
W latach 2003–2007 dochód polskiej rodziny wzrósł o 36,5 proc. W Polsce od 2004 roku powstało ponad 2,5 mln nowych miejsc pracy. Wciąż pozostajemy, po Bułgarii i Rumunii, najuboższym krajem UE. Te dane, mówiące o naszym bilansie przystąpienia do UE, wskazują, że ostatnie 5 lat ogromnie zmieniło sytuację na naszym rynku pracy, spowodowało też istotne zmiany w zamożności poszczególnych grup społecznych, nie pozostało bez wpływ na migracje Polaków.
Bywa jednak, że przeceniana jest rola naszego przystąpienia do UE jako wyłącznej przyczyny zmian. Tak jest na przykład z opisem sytuacji na rynku pracy czy emigracją. Z drugiej strony w niektórych aspektach rola UE jest wciąż niedoceniana. Prawie 10 mld euro, które trafiły w ostatnich 5 latach na polską wieś, odmieniają jej obraz. Wciąż też żyjemy stereotypami – na przykład biednych emerytów czy osób żyjących na wsi.
Anioły i demony naszego rynku pracy
Według GUS, który od 1992 roku prowadzi Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), w Polsce pracuje obecnie (IV kwartał 2008 r.) 16 mln osób. To najlepszy wynik w historii. Do tej pory najwięcej osób pracowało w sierpniu 1998 r. (15,61 mln). Później liczba pracujących malała, aby w I kwartale 2004 r., czyli w momencie przystąpienia Polski do UE, osiągnąć historyczne minimum – 13,47 mln osób. Od tamtego czasu w naszym kraju powstało więc 2,53 mln nowych miejsc pracy.
Przyczynia się to oczywiście do obniżenia wskaźnika bezrobocia. Od 2004 roku zmalał z 20,7 proc. do 6,7 proc. Podobnie jest z liczbą osób bezrobotnych. Na początku 2004 roku było ich 3,5 mln. Na koniec 2008 roku – 1,2 mln.
Coraz lepsza sytuacja na rynku pracy powoduje też wzrost tzw. wskaźnika zatrudnienia. Wskaźnik ten dla osób w wieku 15–64 lat, który ma zgodnie z tzw. strategią lizbońską wynieść w krajach UE w 2010 roku 70 proc., w IV kwartale ubiegłego roku wynosił 60 proc. To także najlepszy wynik w historii. W IV kwartale 2003 r. wynosił 51,4 proc. Mimo takiej poprawy wciąż pozostaje na niskim poziomie. Dla porównania: w 27 krajach UE wynosi on ponad 65,9 proc.
W ciągu ostatnich lat zmieniła się też na korzyść struktura zatrudnionych osób. Obecnie w rolnictwie pracuje 13,3 proc. osób, w przemyśle 32 proc., a w usługach 54,6 proc. W IV kwartale 2003 r. było to odpowiednio – 18,5 proc., 28,6 proc. oraz 52,9 proc. Najbardziej zmalał więc udział pracujących w rolnictwie i to mimo że ten sektor wytwarza zdecydowanie więcej dóbr niż przed pięciu laty.
Wciąż zmorą naszego rynku pracy pozostaje m.in. bardzo niski wskaźnik zatrudnienia starszych osób. W 2008 roku wynosił w krajach UE dla osób w wieku 55–64 lat – 45,6 proc. W Polsce zaledwie 31,6 proc. To jeden z najgorszych wyników w UE.
Wyjeżdżają, ale i wracają
Według ostatnich danych GUS w 2007 roku na czasowej emigracji – ponad trzy miesiące – przebywało 2,27 mln Polaków. Rok wcześniej 1,95 mln, a w 2004 roku 1 mln. Zdecydowana większość osób wyjeżdżających z Polski mieszka w krajach UE. Na koniec 2007 roku przebywało tam 1,86 mln osób. Liczba ta jest ponaddwukrotnie wyższa niż na początku okresu naszego członkostwa w UE. W 2004 roku liczba emigrantów przebywających w krajach UE wynosiła 0,75 mln. Szacunek ten uwzględnia jednak też tych Polaków, którzy od dłuższego czasu przebywali poza granicami Polski, w tym w krajach UE, bez względu na ich status pobytu. Te liczby świadczą, że w krajach UE przebywa około 1 mln Polaków więcej niż przed akcesją. Nie można wyciągać wniosku, że są to osoby, które wyjechały z kraju na stałe. GUS podaje jednak, że blisko połowa z nich pozostaje tam dłużej niż rok. Osoby te tracą więc kontakt z krajem i coraz trudniej będzie im do niego wrócić.
Wśród krajów emigracji Polaków po naszej akcesji zdecydowanie wyróżniają się Wielka Brytania, Niemcy i Irlandia. W końcu 2007 roku w przebywało tam 690 tys. emigrantów z Polski, a w Niemczech 490 tys. Kolejne miejsca zajmują Irlandia (200 tys.), Holandia (98 tys.) i Włochy (87 tys.). Ze względu na skalę zjawiska emigracji i jej dynamikę szczególnym przypadkiem jest Irlandia. W stosunku do 2002 roku liczba emigrantów z Polski wzrosła tam 100-krotnie.
Większość polskich emigrantów przebywa za granicą w związku z pracą, choć coraz więcej jest też członków ich rodzin, tj. małżonków i dzieci, którzy pozostają na utrzymaniu pracujących. Także te dane świadczą o tym, że coraz więcej osób może rozważać pozostanie na stałe poza granicami Polski. Może to niekorzystnie wpłynąć na naszą sytuację demograficzną. Jeśli z Polski na stałe będą wyjeżdżać osoby młode, to nie tylko one będą mieszkać za granicą. Może się też zdarzyć, że podobnie będzie z ich dziećmi.
Emigracja może się też przyczyniać się do wzrostu płac w kraju wysyłającym swoich obywateli do pracy za granicą. Jest to korzystne w krótkim okresie dla ich obywateli, ale wcale nie musi oznaczać korzyści dla całej gospodarki. Jeśli płace rosną szybciej niż wydajność pracy, pogarsza to jej konkurencyjność. Szybki wzrost płac w okresie wyjazdów potwierdzają dane z Polski. W latach 2007–2008 wynagrodzenia w Polsce rosły w tempie ponad 10 proc. Taki wzrost jest m.in. efektem mniejszej liczby potencjalnych pracowników na danym rynku. A gdy jest ich mniej, mogą żądać wyższych pensji. Szczególnie dotkliwie wzrost ten odczuła w Polsce na przykład branża budowlana.
Biedny jak rodzic, a nie emeryt
Wzrost wynagrodzeń przyczynia się m.in. do spadku liczby osób zagrożonych ubóstwem. W 2003 roku poniżej minimum egzystencji (zwanym też minimum biologicznym, bo osiąganie niższych dochodów nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb) żyło w Polsce 11,7 proc. osób. W 2007 roku (najnowsze dane, jakimi dysponuje GUS) – 6,6 proc. To spadek o prawie 44 proc. Najszybciej osób zagrożonych ubóstwem ubywa wśród pracujących na własny rachunek i rolników. Wciąż najbardziej narażonych na ubóstwo są rodziny wychowujące dzieci.
Także dane o dochodach świadczą o wzroście zamożności Polaków. W 2003 roku średni dochód na członka rodziny wynosił 680,5 zł. W 2007 roku wzrósł do 928,9 zł, tj. o 36,5 proc. Biorąc pod uwagę stosunkowo niską inflację z tego okresu, oznacza to, że dochody Polaków wzrosły realnie o ponad 20 proc. Najszybciej rosną dochody rolników. W okresie 2003–2007 wzrosły o 78,5 proc. Trzeba też zauważyć, że dochody emerytów i pracowników najemnych rosną niemal w takim samym tempie. Przeczy to obiegowej opinii o dyskryminacji dochodowej emerytów. 4 proc. emerytów żyje poniżej minimum egzystencji i są to osoby, obok pracujących na własny rachunek, najmniej zagrożone biedą.
Wskaźnik bezrobocia w Polsce jest niższy niż w 11 krajach UE. Zatrważająco szybko bezrobocie rośnie w Hiszpanii, Irlandii, oraz na Litwie i Łotwie.
Wskaźnik bezrobocia w 27 krajach Unii Europejskiej wyniósł w lutym 7,9 proc. – podał właśnie Eurostat. Bez pracy w krajach UE pozostaje 19,2 mln osób. W 16 krajach strefy euro wskaźnik bezrobocia sięgnął 8,5 proc. Najniższe bezrobocie notują Holandia, Cypr Austria i Słowenia. Nie przekracza tam ono poziomu 5 proc., a w Holandii wynosi zaledwie 2,7 proc.
Najwyższy wskaźnik bezrobocia notuje Hiszpania, Łotwa, Litwa i Irlandia. Wszędzie tam jest on dwucyfrowy. Wynosi odpowiednio 15,5 proc., 14,4 proc., 13,7 proc. i 10 proc. Ponadto bezrobocie rośnie tam w niezwykle szybkim tempie. Rok wczesnej (w lutym 2008 roku) wynosiło ono odpowiednio 9,3 proc., 6,1 proc., 4,4 proc. i 4,8 proc. Na Litwie wzrosło więc ono w ciągu zaledwie 12 miesięcy ponad trzykrotnie (z 4,4 proc. do 13,7 proc.). Podobne wzrosty notuje Łotwa. Ponad dwukrotnie więcej osób bez pracy, niż rok wcześniej, jest w Irlandii.
W Polsce wskaźnik bezrobocia (7,4 proc.) jest poniżej średniego w UE. A przypomnijmy, że w 2004 roku bezrobocie w Polsce wynosiło 19 proc. i był to wynik dwukrotnie gorszy niż średnia dla UE, która wynosiła wtedy 9 proc. W Polsce bezrobocie malało w ostatnim czasie najszybciej ze wszystkich krajów UE. Polska jako jeden z siedmiu krajów UE odnotowała też w okresie luty 2008 / luty 2009 spadek bezrobocia. W 19 krajach UE nastąpił jego wzrost, a w jednym pozostał na niezmienionym poziomie.
Eurostat nieco inaczej określa wskaźnik bezrobocia niż poszczególne kraje (u nas robi to GUS). Definiując bezrobotnego bierze pod uwagę zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy i opiera się na założeniu, że bezrobotnym jest osoba w wieku 15-74 lata, która pozostaje bez pracy, jest w stanie podjąć ją w ciągu najbliższego tygodnia i w ciągu ostatnich czterech tygodni aktywnie jej poszukiwała. Taka definicja pozwala na obiektywne porównywanie wyników.
Trwa właśnie dyskusja na temat obniżania zysków PTE - instytucji zarządzających środkami przyszłych emerytów gromadzonych w OFE. Oto mój głos w tej sprawie:
II filar ubezpieczeń społecznych jest drogi. Za drogi. Utrzymywanie obecnego stanu rzeczy może doprowadzić do rozpadu systemu emerytalnego i ostatecznej kompromitacji idei partnerstwa publiczno-prywatnego.
Ze 120 mld zł, które wpłynęły w ciągu ostatnich 10 lat do OFE zarządzające nimi powszechne towarzystwa emerytalne (PTE) pobrały jako wynagrodzenie ponad 10,5 mld zł. To prawie 9 proc. przelanych do funduszy składek przyszłych emerytów.
Systemowy błąd w sposobie wynagradzana firm zarządzających OFE - ich przychody niemal w ogóle nie zależą od tego co najważniejsze dla ich klientów czyli zysków z inwestycji - najbardziej uzmysławia sytuacja z 2008 roku. Aktywa przyszłych emerytów stopniały o 22 mld zł, a zarządzający OFE pobrali tytułem opłat rekordową kwotę 1,8 mld zł. Z tej kwoty 740 mln zł to ich zysk. Też rekordowy. Dla porównania ZUS, który jest uważany za drogą instytucję, ale wykonuje nieskończenie więcej zadań niż PTE, kosztował nas w ubiegłym roku zaledwie 3,35 mld zł.
Taka sytuacja jest nie do zaakceptowania. I to nie tylko z powodu konieczności dbania o interes klientów czy bezpieczeństwo wypłacalności systemu emerytalnego - wszak gwarantem wypłat minimalnych świadczeń jest skarb państwa. Wbrew pozorom jej zmiana jest też w interesie zarządzających OFE. Jeśli wciąż będą alergicznie, a czasem wręcz histerycznie reagować na próby obniżenia ich zysków, może się to skończyć całkowitym odwrotem od II filara. Coraz częściej pojawia się postulat jego dobrowolności (np. ostatnia propozycja OPZZ) czy wręcz likwidacji.
Manufakturowy biznes
Fabryka zysków. Takim mianem są nazywane w dużych grupach kapitałowych - zajmujących się jeszcze np. ubezpieczeniami życiowymi, majątkowymi czy inwestowaniem - działające tam PTE. Ryzyko prowadzenia tego biznesu jest bliskie zeru. Przede wszystkim zapewniony jest stały dochód. Pracujący klient, który musi być członkiem OFE (podobnie jak opłacać składki do ZUS) co miesiąc wpłaca do funduszu ponad 37 proc. swojej składki emerytalnej. A to marzenie każdej firmy, która w normalnych, rynkowych warunkach musi walczyć o przetrwanie, klienta i przychody.
Zagrożenia są minimalne. Polegają na nieosiągnięciu tzw. wymagalnej stopy zwrotu (wtedy akcjonariusze muszą dopłacić za tzw. niedobór z własnej kieszeni) oraz przejęciu części klientów przez konkurencję (wtedy maleją przychody). Bardzo łatwo też określić konieczne do poniesienia koszty. Wynikają głównie z obowiązków nałożonych przez ustawodawcę. np. konieczność wysłania do klientów informacji o stanie konta, obowiązków informacyjnych czy kosztów ponoszonych na rzecz nadzoru czy ZUS. PTE ponoszą też koszty operacyjne, wynikające m.in. z obrotu papierami wartościowymi czy zatrudnienia. Reszta zależy od decyzji akcjonariuszy. Jeśli chcą np. prowadzić agresywną politykę przejęć klientów rosną koszty akwizycji.
Prowadzenie tego biznesu nie jest więc skomplikowane.
Gra zerojedynkowa
Mimo tego PTE nie konkurują ze sobą praktycznie o klienta wysokością kosztów, jakie musi ponieść. Liczy się tutaj wysokość prowizji od wpływającej do funduszu składki oraz tzw. opłata za zarządzenie. A im są wyższe, tym mniej pozostaje na koncie przyszłego emeryta. Droższy fundusz oznacza więc niższą emeryturę.
Na początku reformy, w 1999 roku, OFE konkurowały ze sobą wysokością prowizji. Same ustalały ich wysokość. Większość redukowała je w miarę upływu czasu, w którym klient należał do OFE. Tak było do kwietnia 2004 roku. Wprowadzona wtedy zmiana określiła maksymalne limity opłaty od składki. Docelowo, ale dopiero od 1 stycznia 2014 r., OFE nie będą mogły z pieniędzy przekazywanych im z ZUS zabrać więcej niż 3,5 proc. Do tej daty maksymalny limit opłaty jest ustalany różnie. Na przykład w latach 2004-2010 roku wynosi 7 proc. Niestety wraz ze zmianą przepisów wszystkie OFE (poza Allianz Polska OFE) ustaliły wysokość prowizji na maksymalnym 7 proc., dopuszczalnym poziomie. Co więcej niektóre, wykorzystując okazję i nieprecyzyjne przepisy, złamały wręcz dane klientom słowo. Nie obniżyły im prowizji w sposób obiecany w momencie zapisywania się przez nich do OFE.
Podobnie jest z opłatą za zarządzanie, pobieraną przez PTE bezpośrednio z aktywów OFE, czyli pieniędzy przyszłych emerytów. Wszystkie ustaliły ją na maksymalnie wysokim poziomie.
To m.in. dlatego resort pracy zaproponował przyspieszenie terminu redukcji prowizji (od 2010 roku mają wynosić maksymalnie 3,5 proc.) i wprowadzenie ostrzejszych limitów od opłaty za zarządzanie. Projekt odpowiedniej ustawy trafił już do Sejmu. W efekcie przychody PTE w latach 2010–2050 zamiast 197,7 mld zł mają wynieść 140,5 mld zł. Z kolei zysk 86,7 mld zł, a nie 144,1 mld zł. Ta propozycja wzbudziła ogromny sprzeciw zarządzających OFE. Dopominają się też, i słusznie, innych zmian – takich jak wielofunduszowość, zmiany w sposobie akwizycji czy rozszerzenie możliwości inwestycyjnych. Ale główny ciężar argumentacji odnosi się do opłat.
W poszukiwaniu równowagi
Jest oczywiste, że interes akcjonariuszy PTE i ich klientów jest różny. Im niższe przychody PTE, tym wyższe świadczenia przyszłych emerytów, a niższe zyski akcjonariuszy towarzystw. Nie ma jednak nic zdrożnego w tym, że zarządzający OFE, którzy zainwestowali w rozpoczęcie emerytalnego biznesu kapitał, chcą osiągać zyski. Nie wolno też oczekiwać, że PTE będą skutecznie zarządzać emerytalnymi pieniędzmi jeśli nie będą miały środków na opłacanie najlepszych specjalistów czy będą oszczędzać na analizach rzeczywistości.
Jednak w normalnej sytuacji stosunek kosztów do zysków reguluje rynek. To konkurencja wymusza na firmie redukcję kosztów, ale także zmusza ją do wyprodukowania najlepszego z możliwych produktów czy usługi. Jeśli będą złe nikt ich nie kupi.
Obecna sytuacja na emerytalnym rynku nie jest jednak normalna. Zawodzi konkurencja. Fundusze nie rywalizują w praktyce o klienta wysokościami opłat, stosują też zbliżoną politykę inwestycyjną.
W sytuacji gdy zawodzą rynkowe zachęty zmuszające zarządzających OFE do obniżenia swoich zysków - zwłaszcza wobec ogromnych strat jakie ponieśli w ostatnim czasie klienci OFE – ustawodawca powinien wprowadzić rozwiązanie administracyjnie do tego ich zmuszające. Choć nie powinien też zapominać, że to nie jedyny sposób na podwyższenie emerytur.
Niepodjęcie żadnych działań może doprowadzić do demontażu obecnego systemu emerytalnego. Po pierwsze zgromadzone tam ponad 130 mld zł (a kapitał ten będzie rósł) jest łakomym kąskiem dla polityków. Każdy z nich chciałby móc dysponować takim kapitałem. Po drugie obecna sytuacja jest społecznie nie do zaakceptowania. Ludzie czują, że coś jest nie tak. Skoro OFE tracą to dlaczego zarządzające nimi firmy osiągają rekordowe zyski. A polityczna wola „rozprawienia się” z zarządzającymi i brak akceptacji dla II filaru wcześniej czy później doprowadzi do jego likwidacji.
Brak reakcji spowoduje też kompromitację idei partnerstwa publiczno-prywatnego. A pożądany jest przecież układ, w którym państwo tworzy prawne ramy i odpowiada za jakieś zadanie publiczne, ale jego realizację zleca lepiej zazwyczaj działającym prywatnym podmiotom.
Rząd przyjął wczoraj projekt ustawy zakładający obniżenie prowizji i opłat za zarządzanie jakie pobierają od człnków II filara powszechne Towarzystwa Emerytalne, zarządzające OFE. Ostateczna wersja ustawy jest łagodniejsza (tym samym kosztowniejsza dla przyszłych emerytów) niż proponowało Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Prowizje nie spadną już w tym roku, a opłata za zarządzanie będzie limitowana dopiero od aktywów wynoszących ponad 45 mld zł.
Wygląda na to, że rząd uległ ostatecznie presji zarządzających OFE. Tymczasem okazauje się, że zarabiają oni wcale nieźle. Poniżej prezentuję zestwienie jakie przygotowałem na 10-lecie działalności II filara i tekst napisany wspólnie z moim kolegą redakcyjnym Marcinem jaworskim na ten temat.
| lata | kwota składek przekazanych do OFE z ZUS (w mld zł) | przychody Powszechnych Towarzystw Emerytalnych związane z zarządzeniaem OFE (suma opłat od składki i opłaty za zarządzanie) | aktywa netto (w mld zł, na koniec okresu) | Zysk wypracowany dla emerytów, w mld zł (jako rożnica między aktywami, a kwotą przekzanych składek | ||
| na koniec okresu | narastająco | w mld zł | proc. od wpływających składek | |||
| 1999 | 2,29 | 2,29 | 0,21 | 9,2 | 2,35 | 0,06 |
| 2000 | 7,60 | 9,89 | 0,74 | 9,7 | 9,50 | -0,39 |
| 2001 | 8,71 | 18,60 | 0,81 | 9,3 | 19,50 | 0,90 |
| 2002 | 9,55 | 28,14 | 0,76 | 8,0 | 31,60 | 3,46 |
| 2003 | 10,27 | 38,42 | 0,86 | 8,4 | 44,80 | 6,38 |
| 2004 | 11,42 | 49,84 | 0,99 | 8,7 | 62,60 | 12,76 |
| 2005 | 14,02 | 63,86 | 1,20 | 8,6 | 86,08 | 22,22 |
| 2006 | 16,16 | 80,02 | 1,45 | 9,0 | 116,56 | 36,54 |
| 2007 | 17,72 | 97,74 | 1,64 | 9,3 | 140,03 | 42,29 |
| 2008 | 20,51 | 118,24 | 1,82 | 8,9 | 138,26 | 20,02 |
| sty-09 | 1,66 | 119,90 | 0,15* | 9,0 | 136,42 | 16,52 |
| SUMA/ŚREDNIO | 119,90 | 119,90 | 10,63 | 8,9 | 136,42 | 16,52 |
| Źródło: opracowniae własne na podstawe danych KNF, ZUS, MPiPS *prognoza własna | ||||||
Z przygotowanego przez nas zestawienia wynika, że od początku reformy emerytalnej do Powszechnych Towarzystw Emerytalnych (PTE), które zarządzają OFE trafiło już z tytułu prowizji od składek i tzw. opłaty za zarządzanie 10,6 mld zł. To prawie 9 proc. przelanych do funduszy składek przyszłych emerytów.
- Chcemy zdecydowanie przyspieszyć proces obniżania prowizji jakie mogą pobierać PTE od swoich klientów – mówi Marek Bucior, wiceminister pracy i polityki społecznej.
Dodaje, że projekt, którym ma się dzisiaj zająć rząd, przewiduje też obniżenie drugiej opłaty jaką pobierają PTE, tj. opłaty za zarządzanie. W efekcie na kontach członków OFE rocznie ma zostawać około 700 mln zł więcej niż obecnie. A to spowoduje, że ich emerytury będą wyższe.
Z wyliczeń Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych wynika, że docelowo obniżenie opłat przełoży się to na wzrost emerytury przeciętnie o 2,8 zł. Równocześnie Izba sygnalizuje, że lepiej skoncentrować się na zwiększeniu możliwości inwestycyjnych OFE, bo wzrost o pół procenta średniorocznej stopy zwrotu z inwestycji OFE może w porównywalnych warunkach zwiększyć emeryturę o ok. 70 zł. Zarządzający OFE deklarują, że w razie uchwalenia tej ustawy przez Sejm zaskarżą ją m.in. do Trybunału Konstytucyjnego i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Argumentują, że rząd nie powinien tak drastycznie zmieniać reguł funkcjonowania prywatnych podmiotów, które zaangażowały się w tworzenie OFE.
Co dziesiąta złotówka do PTE
Od 10 lat funkcjonowania OFE, tj. od 1999 roku do stycznia 2009 roku do funduszy emerytalnych ZUS przekazał 119,9 mld zł. Do OFE za pośrednictwem zakładu trafia 7,3 proc. tzw. podstawy wymiaru składek. Dla pracowników jest to najczęściej pensja brutto, a dla osób prowadzących firmy 60 proc. średniej płacy. Pozostała część składki emerytalnej (12,22 proc. podstawy) pozostaje w ZUS.
Jak wynika z naszego zestawienia, z kwoty przekazanej do OFE, PTE pobrały tytułem prowizji od składki oraz opłaty za zarządzanie 10,6 mld zł. Stanowi to 8,9 proc. wszystkich środków jakie trafiły na konta przyszłych emerytów oszczędzających w II filarze. Co ciekawe procentowo kwota ta nie ulega niemal żadnej zmianie od początku funkcjonowania funduszy. Mimo, że powinna maleć bo większość PTE obniżało prowizje od składki po pewnym czasie przynależności do nich klientów. Na przykład największy na rynku OFE Commercial Union obniżał prowizję po dwóch latach członkowstwa z 10 proc. do 4 proc.
Przychody PTE nie maleją bo ich spadek z tytułu obniżki prowizji jest rekompensowany wzrostem opłaty od aktywów, którymi zarządzają. Ponieważ jest ona pobierana procentowo od zarządzanych środków, a te rosną, wzrastają też przychody z tego tytułu.
Koszty coraz mniej ważą
Warto też zwrócić uwagę, że przychody PTE pozostają na takim samym poziomie niezależnie od tego jak radzą sobie one z pomnażaniem pieniędzy przyszłych emerytów. Jest to szczególnie istotne, dla ich klientów, w okresie kiedy OFE notują straty. W 2008 roku, biorąc pod uwagę przelewy z ZUS i wartość aktywów na koniec 2007 roku, wartość środków na kontach przyszłych emerytów zmalała o około 22 mld zł. W tym czasie PTE tytułem swojego wynagrodzenia pobrały rekordową kwotę ponad 1,8 mld zł
- Od tej kwoty trzeba odjąć koszty ZUS, KNF i rzecznika ubezpieczonych, które mylnie przypisuje się jako zysk PTE – mówi Grzegorz Chłopek, wiceprezes zarządu ING PTE.
Zwraca też uwagę, że jeśli liczyć koszty zarządzania w relacji do aktywów, to ich znaczenie wciąż maleje. Na przykład w 2004 r. opłaty od składek stanowiły 1,33 proc. aktywów, a za zarządzanie 0,54 proc., czyli łącznie 1,87 proc. Równocześnie wspomniane koszty to 0,20 proc. aktywów. Gdyby nie one, łączny koszt zarządzania wynosiłby 1,67 proc.
- Za 2008 r. wskaźnik ten wynosił już 1,20 proc. – mówi Grzegorz Chłopek.
Wylicza, że opłaty od składek za ubiegły rok to 0,9 proc. aktywów, za zarządzanie 0,43 proc., czyli łącznie 1,33 proc. Jeśli nie uwzględniać kosztów ZUS, KNF i RZU, (0,13 proc.), dałoby to właśnie 1,2 proc.
- W perspektywie kilku lat opłaty te zejdą efektywnie poniżej 0,5 proc. Dla porównania na świecie tylko fundusze typu ETF, zarządzanie pasywnie i bez żadnej gwarancji są tańsze, bo koszty wynoszą 0,3 proc. rocznie. Od nich nie oczekuje się jednak żadnej konkurencji stopami zwrotu, a tylko wiernego odwzorowania stopy zwrotu określonego indeksu – mówi Grzegorz Chłopek.
Czas na zmiany
Rząd, mimo tej argumentacji, chce zredukować opłaty od składek i wprowadzić limit opłat za zarządzanie. Zamiast obecnie pobieranej przeciętnie opłaty w wysokości 6,23 proc. ma być jeden limit wynoszący 3,5 proc. Takie zmniejszenie opłat było już przygotowywane, ale dopiero od 2014 r. W efekcie przychody funduszy mają spaść w latach 2010-2014 o 2,6-2,9 mld zł, w porównaniu do sytuacji w której limity byłyby stopniowo obniżane.
Warto jednak zauważyć, że z roku na rok zyski netto PTE rosną. W 2007 r. zarobiły niecałe 700 mln zł, a po III kwartałach 2008 r. już niemal 620 mln zł, co oznacza, że na koniec 2008 r. na pewno pobiły kolejny rekord.
- W dobie kryzysu i złej sytuacji na rynku kapitałowym musimy dbać o konta przyszłych emerytów. A im niższe są opłaty pobierane przez PTE tym więcej zostaje a ich kontach – podkreśla Marek Bucior.
Także Paweł Pelc, były wiceprezes Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi jest zdania, że PTE kosztują zbyt wiele.
- OFE praktycznie nie konkurują ze sobą pobieranymi opłatami i dlatego rząd chce je administracyjnie zmusić do obniżenia kosztów – mówi Paweł Pelc. ]
Wskazuje, że jedyną istotną wadą rządowego projektu jest brak zachowania praw nabytych członków tych OFE, które pobierają opłaty za zarządzanie na niższym poziomie niż wynikające z projektu.
- Mam nadzieję, że tę wadę uda się poprawić na dalszym etapie procesu legislacyjnego – mówi Paweł Pelc.
Podzielone fundusze
Zmniejszanie opłat od składek nie podoba się wszystkim funduszom, ale już w kwestii wprowadzenia limitu opłat zdania są podzielone.
- Niewątpliwie można się zastanawiać nad wprowadzeniem limitu opłaty za zarządzanie funduszem emerytalnym – mówi Adam Gola, prezes zarządu Pocztylion-Arka PTE.
Jego funduszu wprowadzenia limitów nie odczuje, bo ma 2,76 mld zł aktywów, a rząd chce prowadzenia limitu po osiągnięciu przez fundusz 20 mld zł aktywów. Póki co dotyczy to więc tylko OFE Commercial Union i ING.
- Jeśli zostanie przyjęty zapis o kwotowym ograniczeniu miesięcznej opłaty za zarządzanie funduszem do 8,4 mln zł, największe OFE nie będą miały finansowej motywacji do pozyskiwania nowych klientów – mówi Michał Szymański, prezes towarzystwa emerytalnego Commercial Union.
Każdy nowoprzyjęty klient będzie bowiem generował ryzyko dopłat w razie nie osiągnięcia przez fundusz minimalnej stopy zwrotu.
- Dla każdego funduszu, którego aktywa przekroczą 20 mld zł, ważniejsza będzie kontrola ryzyka, niż konkurencja stopami zwrotu – mówi Grzegorz Chłopek.
Michał Szymański, dodaje, że jeśli OFE nie będą aktywnie wychodzić do klientów, zdecydowana ich większość pozostanie pasywna i zostanie losowo przydzielona do średnich i mniejszych – a zarazem droższych – funduszy, gdyż największe fundusze są z mocy prawa wyłączone z losowania.
Dekoncentracja rynku
Z symulacji przygotowanych przez Commercial Union, wynika, że wprowadzenie takiego systemu zmniejszy znaczenie dużych funduszy. Na przykład obecnie CU i ING mają odpowiednio 20,7 proc. i 20,2 proc. udziału w rynku pod względem liczby członków. Przy założeniu utrzymania losowania tylko do mniejszych funduszy i braku akwizycji, wskaźniki te mają spaść w 2030 r. do 9,6 i 9,5 proc. Ma wzrosnąć za to znaczenie mniejszych funduszy np. Pekao, Polsat czy Warta, które mają obecnie 2,3-2,4 proc. udziału w rynku. Ich udział ma wzrosnąć do 5,8-6 proc.
- Będzie to efekt działania swoistego rynku maszyny losującej, prowadzący do wyrównania udziałów OFE bez względu na ich efektywność i atrakcyjność oferty – mówi Michał Szymański.
Właśnie takie efekty chce osiągnąć rząd, ograniczając zjawisko koncentracji na naszym rynku. Obecnie ponad 55 proc. klientów OFE należy do trzech największych funduszy. Gdyby nie mechanizm losowania konsolidacja rynku by postępowała. W styczniu tego roku trzy największe OFE pozyskały 69,5 proc. klientów (105,8 tys.), jeśli nie uwzględniać 62,9 tys. osób rozlosowanych. Dla wszystkich nowych członków OFE, wskaźnik ten spada do 49 proc.
Poniżej wywiad jaki przeprowadziłem z jedną z pierwszych osób (panią Anną), kóre otrzymały nową emeryturę kapitałową - z ZUS i OFE.
6 lutego ZUS wypłacił pierwsze emerytury kapitałowe, pochodzące zarówno z I jak i II filara. Jedno z tych świadczeń wyniosło 917,8 zł, z czego z OFE pochodziło 23,65 zł.
· Jest pani w grupie kilkunastu osób w Polsce, które jako pierwsze otrzymały nową emeryturę. Jest ona stosunkowo niska, a z OFE pochodzi zaledwie niespełna 24 zł. Czy nie żałuje Pani , że przystąpiła do funduszu emerytalnego?
- Nie. Moja decyzja o przystąpieniu do OFE w 1999 roku była świadoma. Sama zresztą jako przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej zapisywałam do OFE inne osoby. Chciałam tym samym wesprzeć rozwiązanie, które likwidowało monopol ZUS. Uznałam, że to dobrze, iż odpowiedzialność za ubezpieczenia emerytalne, przynajmniej w części, zostanie podzielona i wreszcie, nawet jeśli miałabym otrzymać z OFE 1 zł nie tylko ZUS odpowiadać będzie za wypłatę świadczeń.
· A czy brała pani pod uwagę możliwość dziedziczenia pieniędzy z OFE przez bliskich, w razie pani śmierci przed ukończeniem wieku emerytalnego?
- Tak. To miało bardzo duże znaczenie. Sama świadomość, że po mojej ewentualnej śmierci oszczędzane przeze mnie pieniądze trafią do bliskich, a nie przepadną - jak to się dzieje w ZUS.
· Czy żałowała pani w ciągu ostatnich 10 lat, że przystąpiła pani do OFE?
- Nie. Choć zdaję sobie sprawę, że reforma emerytalna z 1999 roku będzie tak naprawdę zdobyczą dla pokolenia, które rozpoczęło pracę krótko przed nią lub dopiero w 1999 roku. Niezwykle ważne jest jednak to, że o wysokości nowej emerytury nie będą decydować arbitralne decyzje, np. o tym czy wybierać 10 czy 20 lat do ustalenia wysokości świadczenia. O wysokości emerytury będzie decydować wyłącznie kwota zebrana na indywidualnym koncie w ZUS i OFE. Ta suma zostanie podzielona przez przewidywany, statystyczny okres przeżycia. Innymi słowy system odda to co się do niego wpłaciło.
· Dlaczego pani emerytura jest tak niska?
- Wynika to ze stosunkowo małego stażu pracy, który wyniósł do momentu przejścia na emeryturę nieco ponad 20 lat. Ponadto tylko przez osiem ostatnich lat - z ostatnich 10 lat - odprowadzałam składki do ZUS i OFE. Co więcej, pochodziły ona albo z działalności gospodarczej, gdzie jak wiadomo składki nie są zbyt wysokie bo są naliczane od 60 proc. średniej płacy albo z umów o pracę, które oscylowały wokół minimalnej płacy. Niestety ze względu na sytuację na rynku pracy i ogólną sytuacje w gospodarce prowadzenie firmy i opłacanie składek do ZUS okazało się niezmiernie trudne. Po zakończeniu prowadzenia firmy trudno też było mi, jako osobie zbliżającej się do emerytury, znaleźć pracę.
· Jaka jest więc kwota składek od 1999 roku, które wpłaciła pani do ZUS?
- Na decyzji z ZUS widnieje kwota 10 750 zł. Są to składki z uwzględnieniem ich waloryzacji.
· To bardzo niewiele, bo oznacza, że wpłaciła pani w ciągu 10 lat do ZUS składki od kwoty około 50 tys. zł. tj. od podstawy wynoszącej około 800 zł miesięcznie.
- Jak wspomniałam, około dwa lata po 1999 roku nie pracowałam. Ponadto prowadziłam w tym czasie firmę, a umowa zlecenia na podstawie której pracowałam opiewała na przykład na kwotę 4,5 zł na godzinę. Starałam się szukać lepszej pracy m.in. w urzędzie pracy, ale bez skutku.
· A co działo się przed 1999 rokiem?
- Od 1991 roku starałam się wziąć sprawy we własne ręce i prowadziłam działalność gospodarczą. Niestety z różnym skutkiem. Powodowało to także trudności w opłacaniu składek do ZUS. W efekcie za lata 1991-1995 składek do ZUS nie opłaciłam, a ZUS umorzył mi zadłużenie. W latach 1996-1998 składki ostatecznie zapłaciłam prawie wszystkie.
· A ile lat pracowała pani przed 1991 rokiem.
- ZUS wyliczył mi 18 lat okresów składkowych i 3 lata okresów nieskładkowych.
· A jaka była kwota kapitału początkowego, który ustalił pani ZUS?
- Na 1 stycznia 1999 r. jest to kwota 92 384,27 zł, co stanowi po waloryzacji ponad 208 tys. zł. na dzień 31 grudnia 2008 r.
· Czyli w sumie opłacała pani, do momentu przejścia na emeryturę, składki do ZUS przez niespełna 25 lat?
- Tak. Niestety były też one opłacane od niskich kwot.
· Kiedy złożyła pani do ZUS wniosek o emeryturę?
- Już w listopadzie 2008 roku. Urodziłam się 4 stycznia 1949 roku więc w styczniu skończyłam 60 lat.
· A kiedy otrzymała pani decyzję z ZUS?
- 3-go lutego tego roku. Mówiła o tzw. zaliczce na poczet przysługującej emerytury. To dlatego, że ZUS wyjaśnia jeszcze nieprawidłowości na moim koncie, których powodem jest najprawdopodobniej nieopłacanie składek do ZUS przez mojego byłego pracodawcę.
· W momencie składania wniosku nie widziała pani, że od 5 lutego wejdą w życie przepisy, dające pani prawo do wypisania się z OFE i skorzystania z tzw. emerytury mieszanej?
- Tak. Nie wiem jaką podjęłabym decyzję, ale wydaje mi się, że osoby w podobnej do mnie sytuacji powinny otrzymać z ZUS, zanim podejmą ostateczną decyzję, informację ile wyniosłaby ich emerytura z ZUS i OFE, a ile emerytura mieszana z ZUS. Wtedy będą mogą podjąć świadomą decyzję. Ja nie miałam, ani możliwości wyboru, ani możliwości porównania. Chciałabym, żeby 60-letnie kobiety, które składają wnioski do ZUS i które zyskały możliwość wypisania się z OFE miały możliwość porównania wysokości świadczeń.
· Czy czuje się pani rozczarowana nowym systemem emerytalnym?
- Nie. Mam raczej żal, że po 1990 roku, mimo mojej ogromnej aktywności i chęci pracy, tak trudno było rozwijać firmę czy znaleźć pracę. Na transformacji, w sensie ekonomicznym, skorzystała uwłaszczona, komunistyczna nomenklatura. Zwykły człowiek zachłyśnięty wolnością, wyposażony w kapitał wykształcenia i zdolności nie miał szans w zderzeniu z kapitałem tej grupy. Można więc w wielkim skrócie określić, że jestem w jakimś sensie ofiarą transformacji.
Oto tekst jaki opublikowałem w GP na 10-lecie reformy emerytalnej. Zapraszam do dyskusji.
Mimo, że od 10 lat działają już OFE, ZUS prowadzi indywidualne konta ubezpieczonych, a od stycznia obowiązują emerytury pomostowe, rozpoczętej 10 lat temu reformie emerytalnej wciąż daleko do mety.
Nierozstrzygniętych jest wiele kwestii – np. sprawa KRUS, systemu służb mundurowych, sposobu przyznawania rent czy klęska tzw. III filara. Na horyzoncie gromadzą się też kolejne czarne chmury – np. specjalne emerytury dla nauczycieli, które spowodują lawinę kolejnych roszczeń. 1 stycznia, dokładnie w 10 rocznicę wdrożenia nowego systemu emerytalnego, weszła w końcu w życie ustawa o emeryturach pomostowych. Udało się też, mniej lub bardziej szczęśliwie, rozstrzygnąć jak będą wypłacane emerytury za środki gromadzone w II filarze. Działają OFE, ZUS informuje ubezpieczonych o stanie ich kont emerytalnych, policzył też większości ubezpieczonych kapitał początkowy.
Koniec historii
Ktoś może powiedzieć, za Francisem Fukuyamą, że to już koniec naszej reformatorskiej historii, a przed nami tylko drobiazgi. Niestety, w moim odczuciu, reformie - mimo że minęła już dekada - wciąż daleko do dokończenia. Co gorsza może się okazać, że w pewnym momencie rządzący zdecydują o odwrocie i wrócimy do punktu wyjścia, tj. systemu zupełnie nieodpornego ani na zmiany demograficzne ani na arbitralne decyzje polityków.
Rzeczy, które należy jeszcze zrobić, można zaliczyć do trzech równie ważnych kategorii.
Najliczniejsza i zarazem najpilniejsza do przeprowadzenia jest ta, która zawiera zmiany o naturze systemowym. Te, które zostały zaniedbane, a bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie - materializującego się właśnie w tym roku w postaci wypłat pierwszych świadczeń - nowego systemu.
Nie mniej ważne, a z kolei trudniejsze, jest ujednolicenie i uporządkowanie systemu. To tu rozegra się batalia o KRUS, emerytury mundurowe, górnicze czy wiek wydłuzenie wieku emerytalnego kobiet.
Wciąż istnieje też konieczność edukacji. Bez wiary, weberowskiej legitymizacji systemu, przez samych ubezpieczonych wcześniej czy później ulegnie od rozpadowi. I to nie dlatego, że jest zły. Stanie się tak bo gromadzone w OFE coraz większe pieniądze staną się w którymś momencie dla polityków pokusą nie do odparcia. Wydadzą je więc według przez siebie ustalonych reguł. Jeśli ludzie uwierzą, że system zapewnia im bezpieczeństwo na starość (teraz w to nie wierzą) do tego nie dopuszczą.
Pilne zmiany
To co wymaga zmian od razu:
· zmiana sposobu ustalania wysokości rent z tytułu niezdolności do pracy – obecna sytuacja może doprowadzić do tego, że renta będzie wyższa od emerytury.
· niedopuszczenie do uchwalenia specjalnych, trwających do prawie 2030 roku specjalnych wcześniejszych emerytur dla nauczycieli. To rozwiązanie będzie kosztowne i niesprawiedliwe bo specjalne świadczenia mają być adresowane wyłącznie do osób pracujących w szczególnie trudnych warunkach lub wykonujących prace o specjalnym charakterze, a nie do całych grup zawodowych. Uruchomi też falę roszczeń, klejonych grup zawodowych.
· wprowadzenie realnych mechanizmów konkurencji miedzy OFE i umożliwienie im bardziej elastycznego inwestowania środków przyszłych emerytów. Fundusze nie konkurują w praktyce wysokościami opłat pobieranymi od klientów, stosują też zbliżoną politykę inwestycyjną, a ich klienci nie mogą różnicować portfela swoich oszczędności w zależności od tego w jakim są wieku.
· wprowadzenie realnych zachęt do powrotu na rynek pracy „młodych” emerytów – obecnie wypłata świadczeń tym osobom kosztuje około 20 mld zł rocznie, a rządowy program 50+ nie jest praktycznie adresowany do tych osób.
· poprawa kondycji tzw. III filaru ubezpieczeń. Na indywidualnych kontach emerytalnych oszczędza niespełna 900 tys. osób, a zgromadzili na nich zaledwie 1,8 mld zł. Jeszcze gorzej jest z Pracowniczymi Programami Emerytalnymi, których działa nieco ponad 1000. Konieczne jest wprowadzenie realnych (podatkowych czy kosztowych) zachęt do tego, aby zwłaszcza osoby średniozamożne i gorzej sytuowane zaczęły dodatkowo oszczędzać na emeryturę. To one właśnie mogą być najbardziej narażone na bardzo niskie, będące na poziomie minimum socjalnego, świadczenia emerytalne.
Roszczenia i deficyt
System emerytalny powinien też być w miarę możliwości ujednolicony i uporządkowany. Po to, aby odstępstwa nie powodowały marnotrawstwa i nie były powodem do roszczeń o przyznawanie kolejnych przywilejów.
Bez takich porządków nie zostanie też zlikwidowane istniejące zagrożenie dla finansów państwa. Już obecnie do systemów emerytalnych budżet dopłaca rocznie ponad 50 mld zł (33 mld zł do ZUS, prawie 16,5 mld zł do KRUS i 3,5 mld zł do systemu tzw. służb mundurowych). 5-lenti deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w latach 2009-2013 w najlepszym scenariuszu wyniesie co najmniej 216 mld zł. W najgorszym - 333,6 mld.
Najważniejsze zmiany strukturalne to:
· zmiana systemu służb mundurowych - obecna sytuacja powoduje, że ze służb mundurowych, borykających się z kadrowymi problemami, odchodzą młodzi ludzie. Na przykład co trzeci wojskowy odchodzący na emeryturę w 2007 roku nie miał 40 lat. To marnotrawstwo zarówno zasobów kadrowych jak i poniesionych przez budżet inwestycji z tytułu wyszkolenia i utrzymywania tych osób.
· odważna i głęboka reforma systemu ubezpieczeń społecznych rolników – obecna sytuacja jest absurdalna i głęboko niesprawiedliwa bo podatnicy, niezależnie od wysokości swojego dochodu dopłacają (w 2009 roku 16,5 mld zł) do świadczeń wszystkich, zarówno bardzo bogatych jak i bardzo biednych rolników ubezpieczonych w KRUS. Kłóci się to także z zasadą pomocniczości państwa, która ma pomagać tym, którzy sami nie mogą sobie poradzić.
· włączenie odrębnego systemu emerytalnego górników do systemu powszechnego – jego istnienie jest i będzie powodem tego, że inne grupy zawodowe także domagały się szczególnego traktowania.
· wydłużenie wieku emerytalnego kobiet - nie ma żadnych racjonalnych czy medycznych przesłanek, aby kobiety odchodziły wcześniej na emeryturę. W większości krajów OECD wiek obu płci jest równy.
· ograniczenie przywilejów emerytalnych, które gwarantuje ustawa o emeryturach pomostowych – liczba osób, która ma z nich skorzystać (250 tys.) jest po części efektem targu politycznego niż rzeczywistych wskazań medycznych.
Odwrót od reformy
Brak działań w tych dwóch obszarach oraz brak edukacji publicznej uświadamiającej ubezpieczonym, że chodzi rzeczywiście o ich pieniądze i przyszłość, może doprowadzić do odwrotu od obecnego, nowoczesnego systemu.
To zagrożenie oceniam jako bardzo realne. Głównie ze względu na poczucie obcości systemu w świadomości społecznej. Ludzie wciąż traktują go jako ciało obce, a istniejące odstępstwa od systemu powszechnego jako powód nie tylko do jego odrzucania, ale także frustracji. Myślą racjonalnie, że skoro innym udało się cos wywalczyć to jeśli oni nie mają żadnych przywilejów to może są frajerami. To właśnie dlatego trzeba likwidować przywileje. Co więcej w efekcie może się w pewnym momencie okazać, że politycy dokonają tzw. skoku na kasę i nie będzie miał kto tych pieniędzy przed nimi obronić. A kilkaset miliardów złotych w dowolnej dyspozycji polityków to bomba z opóźnionym zapłonem.
Według najnowszych danych GUS w Polsce pracuje obecnie 16 mln osób. To rekord od czasów transformacji. Na rynku pracy widać już jednak pierwsze oznaki spowolnienia.
Dane opublikowane przez GUS, który od 1992 roku prowadzi Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), wskazują, że w Polsce pracuje obecnie (dane za III kwartał 2008 roku) 15,99 mln osób. To najlepszy wynik w historii. Do tej pory najwięcej osób pracowało w II kwartale tego roku (15,69 mln) oraz w sierpniu 1998 roku (15,61). Później liczba pracujących malała, aby w I kwartale 2004 roku osiągnąć historyczne minimum - 13,47 mln osób. Od tamtego czasu w Polsce powstało więc 2,52 mln nowych miejsc pracy.
Tak dobre dane z rynku pracy przyczyniają się także do obniżenia wskaźnika bezrobocia. Od początku 2004 roku zmalał z 20,7 proc. do proc. 6,6 proc. Obecnie jego poziom jest najniższy w historii badań. Podobnie jest z liczbą osób bezrobotnych. Na początku 2004 roku było ich 3,5 mln. Na koniec III kwartału tego roku ich liczba zmalała do 1,1 mln. Tak dynamiczna poprawa sytuacji na rynku pracy jest zjawiskiem bezprecedensowym na świecie.
Coraz lepsza sytuacja na rynku pracy powoduje też wzrost tzw. wskaźnika zatrudnienia. A on lepiej obrazuje sytuację na rynku pracy niż wskaźnik bezrobocia. Poziom bezrobocia zależy często od definicji ustawowej bo może ona tak określać bezrobotnego, że mimo iż osoba taka jest faktycznie bez pracy nie jest zaliczana do bezrobotnych. Wskaźnik zatrudnienia obiektywnie wskazuje natomiast ile spośród osób zdolnych do pracy rzeczywiście pracuje. Wskaźnik ten dla osób w wieku 15-64 lata, który ma zgodnie z tzw. Strategią Lizbońską wynieść w krajach UE w 2010 roku 70 proc., w III kwartale tego roku wynosił w Polsce 60 proc. To także najlepszy wynik w historii, który oznacza, że 6 na 10 osób zdolnych do pracy pracuje. Wciąż pozostaje on jednak na niskim poziomie. Dla porównania w 27 krajów UE wynosi on (dane 2007 rok) ponad 65,4 proc. A na przykład w Holandii czy Danii przekracza 75 proc.
Eksperci wskazują, że optymistyczne dane GUS za III kwartał tego roku, które odzwierciedlają trwająca nieustannie od kilku lat poprawę sytuacji na rynku pracy, mogą być ogłaszane po raz ostatni. Ze względu na spowolnienie gospodarcze i grożącą krajom UE oraz Polsce dekoniunkturę sytuacja na rynku pracy może się pogorszyć. Można to też już wyczytać z najnowszych danych GUS. O ponad 60 proc. (w porównaniu z II kwartałem tego roku) wzrosła liczba firm deklarujących chęć zwolnienia pracowników. Jeszcze gorzej jest jeśli porówna się te dane z III kwartałem 2007 roku. Liczba firm deklarujących zwolnienia jest o prawie 80 proc wyższa.
Firmy nie przekształcają już też tak chętnie jak dotychczas umów na czas określony w bezterminowe kontrakty. Przybywa wręcz osób pracujących na podstawie umów na czas określony. W II kwartale zatrudnionych w ten sposób było 27 proc. pracowników, w III ich liczba zwiększyła się do 27,5 proc. Na 12,3 mln pracowników 3,39 mln wykonuje pracę na podstawie umów na czas określony.
Teraz zamieszczam link do wywiadu jaki ukazała się dzisiaj w GP - "Nie ma żadnego powodu do ucieczki na emeryturę". Wywiad jest przeprowadzony przez moją redakcyjną koleżankę Bożenę Wiktorowską z HALINĄ WOLIŃSKĄ, dyrektorem Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych w Centrali ZUS.
Wyjaśnia ona m.in., że osobom, które będą przechodziły na wcześniejsze emerytury, przysługujące z tytułu ukończenia do 31 grudnia 2008 r. wymaganego wieku i udowodnienia okresu warunkującego przyznanie świadczeń, wysokość emerytury zostanie obliczona na starych zasadach, wynikających z art. 53 ustawy emerytalnej.
Zachęcam do lektury.
Zamieszczam tutaj link do tekstu mojego autorstwa jaki ukazał się włąsnie w GP - "Emeytura będzie niższa o 100 zł jeśli ZUS przyzna ją przed marcem".
Szacuję w nim, że kowta bazowa od przysżłego roku (od marca) wzrośnie w istotny sposób. Może to powodować, że osoby, które złożą wnioseki o świadczenie już dzisiaj lub do końca roku - na tym stracą.
Oczywiście trzeba brać pod uwagę różne dane - skalę waloryzacji, długość życia, zarobki.
Zachęcam do lektury.
Polska wyprzedza już pod względem wskaźnika bezrobocia 8 krajów UE. Wyższe bezrobocie notują m.in. Francja, Hiszpania, Niemcy, Grecja czy Węgry.
Wskaźnik bezrobocia w 27 krajach UE wyniósł w sierpniu tego roku 6,9 proc., a w 15 krajach strefy euro 7,5 proc. – podał wczoraj Eurostat. Bez pracy w Unii pozostaje 16,6 mln osób. Najniższe bezrobocie notują Holandia, Dania i Austria. Nie przekracza tam ono 4 proc. W Holandii wynosi zaledwie 2,6 proc. Najwyższe bezrobocie, co jest nowością, jest w Hiszpanii. Wynosi tam już 11,3 proc. i wzrosło w ciągu roku o 3 pk proc. z 8,3 proc. Po raz pierwszy od lat poziom bezrobocia notowany na Słowacji spadł poniżej 10 proc. do 9,9 proc.
W Polsce wskaźnik bezrobocia (6,7 proc) jest już poniżej średniego wskaźnika dla krajów strefy euro (7,5 proc.) i poniżej średniej dla wszystkich 27 krajów UE (6,9 proc.). Co więcej wyprzedzamy już pod tym względem 8 krajów UE – Hiszpanię, Słowację, Francję, Węgry, Portugalię, Grecję, Niemcy i Włochy. Eurostat zwraca też uwagę, że w Polsce bezrobocie maleje najszybciej ze wszystkich krajów UE. Wskaźnik ten zmalał u nas w ciągu roku z 9,2 proc. do 6,7 proc.
Eurostat inaczej określa wskaźnik bezrobocia niż poszczególne kraje (w Polsce robi to GUS). Definiując bezrobotnego bierze pod uwagę zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy i opiera się na założeniu, że bezrobotnym jest osoba w wieku 15-74 lata, która pozostaje bez pracy, jest w stanie podjąć ją w ciągu najbliższego tygodnia i w ciągu ostatnich czterech tygodni aktywnie jej poszukiwała.
Rząd przyjął wczoraj projekt zmian w systemie ubezpieczeń rolników. Miała być systemowa reforma, a jest wydmuszka, która wzbudza nie tylko zawód, ale także irytację. Na taką reformę, a właściwe antyreformę szkoda słów. Nie ma bowiem żadnego powodu, dla którego świadczenia bardzo zamożnych rolników są finansowane przez podatników, a nie przez nich samych. Niestety, kolejny raz wziął górę interes grupowy i wpływ lobby rolniczego, a nie analiza faktów, poczucie sprawiedliwości czy wręcz przyzwoitości.
Obecna sytuacja osób prowadzących w Polsce firmy jest kuriozalna i głęboko niesprawiedliwa. Działający w małym miasteczku czy na wsi sklepikarz czy szewc opłaca do ZUS prawie 10 tys. zł rocznie, a żyjący obok niego rolnik mający na przykład
Po przyjętych przez rząd zmianach nawet osoby uprawiające ponad
Tocząca się dyskusja w sprawie zwalniania pracujących emerytów z opłacania składki emerytalnej nie tylko śmieszy i zdumiewa, ale budzi wręcz niepokój, że oto wicepremier polskiego rządu potrafi mówić - trzeba użyć tego słowa - takie nonsensy.
Wicepremier, minister gospodarki Waldemar Pawlak zaproponował publicznie, aby pracujący emeryci nie opłacali składki emerytalnej. Ma to zdaniem wicepremiera zachęcać pracodawców do zatrudniania osób w starszym wieku.
A przecież emerytura w nowym systemie ma pochodzić wyłącznie ze składek. Te po połowie opłacają pracownik i pracodawca. Jeśli więc zwolni się z jej opłacania jednych i drugich to osoby pracujące będą miały niższe świadczenia. Po prostu na ich konta emerytalne wpłynie mniej pieniędzy. Wicepremier mówi - ale zarobią więcej netto. Nic z tego. Pracodawcy tak skalkulują ich płace brutto, aby mimo zwolnienia z opłacania składek zapłacić im tyle samo.
Co więcej takie rozwiązanie grozi tzw. efektem substytucji. Firmy, dla których tacy pracownicy będą zdecydowanie tańsi (składka emerytalna wynosi 19,52 proc. pensji) mogą pozbywać się osób bez ulgi, aby przyjmować te z prawem do niej.
Może też być też niezgodne z Konstytucją. Pracownik może powiedzieć, że – zgodnie z zasadą równości - pracując chce mieć prawo do składki emerytalnej opłacanej przez pracodawcę (to jego zysk), aby mieć wyższą emeryturę.
A teraz podpowiedź dla pana Waldemara Pawlaka. Jeśli chce zachęcić firmy do zatrudniania emerytów jak również ich samych do pracy może zaproponować zwolnienie ich z obowiązku opłacania składki rentowej. Wynosi 6 proc., więc niższe ryzyko efektu substytucji. Co więcej obecnie osoby te opłacając tę składkę, nic z tego nie mają. Będąc emerytami, nie staną się już rencistami, o czym pisaliśmy w GP, wskazując, że może to być niezgodne z konstytucją.
Wprowadzając to rozwiązanie można jeszcze rozważyć, że w zamian za zwolnienie ze składki rentowej podnosi się dla tych osób o 6 ptk proc. składkę emerytalną. To neutralne dla finansów ZUS, ale dzięki temu - osoby takie opłacając dokładnie takie same składki jak dotychczas, ale nie opłacając nadaremnie składki rentowej oraz kosztując tyle samo pracodawców - będą mieć w przyszłości wyższe emerytury. Pomysł prosty, sprawiedliwy i przejrzysty.
2,27 mln osób przebywało w 2007 roku na czasowej emigracji poza Polską. To o prawie 1,3 mln więcej niż w 2004 roku.
GUS podał najnowszą informację o rozmiarach i kierunkach emigracji z Polski. Wynika z niej, że w 2007 roku na czasowej emigracji – czyli ponad 3 miesiące - przebywało 2,27 mln Polaków. Rok wcześniej było ich 1,95 mln, a w 2004 roku 1 mln.
Zdecydowana większość emigrantów z Polski mieszka w krajach UE. Na koniec ubiegłego roku przebywało tam 1,86 mln osób. Liczba ta jest ponad dwukrotnie wyższa niż na początku okresu naszego członkostwa w UE. W 2004 roku liczba emigrantów przebywających w krajach UE wynosiła 0,75 mln. Szacunek ten uwzględnia jednak też tych Polaków, którzy od dłuższego czasu przebywali poza granicami Polski, w tym w krajach UE, bez względu na ich status pobytu. To oznacza, że zalicza się do nich także te osoby, które już wcześniej mieszkały w tych krajach, a jedynie zalegalizowały swój pobyt po przystąpieniu Polski do UE. GUS podaje też około połowa osób przebywających za granicą pozostaje tam dłużej niż rok. A to oznacza, że osoby te tracą kontakt z krajem i coraz trudniej będzie im do Polski wrócić.
Wśród krajów docelowej emigracji Polaków po wejściu Polski do UE zdecydowanie wyróżniają się Wielka Brytania, Niemcy i Irlandia. W końcu 2007 roku w Wielkiej Brytanii przebywało 690 tys. emigrantów z Polski, a w Niemczech 490 tys. Kolejne miejsca zajmują Irlandia (200 tys.), Holandia (98 tys.) i Włochy (87 tys.). Ze względu na skalę zjawiska emigracji i jej dynamikę szczególnym przypadkiem jest Irlandia. W stosunku do 2002 roku liczba emigrantów z Polski wzrosła tam 100-krotnie, a w okresie 2004-2007 13-krotnie.
GUS podaje, że większość polskich emigrantów przebywa za granicą w związku z pracą, choć coraz więcej jest też członków ich rodzin, tj. małżonków i dzieci, którzy pozostają na utrzymaniu pracujących. Także te dane świadczą o tym, że coraz więcej osób może rozważać pozostanie na stałe poza granicami Polski.
Rząd wycofał się ostatecznie z reformy systemu ubezpieczeń społecznych rolników. Wysłany do konsultacji projekt ustawy przewiduje, że do KRUS od rolników wpłynie rocznie dodatkowo zaledwiie 40 mln zł. Dotacja z budżetu wynosi prawie 16 mld zł.
W przedstawionych na początku czerwca przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi założeniach reformy KRUS wynikało, że tylko 17,7 tys. rolników posiadających ponad
Rząd chce, aby rolnicy posiadający gospodarstwa do
W efekcie tych zmian, do KRUS ma wpłynąć rocznie dodatkowo 40 mln zł. A w tym roku dotacja do Kasy wyniesie 15,78 mld zł.
Na taką reformę (a właściwe antyreformę) szkoda słów. Osoba prowadząc firmę w ZUS płaci dziewięć razy wyższe składki, mimo że często ma zdecydowanie niższe dochody Nie ma też żadnego powodu, dla którego świadczenia zamożnych rolników powinny być finansowane przez podatników, a nie przez nich samych. Dodatkowo trzeba też zwrócić uwage na bardzo szybki wzrsot dochodów rolników. Niestety, kolejny raz wziął górę interes grupowy i wpływ określonych looby, a nie analiza faktów poczucie sprawiedliwości, czy wręcz przyzwoitości.
Z najnowszych danych GUS wynika, że po raz pierwszy od 1998 roku dynamicznie maleje liczba osób pracujących na podstawie umów na czas określony. A ich liczba rosła bardzo szybko od 1997 roku. Wtedy pracowało na ich podstawie tylko 6 proc. osób, w 2002 roku już 16,8 proc., a w III kwartale ubiegłego roku aż 28,7 proc.
Tendencja ta odwróciła się w IV kwartale ubiegłego roku. Na 12 mln osób zatrudnionych na etatach 3,4 mln pracowało wtedy na podstawie czasowych kontraktów. Stanowiło to 28,3 proc. pracowników. Jeszcze bardziej sytuacja ta poprawiła się w I kwartale tego roku. Jak podaje GUS na podstawie umów na czas określony pracuje obecnie 3,16 mln osób na 11,94 mln zatrudnionych. Stanowi to 26,5 proc. pracowników i oznacza spadek o prawie 2 pkt proc. Reszta, tj. 8,8 mln osób, pracuje na podstawie umów na czas nieokreślony. To o 587 tys. więcej niż rok wcześniej i o 889 tys. więcej niż dwa lata wcześniej.
Zmiany te świadczą o zdecydowanej poprawie sytuacji pracowników na rynku pracy. Mają oni większą możliwość egzekwowania w firmach bezterminowych kontraktów. Firmy przekształcają też umowy obawiając się odejść pracowników.
GUS, który prowadzi Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) wskazuje też, że w Polsce pracuje obecnie (I kwartał 2008 roku) 15,52 mln osób To o ponad 2 mln więcej niż w I kwartale 2004 roku.
Niestety wciąż wiele osób pozostaje bierna zawodowo. Ich liczba prawie się nie zmniejsza mimo zdecydowanego wzrostu liczby pracujących. W I kwartale 2004 roku było ich 14,08 mln, a obecnie 14,55 mln. Najgorsze jest to, że połowa z nich (7,25 mln) to osoby w tzw. wieku produkcyjnym. Część z nich kształci się lub jest niezdolnych do pracy ze względu na stan zdrowia, ale wiele korzysta ze świadczeń społecznych i w związku z tym nie pracuje.
