzeczy czy prawa, których początkowa wartość ustalona zgodnie z przepisami o amortyzacji jest niższa niż 3,5 tys. zł, może być od razu zaliczona do kosztów podatkowych, nawet jeśli używana będzie dłużej niż rok. Bez narażania się na konsekwencje w postaci karnych odsetek z powodu przekroczenia rocznego okresu użytkowania. Proste, wygodne rozwiązanie ![]()
Ale to jeszcze nie koniec. Kwestia kolejna to wyposażenie. Jest nim wszystko to, czego nie zaliczamy do środków trwałych. I nie ma tu znaczenia, czy dzieje się tak dlatego, bo coś nie jest używane dłużej niż rok, czy dlatego że sami postanowiliśmy tego nie uznawać za środek trwały, bo wartość tego czegoś nie była wyższa niż 3,5 tys. zł. Wydatki na nabycie takich rzeczy wpisujemy do kosztów od razu. Po za tym mamy też obowiązek każda taką rzecz, jeśli jej wartość przekracza 1,5 tys. zł, wpisać do ewidencji wyposażenia. Oczywiście to obowiązek dotyczący tylko tych osób, które opodatkowane są PIT i prowadzą podatkową księgę przychodów i rozchodów.
Nie jestem ekonomistą, ale nawet dla mnie jasne jest, że osoby nawołujące dziś do zwiększenia deficytu budżetowego - niezależnie od tego, czy są to politycy, czy ekonomiści - myślą o kwocie zwiększającej pulę pieniędzy do wydania z państwowej kasy jak o czymś, co spada nam z nieba. Nic bardziej mylnego.
To, że dopiszemy w budżecie do deficytu kolejne 10 czy 20 mld zł, nie oznacza jeszcze, że tym prostym gestem zwiększymy kwotę, którą wolno nam będzie wydać. Deficyt to nie wirtualny pieniądz, którego przybywa nam, gdy tylko dopiszemy go do ustawy budżetowej. Aby móc z tej kwoty skorzystać, najpierw trzeba ją gdzieś pożyczyć. Upraszczając nieco rzecz, deficyt to nadwyżka wydatków nad przychodami. Wydać więcej niż mamy możemy tylko wtedy, gdy ktoś nam da brakującą kwotę. To dokładnie tak samo, jak z naszym domowym budżetem. Możemy żyć na kredyt (utrzymywać deficyt w domowych wydatkach). Wydawać więcej niż zarabiamy. Dodatkowe kwoty pożyczymy sobie z banku (kredyt, pożyczka czy karta kredytowa) czy od rodziny i znajomych (pożyczki).
Kłopot w tym, że każda złotówka z tych pożyczonych pieniędzy wydana przez nas dziś na zakupy to mniejsza kwota naszego wynagrodzenia do wydania w przyszłości. To zaś oznacza albo konieczność ograniczenia wydatków w przyszłości, albo pożyczania kolejnych kwot. Teraz już nie tylko po to, by finansować bieżące zakupy, ale także spłacać to, co pożyczyliśmy wcześniej. Jeśli nie spłacimy swoich długów, nikt nam przecież nic więcej nie pożyczy. Podobnie jest z budżetem państwa. Aby mogło ono wydać więcej niż wynoszą jego dochody, brakującą kwotę musi pożyczyć. Te brakujące pieniądze to właśnie deficyt budżetowy. A zatem, gdy deficyt zwiększamy o 10 mld, to taką właśnie kwotę musimy pożyczyć. Robi się to poprzez emisję obligacji, które kupują inwestorzy, zasilając w ten sposób nasz budżet swoimi pieniędzmi. Ale nic za darmo. Pożyczając swoje pieniądze inwestorzy liczą przecież na zysk. Im więcej pożyczamy, tym więcej później musimy oddać. I tu zaczynają się przysłowiowe schody.
W domowym budżecie mechanizm ten przećwiczyło już wielu z nas. Jeśli zadłużymy się raz, to nie ma kłopotu. Jeśli zapożyczamy się ciągle, zaczynamy powoli wpadać w spiralę zadłużenia i coraz więcej musimy spłacać w formie odsetek, a coraz mniej możemy dopożyczyć na kolejne wydatki. I w pewnym momencie zauważymy, że pożyczką z jednej karty kredytowej trudno już spłacać długi z innej, chociaż na początku mechanizm ten świetnie się sprawdzał. Z długiem państwa jest identycznie. Deficyt budżetowy nie jest zjawiskiem jednego roku. Mamy go od lat, w każdym kolejnym budżecie. A to oznacza, że nasz dług rośnie. Co więcej, prędzej czy później kończy się okres kredytowania i trzeba zacząć spłacać wcześniejsze pożyczki. Aby je spłacić, trzeba znów pożyczyć pieniądze (trywializując to jest owo słynne rolowanie długu z obligacji, czyli sprzedawanie nowych obligacji, by spłacić te, które trzeba już wykupić). Jeśli posłuchamy tego, co mówi minister finansów, okaże się, że w tym roku na taki wykup starych długów musimy pożyczyć 155 mld zł. Do tego dochodzi 18 mld zaplanowanego deficytu. To już 173 mld. Gdyby do tego dodać kolejne 10, 15 czy 20 mld zł, jak chcą niektórzy politycy i ekonomiści, musielibyśmy już pożyczyć niemal 200 mld zł. Owszem, można byłoby to zrobić, gdyby nie kolejne ale… Otóż już dziś Ministerstwo Finansów ma problem ze sprzedawaniem swoich obligacji. Ostatnia ich emisja nie była sukcesem. A kłopot będzie coraz większy, bo na światowych rynkach pojawiło się sporo takich ofert. Inne kraje też w ten właśnie sposób postanowiły pompować pieniądze w swoje dotknięte kryzysem gospodarki. I to kraje, które mimo że oferują mniejszy zysk na swoich obligacjach, to jednak postrzegane są jako bardziej wiarygodne fiskalnie. Dla Polski oznacza to, że za każdy pożyczony miliard złotych trzeba będzie zapłacić znacznie więcej niż dotychczas. O ile znajdzie się chętny, żeby go nam pożyczyć. Dla mnie to dostateczny powód, żeby na doktorów od cudownego ożywienia kulejącej gospodarki poprzez inwestycje finansowane z pieniędzy, co do których nie ma pewności, czy uda się je pożyczyć, patrzeć jak – żeby to delikatnie ująć - gospodarczych znachorów.
Każdy kto wynajmuje mieszkanie i płaci od przychodów z czynszu PIT w formie ryczałtu powinien najpóźniej 2 lutego rozliczyć się z fiskusem. Ten sam obowiązek dotyczy także korzystających z uproszczonych form opodatkowania małych firm. Zarówno wynajmujący, jak i przedsiębiorcy opłacający ryczałt powinni złożyć w urzędzie skarbowym zeznanie PIT-28. Małe zakłady rzemieślnicze i inne osoby korzystające z karty podatkowej musza natomiast poinformować urząd skarbowy o odliczonych od podatku składkach na ubezpieczenie zdrowotne. W ich przypadku dokonuje się tego na formularzu PIT-16A. W tym roku na dokonanie takich rozliczeń było o dwa dni więcej. Normalnie okres rozliczeniowy kończy się dla tych podatników 31 stycznia. W tym roku dzień ten wypadł jednak w sobotę, stąd termin upływa dopiero w poniedziałek 2 lutego. Te osoby z liczącej ponad 700 tys. podatników grupy objętej takimi formami opodatkowania, które jeszcze tego nie zrobiły powinny się zatem mocno pospieszyć.
"Trzy podatki od sprzedaży mieszkania: Takiego bałaganu w opodatkowaniu pieniędzy ze sprzedaży domów czy mieszkań jeszcze nie było. W 2009 r. można je opodatkować na trzy różne sposoby!" – napisał 31 stycznia tego roku na łamach internetowego portalu gazeta.pl (Gazet Wyborcza lub Agora, jak komu wygodniej identyfikować ten portal) Piotr Skwirowski.
"Od 2009 roku zmienią się przepisy dotyczące opodatkowania PIT zbycia nieruchomości. Będą obowiązywały trzy sposoby rozliczania takich transakcji, uzależnione od daty nabycia mieszkania lub domu. Zdaniem ekspertów podatnicy będą mieć kłopot z prawidłowym opodatkowaniem obrotu nieruchomościami” – pisała o tym samym zagadnieniu pod koniec lipca ubiegłego roku, tuż po uchwaleniu tych zmian moja redakcyjna koleżanka Ewa Matyszewska, na łamach Gazety Prawnej (nr 141/2008). Później do sprawy tej wracała jeszcze wielokrototnie. Cytowany przez nią Arkadiusz Michaliszyn, prawnik i partner w CMS Cameron McKenna, wprost stwierdził, że ustawodawca podatkowy szczodrze obdarza obywateli owocami swojej niewyczerpanej inwencji i nie pozwala im na nudę: "W praktyce obowiązywać będą trzy systemy opodatkowania dochodów ze sprzedaży nieruchomości (lub nawet cztery, jeśli wziąć pod uwagę nieruchomości nabyte w ramach działalności gospodarczej). Oczywiście nie można wykluczyć, że lista ta ulegnie rozszerzeniu, bo przecież ustawodawca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Myślę, że losy ulg mieszkaniowych dają odpowiedź na pytanie, dlaczego podatki są tak skomplikowane" - cytuje dalej w swoim tekście wspomnianego eksperta redaktor Matyszewska. Cóż, nic dodać nic ująć
A tak na marginesie: dobrze, że teraz także inni dziennikarze zaczynają dostrzegać problem, bogatsi w nasze doświadczenia i interpretacje
