rssdodaj RSS
---Wpisy napisane przez Bartosz Marczuk - Bartosz Marczuk
02 grudnia 2009

Bez dzieci system emerytalny i tak będzie bankrutem

Dyskusja o tym ile pieniędzy ma trafić do OFE, choć ważna, nie dotyka sedna problemu. Przyszłość emerytur zależy tak na prawdę głównie od dwóch rzeczy. Liczby rodzących się dzieci i odwagi rządów w podejmowaniu niepopularnych reform.

 

Ministrowie finansów i pracy chcą, aby do OFE trafiało nie prawie 40 proc naszych składek na emeryturę, ale 15 proc. Reszta ma zostać w ZUS. Ma to przynieść przyszłym emerytom oszczędności. Odetchnie też budżet, który nie będzie musiał rocznie emitować 13 mld zł obligacji.

Abstrahując od oceny tego pomysłu – jego główną wadą jest to, że wydamy na bieżące świadczenia składki wpływające teraz do ZUS, nie odłożymy ich i w efekcie obciążymy przyszłe pokolenia - to przy okazji jego omawiania pomijane są często dwie podstawowe, płynące z niego, nauki.

Pierwsza - żyjemy ponad stan i za dużo wydajemy.

Druga - państwo wciąż jest odwrócone plecami do rodziny. A to właśnie rodzące się dzieci są najlepszą polisą ubezpieczeniową systemu emerytalnego. Bez nich, obojętnie czy do OFE popłynie 100 proc. czy 0 proc. składek, i tak w przyszłości nikt nie wypłaci świadczeń.

Rozdęte wydatki

ZUS za dużo wydaje na świadczenia. Podobnie jest z innymi systemami ubezpieczeń czy generalnie wydatkami na świadczenia socjalne. To głównie efekt ogromnych zobowiązań, które zaciągali i zaciągają politycy, rozdając na nasz koszt przywileje. Np. wcześniejsze emerytury z ZUS kosztują ponad 20 mld zł rocznie.

A jeśli wydajemy za dużo – to jak w budżecie domowym - można zrobić trzy rzeczy. Pożyczać, zwiększać dochody lub ograniczać wydatki.

Na razie wybieramy pierwszą drogę. Grozi więc nam, że nasz dług publiczny przekroczy 55 proc. PKB. A na jego obsługę tylko w przyszłym roku wydamy 35 mld zł. Gdyby nie było tej pozycji w budżecie – można by zlikwidować PIT, z któregodo budżetu wpływa 36 mld zł. Polityka zadłużania państwa jest nie tylko nieracjonalna ekonomicznie (rosną wydatki na nierozwojowy cel), ale wątpliwa etycznie w stosunku do przyszłych pokoleń.

Drugie rozwiązanie, czyli zwiększenie dochodów - w obecnej sytuacji może to być np. podniesienie składek czy podatków - jest zabójcze dla gospodarki. Zwiększa szarą strefę, emigrację, bezrobocie. Od lat wysokie koszty zatrudnienia były zmorą naszego rynku pracy. W końcu udało się je – w ciągu ostatnich trzech lat – obniżyć i powrót do poprzedniego stanu rzeczy byłby błędem.

Pozostaje wyjście trzecie – cięcie wydatków. Do tego jednak brakuje odwagi polityków. To dlatego, że za przywilejami, za które płacą podatnicy stoją potężne i wpływowe grupy interesu. Górnicy, którzy wywalczyli sobie odrębny system emerytalny kosztują nas rocznie około 8 mld zł. Podobnie jest z emeryturami rolników. KRUS w 94 proc. finansuje świadczenia nie z ich składek, ale z pieniędzy podatników. Nierozstrzygnięta jest też kwestia podwyższenia wieku emerytalnego służb mundurowych, żołnierzy czy kobiet.

Podobnie jest w służbie zdrowia. Wciąż tłumaczy się nam, że za opłacaną składkę zdrowotną mamy prawo do wszystkich świadczeń. A to po prostu nieprawda i bez np. realnego ograniczenia dostępnych świadczeń, wprowadzenia współpłacenia czy opłat hotelowych w szpitalach system ochrony zdrowia pozostanie trwale niewydolny. Nieracjonalnie, ale miło dla wyborców, wydajemy też np. prawie 0,5 mld zł na tzw. becikowe. Skrajny przykład świadczenia, które nie jest żadnym narzędziem polityki rodzinnej, ale którego likwidacji nie domaga się żaden polityk. Oczywiście w obawie o słupki wyborcze.

Plecami do rodziny

            Ktoś może powiedzieć, że nie jest rolą państwa wskazywać obywatelom ile mają mieć dzieci. To prawda. Jednak w naszym kraju polityka państwa od lat wręcz zniechęca do ich posiadania. A to, w określanej przez holenderskiego demografa Dirka van de Kaa dobie tzw. drugiego przejścia demograficznego, jest polityką zabójczą. Tak naprawdę jedynie dzieci są gwarantem wypłacalności systemu emerytalnego. Obojętnie jak będzie on skonstruowany.

            Od lat trwa natomiast chocholi taniec zapowiedzi i braku realizacji spójnego, konsekwentnie wdrożonego, realnie wpływającego na rzeczywistość programu polityki  rodzinnej. I nie chodzi tu o rozdawanie pieniędzy rodzicom posiadającym dzieci. Byłoby to zresztą etycznie dyskusyjne w stosunku do tych, którzy ich nie mają.

Chodzi o to, aby dla rodziców wychowanie pierwszego dziecka nie było tak traumatycznym przeżyciem, że absolutnie nie decydują się na kolejne. Na razie tak często jest. Dostępność żłobków, przedszkoli, świetlic, funkcjonowanie szkół, nawet możliwość zapisania dziecka do lekarza, nie mówiąc o dentyście to przeżycia, które skutecznie zniechęcają do posiadania potomstwa. Do tego dochodzi codzienna walka o pracę, dochody, mieszkanie czy bój z nieprzyjaznymi instytucjami państwa. Mimo więc, że politycy wciąż mają na ustach wspieranie rodzin to realnie niewiele się dzieje. A niski przyrost naturalny nie tylko będzie zagrażać systemowi emerytalnemu, ale także naszej pozycji w Europie.     

Polityków umizgi

Jesteśmy krajem na dorobku. Nasze PKB niewiele przekracza połowę średniej unijnej. Nie możemy więc jako obywatele oczekiwać usług publicznych na perfekcyjnym poziomie.

Wierzę jednak, że można zdecydowanie lepiej zagospodarować nasze bogactwo, a jego dystrybucja nie musi odbywać się w sposób łamiący całkowicie zdrowy rozsądek czy elementarne poczucie sprawiedliwości. A tak jest kiedy becikowe (czyli świadczenie socjalne) trafia do majętnych osób. Albo gdy biedniejsi podatnicy dokładają się do rolniczej emerytury osoby, która gospodaruje na kilkuset hektarach, a jej roczne przychody liczy się w milionach złotych. To właśnie podjęcia działań mających likwidować te absurdy powinniśmy oczekiwać od polityków. Są od rządzenia, a nie dogadzania.

05 listopada 2009

Składki do OFE: rząd myśli krótkowzrocznie

Oto moja analiza pomysłu rządu o obniżeniu z 7,3 proc. do 3 proc. składki do OFE.

 

PLUSY

Niższa dotacja

Podstawowym plusem proponowanego przez ministrów pracy i finansów rozwiązania jest obniżenie bieżącej dotacji do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS). To największy funduszu celowy w Polsce. Administruje nim ZUS. Z projektu ustawy budżetowej na przyszły rok wynika, że w 2010 roku jego przychody wyniosą 158,7 mld zł, a wydatki 157,3 mld zł.

Na przychody złożą się głównie wpływy ze składek (88,6 mld zł) i dotacja. Ta składa się z dwóch części. Pierwsza (37,9 mld zł) będzie przeznaczona na wypłatę świadczeń. Druga - to o nią właśnie rozgrywa się obecny spór - na kwotę 22,5 mld zł, wynika z tego, że ZUS przekazuje część otrzymywanych składek do OFE (7,3 proc. od pensji). Na uzupełnienie tej luki otrzymuje środki z budżetu.

Mimo tak ogromnych dotacji FUS, aby sfinansować świadczenia będzie musiał w przyszłym roku otrzymać dodatkowo 7,5 mld zł z Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale nawet mimo tego na koniec 2010 roku będzie zadłużony w bankach na kwotę 3,8 mld zł.

Szybciej do euro

Obniżenie składki do OFE – z 7,3 proc. do 3 proc. – pozwoli ministrowi finansów obniżyć tę drugą dotację o około 13 mld zł. Nie będzie więc musiał na tę kwotę emitować obligacji. A to obniży o 1 pkt proc. deficyt sektora finansów publicznych, który w przyszłym roku może dojść do 7 proc. PKB. A ma wynosić 3 proc. jeśli chcemy wejść do strefy euro.

Mogą zmaleć koszty

Niższa składka do OFE może też oznaczać niższe opłaty dla osób oszczędzających na emeryturę. Obecnie od każdej wpływającej składki zarządzające OFE Powszechne Towarzystwa Emerytalne (PTE) pobierają prowizje. Wynoszą maksymalnie 7 proc. i wszystkie PTE (poza Allianz) stosują tę stawkę. To dlatego rząd, chcą obniżyć zyski PTE i podwyższyć emerytury, zdecydował, że od nowego roku prowizja wyniesie maksymalnie 3,5 proc. Poza prowizją od składki PTE pobierają tzw. opłatę za zarządzanie. Z obu tych źródeł w 2008 roku ich przychody sięgnęły 1,8 mld zł. Po odliczeniu kosztów zarobiły na czysto 740 mln zł.

Rząd przekonuje, że jeśli składka zostanie w ZUS to zostanie w całości zaksięgowana na koncie ubezpieczonego. Wskazuje, że dzięki temu 100 zł, które trafi na emeryturę nie zostanie najpierw pomniejszone o 7 zł, a później dodatkowo z tytułu opłat za zarządzanie. To, zdaniem rządu spowoduje, że emerytury będą wyższe.

Jednak także ZUS ponosi koszty obsługi kont. W tym roku jego działalność będzie kosztować 3,4 mld zł. Te pieniądze nie pochodzą bezpośrednio ze składek, ale z podatków. Tak czy inaczej płacą jednak za to pracujący.

Minusy

Zadłużanie dzieci

Niższa składka do OFE oznacza, że więcej pieniędzy na emeryturę trafi do ZUS. A to oznacza, że rosną zobowiązania ZUS na przyszłość. Jeśli teraz do ZUS trafia 63 proc. składki emerytalnej (12,22 proc. z 19,52 proc.), a ta wielkość ma się zwiększyć do 85 proc. (16,52 proc. z 19,52 proc.) to w przyszłości roszczenie wobec ZUS, który finansuje świadczenia z bieżących składek pracujących osób, będą wyższe. Pracujące wtedy osoby, czyli nasze dzieci i wnuki, zapłacą wyższe składki.

Z drugiej strony można powiedzieć, że dzięki temu obecnie pracujące pokolenie poniesie niższe koszty reformy emerytalnej. Do tej pory wpłaciliśmy od 1999 roku do OFE – a to jest faktyczny koszt tej reformy – 134,3 mld zł. Robimy to jednak po to, aby w przyszłości zobowiązania ZUS były niższe. Innymi słowy odkładamy faktyczne środki na własną emeryturę.

Większe ryzyko obniżenia świadczeń

Konieczność finansowania w przyszłości wyższej emerytury ZUS zwiększa też ryzyko ubezpieczonych, że politycy, którym będzie brakować na ich sfinansowanie pieniędzy nie dotrzymają słowa i nie wypłacą jej w wysokości odpowiadającej poniesionym kosztom.

Jeśli duża część świadczenia pochodziłaby z OFE to politykom zdecydowanie trudniej byłoby zmienić formułę wyliczania świadczenia. Wszak będzie ono pochodzić z realnie zgromadzonych w OFE pieniędzy, a nie wirtualnego konta w ZUS.

Niższe emerytury

            Więcej pieniędzy w ZUS może, choć nie musi, oznaczać także niższe emerytury w przyszłości. W dłuższej perspektywie czasu opłaca się oszczędzać, a tak robimy wpłacając środki do OFE, na rynku kapitałowym. Stopy zwrotu z takich inwestycji są wyższe.

     ZUS natomiast waloryzuje co roku wpływające do niego pieniądze na emeryturę uwzględniając inflację i dynamikę wpływu składek ubezpieczeniowych. Jeśli gospodarka się rozwija, rosną pensje i coraz więcej ludzi pracuje to składek takich wpływa do ZUS coraz więcej. Wtedy wskaźnik jest wyższy.

Z wszelkich dostępnych symulacji wynika jednak, że emerytura osoby, która całe życie będzie oszczędzać w dwóch filarach będzie pochodzić, mniej więcej po połowie z ZUS i OFE. Mimo, że do OFE trafia mniej pieniędzy ze składek. Przewiduje się więc, że OFE będą efektywniejsze w pomnażaniu pieniędzy na starość i świadczenia z II filara będą proporcjonalnie wyższe. Jeśli trafi tam mniej pieniędzy - tak się nie stanie.

Mniej na giełdę

Minusem rozwiązań proponowanych przez rząd może też być osłabienie rynku kapitałowego. Obecnie OFE na giełdzie w akcjach firm ulokowały 50 mld zł. Oprócz tego, OFE stanowią swoisty stabilizator sytuacji na rodzimym parkiecie. Należą do tzw. inwestorów instytucjonalnych – inwestują długofalowo.

Bałagan w ZUS

            Problemem z szybkim wdrożeniem zmian może też być nieprzygotowanie do tego ZUS. Zwłaszcza jego systemu informatycznego. A będzie on musiał stworzyć osobne subkonta dla klientów OFE. Zajmie się też wypłatą pieniędzy w razie śmierci klientów oszczędzających w II filarze. Jeśli rząd będzie chciał szybko wprowadzić zapowiadane zmiany mogą pojawić się kłopoty z obsługą kont ubezpieczonych.

Mniejsza motywacja do reform

            Rząd zyskując w bieżących budżetach około 13 mld zł rocznie będzie też zdecydowanie mniej zdeterminowany do wprowadzenia koniecznych, ale niepopularnych reform. Tych, które obniżyłyby wydatki ZUS czy sektora finansów państwa. Takich jak na przykład likwidacja becikowego, wydłużenie wieku emerytalnego kobiet, funkcjonariuszy i żołnierzy, zniesienie odrębnego systemu emerytalnego dla górników (kosztuje 8 mld zł rocznie) czy podniesieniu składek do KRUS dla bogatych rolników.

09 października 2009

Rząd nie zmieni emerytur górników mimo, że są złe i kosztują 8 mld zł rocznie

Resort pracy nie podejmie działań, aby zmieniać sposób przyznawania emerytur górnikom. Mimo, że zgadza się z rzecznikiem praw obywatelskich, iż są one sprzeczne z systemem emerytalnym i bardzo kosztowne.

 

Tylko w latach 2010-2012 emerytury górników będą kosztować budżet państwa 23,9 mld zł – wynika z listu Jolanty Fedak, minister pracy i polityki społecznej do Janusza Kochanowskiego, rzecznika praw obywatelskich. Resort pracy odpowiedział rzecznikowi, który uważa, że wątpliwa jest konstytucyjność ustawy regulującej sposób wypłaty emerytur dla górników. Podkreśla, że regulacje te nie przystają do zreformowanego systemu, który został oparty na zasadzie równego traktowania ubezpieczonych płacących jednakową składkę.

- Utrzymywanie odrębnego systemu emerytalnego górników może budzić wątpliwości z punktu widzenia równego i sprawiedliwego dostępu do zabezpieczenia społecznego – uważa Janusz Kochanowski. I trudno się z nim nie zgodzić.

 

Z rzecznikiem zgadza się też resort pracy. Przypomina, że rząd w 2005 roku - po uchwaleniu przez Sejm przepisów o emeryturach dla górników – wskazywał, że stwarzają one odrębny system w ramach sytemu powszechnego. A to powoduje szereg negatywnych skutków dla finansów publicznych i polityki społecznej. Resort dodaje, że górnicy, opłacając taką samą składkę otrzymują emerytury dwukrotnie wyższe od pozostałych grup zawodowych, a świadczenia te będą im przysługiwać nawet 22 lata przed ukończeniem wieku emerytalnego. Jolanta Fedak zauważa też, że system ubezpieczeń społecznych zawsze będzie wymagał dotacji z budżetu, utrwali się też odrębność sektora górniczego utrudniając zmiany na rynku pracy. Resort wylicza ponadto, że gdyby górnicy przechodzili na emerytury pomostowe to budżet rocznie oszczędzałby 8 mld zł. W latach 2010-2012 odpowiednio 8 mld zł, 8 mld zł i 7,9 mld zł.

 

Mimo tych uwag w liście do RPO czytamy: mając na uwadze okoliczności przyjęcia funkcjonujących rozwiązań (…) nie są podejmowane działania mające na celu zmianą istniejącej regulacji.

 

Zmowa milczenia, hipokryzja i tchórzostwo. Tak trzeba określić to co dzieje się wokół emerytur dla górników. Rządzący wiedzą, że obecna sytuacja jest absurdalna – nie ma uzasadnienia, aby górników nie objąć, jak hutników czy nurków, emeryturami pomostowymi. Jednak nikt nie chce tego głośno powiedzieć. A płacą za to podatnicy. Hipokryzję tę dobitnie udawania właśnie list szefowej resoru pracy do rzecznika praw obywatelskich. Przyznaje mu racje i wskazuje, że system jest zły, niesprawiedliwy i kosztowny. Ale… nic w tej sprawie nie zrobi.

 

Pozostaje mieć nadzieję, że rzecznik zaskarży te przepisy do Trybunału Konstytucyjnego, a ten uzna, że tkwimy w absurdzie. Wtedy rząd będzie miał pretekst, aby obecny stan rzeczy zmienić. Szkoda tylko, że rząd zamiast działać, ogląda się na rzecznika i TK.

14 września 2009

Koniec fali zagranicznych wyjazdów Polaków za pracą

W ubiegłym roku po raz pierwszy od naszego przystąpienia do UE zmalała liczba osób przebywających na emigracji. Głównie za sprawą powrotów z Irlandii i Wielkiej Brytanii.

W 2008 roku na czasowej emigracji – czyli ponad 3 miesiące - przebywało 2,21 mln Polaków. W dwóch poprzednich latach było ich odpowiednio 2,27 i 1,95 mln. W 2004 roku - 1 mln. Tak wynika z najnowszej informacji GUS o rozmiarach i kierunkach emigracji z Polski. W ubiegłym roku mieliśmy więc, po raz pierwszy od naszego przystąpienia do UE, z odwróceniem trendu wyjazdów Polaków za granicę. Pierwszy raz zmalała, o 60 tys. liczba rodaków przebywających na emigracji.

Zdecydowana większość z nich przebywa w krajach UE. Na koniec ubiegłego roku było ich tam 1,82 mln. Rok wcześniej 1,86 mln. Liczba ta jest ponad dwukrotnie wyższa niż na początku okresu naszego członkostwa w UE. W 2004 roku liczba emigrantów przebywających w krajach UE wynosiła wtedy 0,75 mln. Szacunek ten uwzględnia jednak też tych Polaków, którzy od dłuższego czasu przebywali poza Polską, w tym w krajach UE, bez względu na ich status pobytu. A to oznacza, że zalicza się do nich także te osoby, które już wcześniej mieszkały w tych krajach, a jedynie zalegalizowały swój pobyt po przystąpieniu Polski do UE.

Wśród krajów emigracji zdecydowanie wyróżniają się Wielka Brytania, Niemcy i Irlandia. W końcu 2007 roku nad Tamizą przebywało 690 tys. emigrantów z Polski. Ta liczba była rekordowa. W ubiegłym roku zmalała do 650 tys. Podobnie jest w Irlandii. Na Zielonej Wyspie w 2007 roku przebywało 200 tys. rodaków. W 2008 roku – 180 tys. Wielu Polaków przebywa też w Niemczech (490 tys.). Kolejne miejsca zajmują Holandia (108 tys.) i Włochy (88 tys.). GUS podaje, że większość polskich emigrantów przebywa za granicą w związku z pracą, choć coraz więcej jest też członków ich rodzin, tj. małżonków i dzieci, którzy pozostają na utrzymaniu pracujących.

Malejąca liczba emigrantów jest bez wątpienia związana z pogorszeniem koniunktury w krajach UE. Na przykład w Irlandii bezrobocie wzrosło od lipca ubiegłego roku z 6 proc. do 12 proc. W ostatnim czasie, w związku z kryzysem, pogorszyła się też, w krajach UE, atmosfera wokół imigrantów. W pamięci pozostają protesty brytyjskich czy irlandzkich związków zawodowych przeciwko swobodnemu dostępowi do tamtejszych rynków pracy. Oba te czynniki powodują, że mniej osób decyduje się na wyjazd.

Eksperci GUS wskazują jednak, że kryzys choć wyhamował wyraźnie odpływ z Polski nie powoduje jeszcze masowych powrotów. Podkreślają, że osoby przebywające za granicą próbują przetrwać na emigracji, m.in. przemieszczając się do innych krajów.

08 lipca 2009

Już w 7 krajach UE bezrobocie jest dwucyfrowe

Polska, bardzo dobrze wypada w statystykach bezrobocia dla krajów UE. Zatrważająca sytuacja jeśli chodzi o wzrost liczby osób bez pracy jest w Hiszpanii i republikach nadbałtyckich. 

 

Wskaźnik bezrobocia w 27 krajach UE wyniósł w maju tego roku 8,9 proc. To najnowsze wyliczania Eurostatu. Rok wcześniej wynosił 6,8 proc. Bez pracy w krajach UE pozostaje już 21,4 mln osób. Rok wcześniej było ich o 5,1 mln osób mniej.

Najniższe bezrobocie notują Holandia, Austria i Cypr. Odpowiednio 3,2 proc., 4,3 proc. i 5,3 proc.

Z drugiej strony zatrważająco wygląda wskaźnik bezrobocia, który notują Hiszpania, Łotwa, Estonia, Litwa i Irlandia i Węgry. Wszędzie tam jest on dwucyfrowy. W Hiszpanii doszedł już do 18,7 proc.!!! Na Łotwie wynosi 16,3 proc., w Estonii 15,6 proc., na Litwie – 14,3 proc. Bezrobocie rośnie tam w niezwykle szybkim tempie. Na przykład rok wczesnej (w maju 2008 roku) w Hiszpanii wynosiło ono 10,5 proc., a na Łotwie 4,7 proc.  

 

W Polsce wskaźnik bezrobocia (8,1 proc.) jest poniżej średniego w U. A przypomnijmy, że w 2004 roku bezrobocie w Polsce wynosiło 19 proc. i był to wynik dwukrotnie gorszy niż średnia dla UE, która wynosiła wtedy 9 proc.

Eurostat nieco inaczej określa wskaźnik bezrobocia niż poszczególne kraje (u nas robi to GUS). Definiując bezrobotnego bierze pod uwagę zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy i opiera się na założeniu, że bezrobotnym jest osoba w wieku 15-74 lata, która pozostaje bez pracy, jest w stanie podjąć ją w ciągu najbliższego tygodnia i w ciągu ostatnich czterech tygodni aktywnie jej poszukiwała. Taka definicja pozwala na obiektywne porównywanie wyników.

 

 

02 lipca 2009

20 lat wolności: trzeba zapytać o przyszłość

Polecam wszystkim osobom, którym nie jest obojętny los naszego kraju Raport Polska 2030.

Przynosi on dwie generalne konkluzje. Obie bardzo niepokojące. Pierwsza: ponura diagnoza. Druga: zmiana stanu, w którym znajduje się Polska wymaga ogromnej odwagi i podejmowania niepopularnych decyzji. A tego trudno wymagać od polityków.

 

            350-400 mld zł musimy przeznaczyć w najbliższych 20 latach na infrastrukturę, 160 mld zł na zapewnienie sobie bezpieczeństwa energetycznego i uniknięcie tzw. zapaści energetycznej (przypomnijmy, że nasze PKB to 1,27 bln zł), wskaźnik zatrudniania powinien wzrosnąć o 15 pkt. proc., do 67 lat musimy podnieść wiek emerytalny, czekają nas ogromne wyzwania demograficzne, a obywatele nie ufają sobie i państwu. To tylko niektóre konkluzje jakie przynosi przygotowany przez Zespół Doradców Strategicznych Premiera Raport–Polska 2030. Kierowany przez Michała Boniego Zespół trafnie definiuje (poza sprawami bezpieczeństwa) podstawowe wyzwania jakie stoją przed Polską w najbliższym 20-leciu. Są to m.in. sytuacja demograficzna, problemy rynku pracy, infrastruktura, bezpieczeństwo energetyczne, edukacja i szkolnictwo wyższe czy likwidacja ubóstwa i wykluczenia społecznego.

            Diagnoza opisana w Raporcie jest porażająca. Mimo dokonanego w ostatnim 20-leciu skoku cywilizacyjnego (m.in. rozkwit przedsiębiorczości, boom edukacyjny, dziesięciokrotny wzrost PKB i 16-krotny siły nabywczej płac) jesteśmy zapóźnieni niemal w każdej analizowanej dziedzinie. Jednak recepta podana przez Zespół wygląda dość ogólnie. Najczęściej jest wskazaniem jak być powinno, a nie jak to zrobić. Rozumiem, że wynika to z samej koncepcji Raportu. Ma być czymś w rodzaju Zielonej Księgi, na podstawie której powstaje dopiero Księga Biała, w której znajdują się propozycje rozwiązań. Może to też jednak wynikać z miejsca powstania Raportu. Wszak jest dokumentem rządowym, napisanym w Kancelarii Premiera. Jego autorzy nie mogą więc powiedzieć wszystkiego wprost. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejna odsłona Raportu będzie zawierać recepty, a następnie zostaną one przełożone na projekty ustaw.

Zimny prysznic

            Czerwiec 2009 to dobry czas na postawienie wielkich pytań dotyczących tego gdzie właściwie znajdujemy się na naszej ścieżce rozwoju. 20 lat po odzyskaniu wolności, czasu w którym dokonaliśmy ogromnego skoku, można i trzeba spojrzeć wstecz, postawić diagnozę i spróbować odpowiedzieć na czekające nas wyzwania. Obraz ten wypada zatrważająco słabo. Szwankują, niedomagają czy wręcz są w zapaści - w porównaniu nie tylko do zamożniejszych krajów Zachodu, ale także krajów, które razem z nami przeżyły czasy realnego socjalizmu -  niemal wszystkie dziedziny naszego życia. Każda opisana w Raporcie dziedzina wymaga ogromnych zmian, pracy, nakładów i odważnych decyzji.

            Nie można oczywiście za taki stan rzeczy winić ostatniego 20-lecia. Wszak nie odrabia się cywilizacyjnych opóźnień, wynikających m.in. z ponad 120 lat zaborów, dwóch wojen i 45 lat PRL-u w trakcie niespełna jednego pokolenia. I tak Polacy wytrzymują zastanawiająco cierpliwie i dobrze dziejący się na ich skórze okres transformacji.

            Tak postawiona diagnoza powinna jednak podziałać na wszystkich – polityków, ekspertów, liderów opinii, wreszcie samych obywateli – jak zimny prysznic. Nasz realny potencjał - wszak szóstego jeśli chodzi o wielkość kraju UE - zależy od tego co zrobimy. I to w całkiem niedługiej przyszłości.

Bez zaufania i złudzeń

            Autorzy raportu wskazują 10 wyzwań jakie stoją przez Polską w najbliższym 20-leciu. Są to:

1.                  wzrost gospodarczy i zwiększenie konkurencyjności,

2.                  demografia,

3.                  sytuacja na rynku pracy,

4.                  poprawa infrastruktury,

5.                  bezpieczeństwo energetyczno-klimatyczne,

6.                  edukacja i szkolnictwo wyższe,

7.                  zmniejszenie różnic w rozwoju regionów,

8.                  redukcja biedy i liczby osób wykluczonych,

9.                  sprawne państwo,

10.              rozwój kapitału społecznego.

            Można je podzielić na trzy główne grupy - związane z gospodarką (wyzwania 1,4,5,7), polityką społeczną (2,3,6,8) i budową społeczeństwa obywatelskiego (9,10). Żadnego z tych segmentów nie można jednak analizować osobo. Na przykład jeśli Polska ma notować wzrost gospodarczy (wyzwanie 1) musi wzrosnąć wskaźnik zatrudnienia (wyzwanie 2), a osoby starsze powinny później odchodzić z rynku pracy (wyzwania 2 i 3). Nie bez znaczenia jest też zaufanie do państwa czy sprawny wymiar sprawiedliwości (wyzwania 9 i10).

            Przyglądając się każdemu z wyzwań trudno nie popaść w pesymizm. Oprócz problemów, które są ogólnie znane i w debacie publicznej mają już swoje miejsce – niska aktywność zawodowa Polaków, zatrważająca jeśli chodzi o osoby starsze, dramatycznie niski wskaźnik urodzeń, bieda polskich rodzin, zwłaszcza wychowujących dzieci, ogromne zapóźnienie jeśli chodzi o infrastrukturę, konieczność dywersyfikacji dostaw energii – autorzy Raportu zwracają uwagę na rzadziej poruszane w debacie (zwłaszcza w mediach), ale niezmiernie ważne aspekty funkcjonowania państwa.

            Oto kilka przykładów i cytatów. Jak wynika z danych zawartych w raporcie dwie szwajcarskie firmy Roche i Novartis, które nie są wcale liderami nakładów na badania i rozwój wydają na ten cel ponad 16 razy więcej niż środki jakie przeznacza na to Polska (odpowiednio 8,16 mld euro do 0,49 mld euro).

            Polska należy do najmniej innowacyjnych krajów Europy.

            Wskaźniki tzw. kapitału społecznego w naszym kraju należy do najniższych w Europie. Jedynie co dziesiąty Polak ufa innym ludziom.

            Polaków charakteryzuje niska aktywność obywatelska.

            Polski sektor pozarządowy jest niewielki, organizacje pozarządowe niestabilnie, mają niepewną sytuację finansową i organizacyjną.

            Prawie połowa Polaków wyraża niskie zainteresowanie troską o dobro wspólne, a wskaźnik ten wyraźnie obniżył się w porównaniu z 2005 r.

            Autorzy Raportu piszą też, że przez cały okres transformacji wymiar sprawiedliwości nie był gruntownie reformowany, a jego obecne problemy są wynikiem m.in. nieefektywnego zarządzania sądami, podatnych na nadużycia i nieprzystających do tempa obrotu gospodarczego procedur postępowania sądowego, wzrostu liczby spraw w sądach głównie w wyniku nadregulacji prawa.

            Tak szeroki horyzont wyzwań, który proponują autorzy raportu, to bez wątpienia jego główna zaleta.

Brakuje zdrowia i armii

            W moim odczuciu podstawowym brakiem raportu, jest pominięcie tematu bezpieczeństwa. Niewspółmiernie mało, do wagi problemu, jego autorzy zajmują się też systemem ochrony zdrowia.

            Szczególnie zadziwiające jest zupełne pominięcie kwestii bezpieczeństwa zwianego z potencjałem naszego kraju do obrony granic. W raporcie nie ma ani słowa o koniecznej restrukturyzacji armii, ogromnych nakładach jakie trzeba ponieść z tego tytułu. A wydaje się to dziwne, zwłaszcza w perspektywie doświadczeń Polski z ostatnich 250 lat, kiedy trzykrotnie traciliśmy suwerenność. Nie wiem czy autorzy raportu uznają, że nasza obecna sytuacja strategiczna pozwala zupełnie zapomnieć o potencjale armii i obrony terytorium. Gdyby tak było - byłaby to wiara naiwna.

            Raport stosunkowo niewiele miejsca poświęca też systemowi ochrony zdrowia. Mimo, że jego autorzy wskazują, że wraz ze starzeniem się społeczeństwa i koniecznym wydłużaniem aktywności zawodowej (w Raporcie pojawia się kilkakrotnie określenie silver economy) musi tez poprawić się kondycja zdrowotna Polaków.

Konieczne działania

            Kompleksowe spojrzenie na obecny stan naszego państwa, próba odpowiedzi na pytanie gdzie jesteśmy i spojrzenia na wyzwania jakie nas czekają to ogromna wartość Raportu. Powinien się z nim, w moim odczuciu, zapoznać każdy, komu na sercu leży rozwój naszego kraju i kto chce w tej sprawie zabierać głos.

            Mam jednak nadzieję, że nie skończy się na postawieniu diagnozy i ogólnych wskazaniach co trzeba zrobić. Zalecenia trzeba zmienić w działanie. Inaczej pozostanie kolejnym tzw. strategicznym dokumentem, z którego niewiele w praktyce wynika.

            Nie ma też, na co też zwracają uwagę autorzy, specjalnie dużo czasu na wprowadzanie koniecznych zmian. Jeśli na przykład nie poprawimy szybko dramatycznej kondycji materialnej rodzin wychowujących dzieci - prawie 20 proc. rodzin wychowujących czworo lub więcej potomstwa, żyje poniżej minimum egzystencji - to wychowywane tam klika milionów dzieci będzie miało ogromnie utrudnione szanse na normalny rozwój.

02 lipca 2009

Skok na emerytalną kasę

W ubiegłym tygodniu w Sejmie odbyła się cicha próba "skoku na kasę przyszłych" emerytów z OFE.

Do drugiego czytania trafiła, forsowana przez posła Janusza Cichonia (PO) wersja ustawy, która uszczuplała, w porównaniu propozycją rządu, konta emerytalne klientów OFE (tj., zwiększała przychody zarządzających nimi) o 35 mld zł. Przeciwna temu była oczywiście opozycja, ale co ciekawe także rząd i koalicjant PO – PSL.

Ostatecznie tę hojną dla zarządzających OFE wersję zmienili posłowie. W portfelach klientów OFE zostanie więc w latach 2010-2040 ponad 57 mld zł. Co ciekawe chciał też tego (tak głosował) poseł Cichoń. Mówi, że przekonała go argumentacja rządu.

Ta sprawa każe się zastanowić nad sposobem stanowienia prawa. Eksperci i praktycy od dawna postulują, aby poprawki zgłaszane w trakcie prac w Sejmie zawierały tzw. ocenę skutków regulacji. Czyli po prostu przedstawiały zyski i starty zmian dla różnych stron (casus słynnego lub czasopisma). Gdyby nie to, że rząd w tym konktetnym przypadku przygotował szybko na własną rękę szacunki tej niewinnie wyglądającej poprawki, a opozycja ją wychwyciła, emerytalne portfele byłyby chudsze o 35 mld zł.

04 czerwca 2009

330 tys. osób już straciło pracę, rząd musi się obudzić

Podana własnie przez GUS oficjalna stopa bezrobocia zmalała z 11,2 proc. w marcu, do 11 proc. w kwietniu. To dobra informacja. Niestety nie napawa optymizmem mniej chętnie cytowane przez media, ale zdecydowanie bardziej pogłębione Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności. Z najnowszych danych BAEL wynika, że w ciągu zaledwie 3 miesięcy tego roku firmy zwolniły 328 tys. osób. Powinno to podziałać na rząd jak kubeł zimnej wody.

Firmy likwidują, i to w stosunkowo szybkim tempie, miejsca pracy. Jeszcze w IV kwartale 2008 roku pracowało w Polsce 16,0 mln osób. Był to najlepszy wynik w historii. W I kwartale tego roku było ich 15,7 mln osób. W ciągu zaledwie 3 miesięcy o 291 tys. zmalała więc liczba pracujących. Gorzej jest jeśli analizuje się sytuację osób zatrudnionych na etatach. Okazuje się, że to oni w pierwszej kolejności tracą pracę. W IV kw. ubiegłego roku firmy zatrudniały 12,48 mln pracowników najemnych. W I kw. tego roku – 12,12 mln. Etaty straciło więc prawie 330 tys. osób. Z tej liczby 240 tys. to osoby zatrudnione wcześniej na podstawie umów na czas określony i aż 88 tys. pracujący na stałe. Spadek ogólnej liczby pracujących jest mniejszy niż tych, którzy tracą etaty, ze względu na duży wzrost liczby osób, które GUS zalicza do kategorii pracodawcy i pracujący na własny rachunek. W ciągu I kwartału przybyło ich aż 80 tys.. Część osób tracących etat szuka więc alternatywy w postaci założenia firmy, ale narasta też zapewne zjawisko tzw. fikcyjnego samozatrudnienia.

Te dane powinny być dla rządu zdecydowanym bodźcem do działania. Nie da się dłużej prowadzić polityki zapewniania o lepszej kondycji naszej gospodarki niż innych gospodarek regionu czy UE. Fakt, że bezrobocie wynosi u nas (wg Eurostatu) 7,7 proc., a np. w Hiszpanii, Litwie i Łotwie ponad 15 proc. nie jest powodem, aby nie przeciwdziałać skutecznie pogorszeniu sytuacji na rynku pracy. Dobrze więc, że rząd skierował wreszcie (po miesiącach uzgodnień) do Sejmu specjalny projekt ustawy antykryzysowej. Choć wydaje się że to wciąż za mało, ma ona pomagać firmom w kłopotach i zapobiegać zwolnieniom zatrudnionych tam osób.

Dziwi tylko dlaczego rządzący prawie zawsze tak długo debatują, ustalają i konsultują najbardziej istotne dla obywateli projekty. Gdy trzeba przez rząd i Sejm „przepchać” np. ustawę medialną (za poprzedniej kadencji) czy ustawę o finansowaniu partii (obecnie) wystarczy kilka dni.

26 maja 2009

To nie emigracja, a nowe miejsca pracy obniżyły w Polsce bezrobocie

W latach 2003–2007 dochód polskiej rodziny wzrósł o 36,5 proc. W Polsce od 2004 roku powstało ponad 2,5 mln nowych miejsc pracy. Wciąż pozostajemy, po Bułgarii i Rumunii, najuboższym krajem UE. Te dane, mówiące o naszym bilansie przystąpienia do UE, wskazują, że ostatnie 5 lat ogromnie zmieniło sytuację na naszym rynku pracy, spowodowało też istotne zmiany w zamożności poszczególnych grup społecznych, nie pozostało bez wpływ na migracje Polaków.

Bywa jednak, że przeceniana jest rola naszego przystąpienia do UE jako wyłącznej przyczyny zmian. Tak jest na przykład z opisem sytuacji na rynku pracy czy emigracją. Z drugiej strony w niektórych aspektach rola UE jest wciąż niedoceniana. Prawie 10 mld euro, które trafiły w ostatnich 5 latach na polską wieś, odmieniają jej obraz. Wciąż też żyjemy stereotypami – na przykład biednych emerytów czy osób żyjących na wsi.

Anioły i demony naszego rynku pracy

Według GUS, który od 1992 roku prowadzi Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), w Polsce pracuje obecnie (IV kwartał 2008 r.) 16 mln osób. To najlepszy wynik w historii. Do tej pory najwięcej osób pracowało w sierpniu 1998 r. (15,61 mln). Później liczba pracujących malała, aby w I kwartale 2004 r., czyli w momencie przystąpienia Polski do UE, osiągnąć historyczne minimum – 13,47 mln osób. Od tamtego czasu w naszym kraju powstało więc 2,53 mln nowych miejsc pracy.

Przyczynia się to oczywiście do obniżenia wskaźnika bezrobocia. Od 2004 roku zmalał z 20,7 proc. do 6,7 proc. Podobnie jest z liczbą osób bezrobotnych. Na początku 2004 roku było ich 3,5 mln. Na koniec 2008 roku – 1,2 mln.

Coraz lepsza sytuacja na rynku pracy powoduje też wzrost tzw. wskaźnika zatrudnienia. Wskaźnik ten dla osób w wieku 15–64 lat, który ma zgodnie z tzw. strategią lizbońską wynieść w krajach UE w 2010 roku 70 proc., w IV kwartale ubiegłego roku wynosił 60 proc. To także najlepszy wynik w historii. W IV kwartale 2003 r. wynosił 51,4 proc. Mimo takiej poprawy wciąż pozostaje na niskim poziomie. Dla porównania: w 27 krajach UE wynosi on ponad 65,9 proc.

W ciągu ostatnich lat zmieniła się też na korzyść struktura zatrudnionych osób. Obecnie w rolnictwie pracuje 13,3 proc. osób, w przemyśle 32 proc., a w usługach 54,6 proc. W IV kwartale 2003 r. było to odpowiednio – 18,5 proc., 28,6 proc. oraz 52,9 proc. Najbardziej zmalał więc udział pracujących w rolnictwie i to mimo że ten sektor wytwarza zdecydowanie więcej dóbr niż przed pięciu laty.

Wciąż zmorą naszego rynku pracy pozostaje m.in. bardzo niski wskaźnik zatrudnienia starszych osób. W 2008 roku wynosił w krajach UE dla osób w wieku 55–64 lat – 45,6 proc. W Polsce zaledwie 31,6 proc. To jeden z najgorszych wyników w UE.   

Wyjeżdżają, ale i wracają

Według ostatnich danych GUS w 2007 roku na czasowej emigracji – ponad trzy miesiące – przebywało 2,27 mln Polaków. Rok wcześniej 1,95 mln, a w 2004 roku 1 mln. Zdecydowana większość osób wyjeżdżających z Polski mieszka w krajach UE. Na koniec 2007 roku przebywało tam 1,86 mln osób. Liczba ta jest ponaddwukrotnie wyższa niż na początku okresu naszego członkostwa w UE. W 2004 roku liczba emigrantów przebywających w krajach UE wynosiła 0,75 mln. Szacunek ten uwzględnia jednak też tych Polaków, którzy od dłuższego czasu przebywali poza granicami Polski, w tym w krajach UE, bez względu na ich status pobytu. Te liczby świadczą, że w krajach UE przebywa około 1 mln Polaków więcej niż przed akcesją. Nie można wyciągać wniosku, że są to osoby, które wyjechały z kraju na stałe. GUS podaje jednak, że blisko połowa z nich pozostaje tam dłużej niż rok. Osoby te tracą więc kontakt z krajem i coraz trudniej będzie im do niego wrócić.

Wśród krajów emigracji Polaków po naszej akcesji zdecydowanie wyróżniają się Wielka Brytania, Niemcy i Irlandia. W końcu 2007 roku w przebywało tam 690 tys. emigrantów z Polski, a w Niemczech 490 tys. Kolejne miejsca zajmują Irlandia (200 tys.), Holandia (98 tys.) i Włochy (87 tys.). Ze względu na skalę zjawiska emigracji i jej dynamikę szczególnym przypadkiem jest Irlandia. W stosunku do 2002 roku liczba emigrantów z Polski wzrosła tam 100-krotnie.

Większość polskich emigrantów przebywa za granicą w związku z pracą, choć coraz więcej jest też członków ich rodzin, tj. małżonków i dzieci, którzy pozostają na utrzymaniu pracujących. Także te dane świadczą o tym, że coraz więcej osób może rozważać pozostanie na stałe poza granicami Polski. Może to niekorzystnie wpłynąć na naszą sytuację demograficzną. Jeśli z Polski na stałe będą wyjeżdżać osoby młode, to nie tylko one będą mieszkać za granicą. Może się też zdarzyć, że podobnie będzie z ich dziećmi.

Emigracja może się też przyczyniać się do wzrostu płac w kraju wysyłającym swoich obywateli do pracy za granicą. Jest to korzystne w krótkim okresie dla ich obywateli, ale wcale nie musi oznaczać korzyści dla całej gospodarki. Jeśli płace rosną szybciej niż wydajność pracy, pogarsza to jej konkurencyjność. Szybki wzrost płac w okresie wyjazdów potwierdzają dane z Polski. W latach 2007–2008 wynagrodzenia w Polsce rosły w tempie ponad 10 proc. Taki wzrost jest m.in. efektem mniejszej liczby potencjalnych pracowników na danym rynku. A gdy jest ich mniej, mogą żądać wyższych pensji. Szczególnie dotkliwie wzrost ten odczuła w Polsce na przykład branża budowlana.

Biedny jak rodzic, a nie emeryt

Wzrost wynagrodzeń przyczynia się m.in. do spadku liczby osób zagrożonych ubóstwem. W 2003 roku poniżej minimum egzystencji (zwanym też minimum biologicznym, bo osiąganie niższych dochodów nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb) żyło w Polsce 11,7 proc. osób. W 2007 roku (najnowsze dane, jakimi dysponuje GUS) – 6,6 proc. To spadek o prawie 44 proc. Najszybciej osób zagrożonych ubóstwem ubywa wśród pracujących na własny rachunek i rolników. Wciąż najbardziej narażonych na ubóstwo są rodziny wychowujące dzieci.

Także dane o dochodach świadczą o wzroście zamożności Polaków. W 2003 roku średni dochód na członka rodziny wynosił 680,5 zł. W 2007 roku wzrósł do 928,9 zł, tj. o 36,5 proc. Biorąc pod uwagę stosunkowo niską inflację z tego okresu, oznacza to, że dochody Polaków wzrosły realnie o ponad 20 proc. Najszybciej rosną dochody rolników. W okresie 2003–2007 wzrosły o 78,5 proc. Trzeba też zauważyć, że dochody emerytów i pracowników najemnych rosną niemal w takim samym tempie. Przeczy to obiegowej opinii o dyskryminacji dochodowej emerytów. 4 proc. emerytów żyje poniżej minimum egzystencji i są to osoby, obok pracujących na własny rachunek, najmniej zagrożone biedą.

07 kwietnia 2009

W krajach UE zatrważająco szybko rośnie bezrobocie

Wskaźnik bezrobocia w Polsce jest niższy niż w 11 krajach UE. Zatrważająco szybko bezrobocie rośnie w Hiszpanii, Irlandii, oraz na Litwie i Łotwie.

Wskaźnik bezrobocia w 27 krajach Unii Europejskiej wyniósł w lutym 7,9 proc. – podał właśnie Eurostat. Bez pracy w krajach UE pozostaje 19,2 mln osób. W 16 krajach strefy euro wskaźnik bezrobocia sięgnął 8,5 proc. Najniższe bezrobocie notują Holandia, Cypr Austria i Słowenia. Nie przekracza tam ono poziomu 5 proc., a w Holandii wynosi zaledwie 2,7 proc.

Najwyższy wskaźnik bezrobocia notuje Hiszpania, Łotwa, Litwa i Irlandia. Wszędzie tam jest on dwucyfrowy. Wynosi odpowiednio 15,5 proc., 14,4 proc., 13,7 proc. i 10 proc. Ponadto bezrobocie rośnie tam w niezwykle szybkim tempie. Rok wczesnej (w lutym 2008 roku) wynosiło ono odpowiednio 9,3 proc., 6,1 proc., 4,4 proc. i 4,8 proc. Na Litwie wzrosło więc ono w ciągu zaledwie 12 miesięcy ponad trzykrotnie (z 4,4 proc. do 13,7 proc.). Podobne wzrosty notuje Łotwa. Ponad dwukrotnie więcej osób bez pracy, niż rok wcześniej, jest w Irlandii.

W Polsce wskaźnik bezrobocia (7,4 proc.) jest poniżej średniego w UE. A przypomnijmy, że w 2004 roku bezrobocie w Polsce wynosiło 19 proc. i był to wynik dwukrotnie gorszy niż średnia dla UE, która wynosiła wtedy 9 proc. W Polsce bezrobocie malało w ostatnim czasie najszybciej ze wszystkich krajów UE. Polska jako jeden z siedmiu krajów UE odnotowała też w okresie luty 2008 / luty 2009 spadek bezrobocia. W 19 krajach UE nastąpił jego wzrost, a w jednym pozostał na niezmienionym poziomie.

Eurostat nieco inaczej określa wskaźnik bezrobocia niż poszczególne kraje (u nas robi to GUS). Definiując bezrobotnego bierze pod uwagę zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy i opiera się na założeniu, że bezrobotnym jest osoba w wieku 15-74 lata, która pozostaje bez pracy, jest w stanie podjąć ją w ciągu najbliższego tygodnia i w ciągu ostatnich czterech tygodni aktywnie jej poszukiwała. Taka definicja pozwala na obiektywne porównywanie wyników.

06 kwietnia 2009

Wysokie zyski zarządzających OFE doprowadzą do demontażu systemu emerytalnego

Trwa właśnie dyskusja na temat obniżania zysków PTE - instytucji zarządzających środkami przyszłych emerytów gromadzonych w OFE. Oto mój głos w tej sprawie:

II filar ubezpieczeń społecznych jest drogi. Za drogi. Utrzymywanie obecnego stanu rzeczy może doprowadzić do rozpadu systemu emerytalnego i ostatecznej kompromitacji idei partnerstwa publiczno-prywatnego.

            Ze 120 mld zł, które wpłynęły w ciągu ostatnich 10 lat do OFE zarządzające nimi powszechne towarzystwa emerytalne (PTE) pobrały jako wynagrodzenie ponad 10,5 mld zł. To prawie 9 proc. przelanych do funduszy składek przyszłych emerytów.

            Systemowy błąd w sposobie wynagradzana firm zarządzających OFE - ich przychody niemal w ogóle nie zależą od tego co najważniejsze dla ich klientów czyli zysków z inwestycji - najbardziej uzmysławia sytuacja z 2008 roku. Aktywa przyszłych emerytów stopniały o 22 mld zł, a zarządzający OFE pobrali tytułem opłat rekordową kwotę 1,8 mld zł. Z tej kwoty 740 mln zł to ich zysk. Też rekordowy. Dla porównania ZUS, który jest uważany za drogą instytucję, ale wykonuje nieskończenie więcej zadań niż PTE, kosztował nas w ubiegłym roku zaledwie 3,35 mld zł.

            Taka sytuacja jest nie do zaakceptowania. I to nie tylko z powodu konieczności dbania o interes klientów czy bezpieczeństwo wypłacalności systemu emerytalnego - wszak gwarantem wypłat minimalnych świadczeń jest skarb państwa. Wbrew pozorom jej zmiana jest też w interesie zarządzających OFE. Jeśli wciąż będą alergicznie, a czasem wręcz histerycznie reagować na próby obniżenia ich zysków, może się to skończyć całkowitym odwrotem od II filara. Coraz częściej pojawia się postulat jego dobrowolności (np. ostatnia propozycja OPZZ) czy wręcz likwidacji.

Manufakturowy biznes

            Fabryka zysków. Takim mianem są nazywane w dużych grupach kapitałowych - zajmujących się jeszcze np. ubezpieczeniami życiowymi, majątkowymi czy inwestowaniem - działające tam PTE. Ryzyko prowadzenia tego biznesu jest bliskie zeru. Przede wszystkim zapewniony jest stały dochód. Pracujący klient, który musi być członkiem OFE (podobnie jak opłacać składki do ZUS) co miesiąc wpłaca do funduszu ponad 37 proc. swojej składki emerytalnej. A to marzenie każdej firmy, która w normalnych, rynkowych warunkach musi walczyć o przetrwanie, klienta i przychody.

            Zagrożenia są minimalne. Polegają na nieosiągnięciu tzw. wymagalnej stopy zwrotu (wtedy akcjonariusze muszą dopłacić za tzw. niedobór z własnej kieszeni) oraz przejęciu części klientów przez konkurencję (wtedy maleją przychody). Bardzo łatwo też określić konieczne do poniesienia koszty. Wynikają głównie z obowiązków nałożonych przez ustawodawcę. np. konieczność wysłania do klientów informacji o stanie konta, obowiązków informacyjnych czy kosztów ponoszonych na rzecz nadzoru czy ZUS. PTE ponoszą też koszty operacyjne, wynikające m.in. z obrotu papierami wartościowymi czy zatrudnienia. Reszta zależy od decyzji akcjonariuszy. Jeśli chcą np. prowadzić agresywną politykę przejęć klientów rosną koszty akwizycji.

            Prowadzenie tego biznesu nie jest więc skomplikowane.

Gra zerojedynkowa

            Mimo tego PTE nie konkurują ze sobą praktycznie o klienta wysokością kosztów, jakie musi ponieść. Liczy się tutaj wysokość prowizji od wpływającej do funduszu składki oraz tzw. opłata za zarządzenie. A im są wyższe, tym mniej pozostaje na koncie przyszłego emeryta. Droższy fundusz oznacza więc niższą emeryturę.

Na początku reformy, w 1999 roku, OFE konkurowały ze sobą wysokością prowizji. Same ustalały ich wysokość. Większość redukowała je w miarę upływu czasu, w którym klient należał do OFE. Tak było do kwietnia 2004 roku. Wprowadzona wtedy zmiana określiła maksymalne limity opłaty od składki. Docelowo, ale dopiero od 1 stycznia 2014 r., OFE nie będą mogły z pieniędzy przekazywanych im z ZUS zabrać więcej niż 3,5 proc. Do tej daty maksymalny limit opłaty jest ustalany różnie. Na przykład w latach 2004-2010 roku wynosi 7 proc. Niestety wraz ze zmianą przepisów wszystkie OFE (poza Allianz Polska OFE) ustaliły wysokość prowizji na maksymalnym 7 proc., dopuszczalnym poziomie. Co więcej niektóre, wykorzystując okazję i nieprecyzyjne przepisy, złamały wręcz dane klientom słowo. Nie obniżyły im prowizji w sposób obiecany w momencie zapisywania się przez nich do OFE.

Podobnie jest z opłatą za zarządzanie, pobieraną przez PTE bezpośrednio z aktywów OFE, czyli pieniędzy przyszłych emerytów. Wszystkie ustaliły ją na maksymalnie wysokim poziomie.

To m.in. dlatego resort pracy zaproponował przyspieszenie terminu redukcji prowizji (od 2010 roku mają wynosić maksymalnie 3,5 proc.) i wprowadzenie ostrzejszych limitów od opłaty za zarządzanie. Projekt odpowiedniej ustawy trafił już do Sejmu. W efekcie przychody PTE w latach 2010–2050 zamiast 197,7 mld zł mają wynieść 140,5 mld zł. Z kolei zysk 86,7 mld zł, a nie 144,1 mld zł. Ta propozycja wzbudziła ogromny sprzeciw zarządzających OFE. Dopominają się też, i słusznie, innych zmian – takich jak wielofunduszowość, zmiany w sposobie akwizycji czy rozszerzenie możliwości inwestycyjnych. Ale główny ciężar argumentacji odnosi się do opłat.

W poszukiwaniu równowagi

            Jest oczywiste, że interes akcjonariuszy PTE i ich klientów jest różny. Im niższe przychody PTE, tym wyższe świadczenia przyszłych emerytów, a niższe zyski akcjonariuszy towarzystw. Nie ma jednak nic zdrożnego w tym, że zarządzający OFE, którzy zainwestowali w rozpoczęcie emerytalnego biznesu kapitał, chcą osiągać zyski. Nie wolno też oczekiwać, że PTE będą skutecznie zarządzać emerytalnymi pieniędzmi jeśli nie będą miały środków na opłacanie najlepszych specjalistów czy będą oszczędzać na analizach rzeczywistości.

            Jednak w normalnej sytuacji stosunek kosztów do zysków reguluje rynek. To konkurencja wymusza na firmie redukcję kosztów, ale także zmusza ją do wyprodukowania najlepszego z możliwych produktów czy usługi. Jeśli będą złe nikt ich nie kupi.

            Obecna sytuacja na emerytalnym rynku nie jest jednak normalna. Zawodzi konkurencja. Fundusze nie rywalizują w praktyce o klienta wysokościami opłat, stosują też zbliżoną politykę inwestycyjną.

            W sytuacji gdy zawodzą rynkowe zachęty zmuszające zarządzających OFE do obniżenia swoich zysków - zwłaszcza wobec ogromnych strat jakie ponieśli w ostatnim czasie klienci OFE – ustawodawca powinien wprowadzić rozwiązanie administracyjnie do tego ich zmuszające. Choć nie powinien też zapominać, że to nie jedyny sposób na podwyższenie emerytur.

            Niepodjęcie żadnych działań może doprowadzić do demontażu obecnego systemu emerytalnego. Po pierwsze zgromadzone tam ponad 130 mld zł (a kapitał ten będzie rósł) jest łakomym kąskiem dla polityków. Każdy z nich chciałby móc dysponować takim kapitałem. Po drugie obecna sytuacja jest społecznie nie do zaakceptowania. Ludzie czują, że coś jest nie tak. Skoro OFE tracą to dlaczego zarządzające nimi firmy osiągają rekordowe zyski. A polityczna wola „rozprawienia się” z zarządzającymi i brak akceptacji dla II filaru wcześniej czy później doprowadzi do jego likwidacji.

            Brak reakcji spowoduje też kompromitację idei partnerstwa publiczno-prywatnego. A pożądany jest przecież układ, w którym państwo tworzy prawne ramy i odpowiada za jakieś zadanie publiczne, ale jego realizację zleca lepiej zazwyczaj działającym prywatnym podmiotom.

04 marca 2009

Opłaty w II filarze będa niższe, ale...

Rząd przyjął wczoraj projekt ustawy zakładający obniżenie prowizji i opłat za zarządzanie jakie pobierają od człnków II filara powszechne Towarzystwa Emerytalne, zarządzające OFE. Ostateczna wersja ustawy jest łagodniejsza (tym samym kosztowniejsza dla przyszłych emerytów) niż proponowało Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Prowizje nie spadną już w tym roku, a opłata za zarządzanie będzie limitowana dopiero od aktywów wynoszących ponad 45 mld zł.

Wygląda na to, że rząd uległ ostatecznie presji zarządzających OFE. Tymczasem okazauje się, że zarabiają oni wcale nieźle. Poniżej prezentuję zestwienie jakie przygotowałem na 10-lecie działalności II filara i tekst napisany wspólnie z moim kolegą redakcyjnym Marcinem jaworskim na ten temat.

latakwota składek przekazanych do OFE z ZUS (w mld zł)przychody Powszechnych Towarzystw Emerytalnych związane z zarządzeniaem OFE (suma opłat od składki i opłaty za zarządzanie)aktywa netto (w mld zł, na koniec okresu)Zysk wypracowany dla emerytów, w mld zł (jako rożnica między aktywami, a kwotą przekzanych składek
na koniec okresunarastającow mld zł proc. od wpływających składek
19992,29 2,29 0,219,22,350,06
20007,60 9,89 0,749,79,50-0,39
20018,71 18,60 0,819,319,500,90
20029,55 28,14 0,768,031,603,46
200310,27 38,42 0,868,444,806,38
200411,42 49,84 0,998,762,6012,76
200514,02 63,86 1,208,686,0822,22
200616,16 80,02 1,459,0116,5636,54
200717,72 97,74 1,649,3140,0342,29
200820,51 118,24 1,828,9138,2620,02
sty-091,66 119,90 0,15*9,0136,4216,52
SUMA/ŚREDNIO119,90 119,90 10,638,9136,4216,52
Źródło: opracowniae własne na podstawe danych KNF, ZUS, MPiPS *prognoza własna

Z przygotowanego przez nas zestawienia wynika, że od początku reformy emerytalnej do Powszechnych Towarzystw Emerytalnych (PTE), które zarządzają OFE trafiło już z tytułu prowizji od składek i tzw. opłaty za zarządzanie 10,6 mld zł. To prawie 9 proc. przelanych do funduszy składek przyszłych emerytów.

         - Chcemy zdecydowanie przyspieszyć proces obniżania prowizji jakie mogą pobierać PTE od swoich klientów – mówi Marek Bucior, wiceminister pracy i polityki społecznej.

         Dodaje, że projekt, którym ma się dzisiaj zająć rząd, przewiduje też obniżenie drugiej opłaty jaką pobierają PTE, tj. opłaty za zarządzanie. W efekcie na kontach członków OFE rocznie ma zostawać około 700 mln zł więcej niż obecnie. A to spowoduje, że ich emerytury będą wyższe.

         Z wyliczeń Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych wynika, że docelowo obniżenie opłat  przełoży się to na wzrost emerytury przeciętnie o 2,8 zł. Równocześnie Izba sygnalizuje, że lepiej skoncentrować się na zwiększeniu możliwości inwestycyjnych OFE, bo wzrost o pół procenta średniorocznej stopy zwrotu z inwestycji OFE może w porównywalnych warunkach zwiększyć emeryturę o ok. 70 zł. Zarządzający OFE deklarują, że w razie uchwalenia tej ustawy przez Sejm zaskarżą ją m.in. do Trybunału Konstytucyjnego i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Argumentują, że rząd nie powinien tak drastycznie zmieniać reguł funkcjonowania prywatnych podmiotów, które zaangażowały się w tworzenie OFE.

Co dziesiąta złotówka do PTE

         Od 10 lat funkcjonowania OFE, tj. od 1999 roku do stycznia 2009 roku do funduszy emerytalnych ZUS przekazał 119,9 mld zł. Do OFE za pośrednictwem zakładu trafia 7,3 proc. tzw. podstawy wymiaru składek. Dla pracowników jest to najczęściej pensja brutto, a dla osób prowadzących firmy 60 proc. średniej płacy. Pozostała część składki emerytalnej (12,22 proc. podstawy) pozostaje w ZUS.

         Jak wynika z naszego zestawienia, z kwoty przekazanej do OFE, PTE pobrały tytułem prowizji od składki oraz opłaty za zarządzanie 10,6 mld zł. Stanowi to 8,9 proc. wszystkich środków jakie trafiły na konta przyszłych emerytów oszczędzających w II filarze. Co ciekawe procentowo kwota ta nie ulega niemal żadnej zmianie od początku funkcjonowania funduszy. Mimo, że powinna maleć bo większość PTE obniżało prowizje od składki po pewnym czasie przynależności do nich klientów. Na przykład największy na rynku OFE Commercial Union obniżał prowizję po dwóch latach członkowstwa z 10 proc. do 4 proc.

         Przychody PTE nie maleją bo ich spadek z tytułu obniżki prowizji jest rekompensowany wzrostem opłaty od aktywów, którymi zarządzają. Ponieważ jest ona pobierana procentowo od zarządzanych środków, a te rosną, wzrastają też przychody z tego tytułu.

Koszty coraz mniej ważą

         Warto też zwrócić uwagę, że przychody PTE pozostają na takim samym poziomie niezależnie od tego jak radzą sobie one z pomnażaniem pieniędzy przyszłych emerytów. Jest to szczególnie istotne, dla ich klientów, w okresie kiedy OFE notują straty. W 2008 roku, biorąc pod uwagę przelewy z ZUS i wartość aktywów na koniec 2007 roku, wartość środków na kontach przyszłych emerytów zmalała o około 22 mld zł. W tym czasie PTE tytułem swojego wynagrodzenia pobrały rekordową kwotę ponad 1,8 mld zł

         - Od tej kwoty trzeba odjąć koszty ZUS, KNF i rzecznika ubezpieczonych, które mylnie przypisuje się jako zysk PTE – mówi Grzegorz Chłopek, wiceprezes zarządu ING PTE.

         Zwraca też uwagę, że jeśli liczyć koszty zarządzania w relacji do aktywów, to ich znaczenie wciąż maleje. Na przykład w 2004 r. opłaty od składek stanowiły 1,33 proc. aktywów, a za zarządzanie 0,54 proc., czyli łącznie 1,87 proc. Równocześnie wspomniane koszty to 0,20 proc. aktywów. Gdyby nie one, łączny koszt zarządzania wynosiłby 1,67 proc.

         - Za 2008 r. wskaźnik ten wynosił już 1,20 proc. – mówi Grzegorz Chłopek.    

         Wylicza, że opłaty od składek za ubiegły rok to 0,9 proc. aktywów, za zarządzanie 0,43 proc., czyli łącznie 1,33 proc. Jeśli nie uwzględniać kosztów ZUS, KNF i RZU, (0,13 proc.), dałoby to właśnie 1,2 proc.

         - W perspektywie kilku lat opłaty te zejdą efektywnie poniżej 0,5 proc. Dla porównania na świecie tylko fundusze typu ETF, zarządzanie pasywnie i bez żadnej gwarancji są tańsze, bo koszty wynoszą 0,3 proc. rocznie. Od nich nie oczekuje się jednak żadnej konkurencji stopami zwrotu, a tylko wiernego odwzorowania stopy zwrotu określonego indeksu – mówi Grzegorz Chłopek.     

Czas na zmiany

            Rząd, mimo tej argumentacji, chce zredukować opłaty od składek i wprowadzić limit opłat za zarządzanie. Zamiast obecnie pobieranej przeciętnie opłaty w wysokości 6,23 proc. ma być jeden limit wynoszący 3,5 proc. Takie zmniejszenie opłat było już przygotowywane, ale dopiero od 2014 r. W efekcie przychody funduszy mają spaść w latach 2010-2014 o 2,6-2,9 mld zł, w porównaniu do sytuacji w której limity byłyby stopniowo obniżane.

            Warto jednak zauważyć, że z roku na rok zyski netto PTE rosną. W 2007 r. zarobiły niecałe 700 mln zł, a po III kwartałach 2008 r. już niemal 620 mln zł, co oznacza, że na koniec 2008 r. na pewno pobiły kolejny rekord.

            - W dobie kryzysu i złej sytuacji na rynku kapitałowym musimy dbać o konta przyszłych emerytów. A im niższe są opłaty pobierane przez PTE tym więcej zostaje a ich kontach – podkreśla Marek Bucior.

            Także Paweł Pelc, były wiceprezes Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi jest zdania, że PTE kosztują zbyt wiele.

            - OFE praktycznie nie konkurują ze sobą pobieranymi opłatami i dlatego rząd chce je administracyjnie zmusić do obniżenia kosztów – mówi Paweł Pelc. ]

            Wskazuje, że jedyną istotną wadą rządowego projektu jest brak zachowania praw nabytych członków tych OFE, które pobierają opłaty za zarządzanie na niższym poziomie niż wynikające z projektu.

            - Mam nadzieję, że tę wadę uda się poprawić na dalszym etapie procesu legislacyjnego – mówi Paweł Pelc.

Podzielone fundusze

            Zmniejszanie opłat od składek nie podoba się wszystkim funduszom, ale już w kwestii wprowadzenia limitu opłat zdania są podzielone.

            - Niewątpliwie można się zastanawiać nad wprowadzeniem limitu opłaty za zarządzanie funduszem emerytalnym – mówi Adam Gola, prezes zarządu Pocztylion-Arka PTE.

            Jego funduszu wprowadzenia limitów nie odczuje, bo ma 2,76 mld zł aktywów, a rząd chce prowadzenia limitu po osiągnięciu przez fundusz 20 mld zł aktywów. Póki co dotyczy to więc tylko OFE Commercial Union i ING. 

            - Jeśli zostanie przyjęty zapis o kwotowym ograniczeniu miesięcznej opłaty za zarządzanie funduszem do 8,4 mln zł, największe OFE nie będą miały finansowej motywacji do pozyskiwania nowych klientów – mówi Michał Szymański, prezes towarzystwa emerytalnego Commercial Union.

            Każdy nowoprzyjęty klient będzie bowiem generował ryzyko dopłat w razie nie osiągnięcia przez fundusz minimalnej stopy zwrotu.

            - Dla każdego funduszu, którego aktywa przekroczą 20 mld zł, ważniejsza będzie kontrola ryzyka, niż konkurencja stopami zwrotu – mówi Grzegorz Chłopek.

            Michał Szymański, dodaje, że jeśli OFE nie będą aktywnie wychodzić do klientów, zdecydowana ich większość pozostanie pasywna i zostanie losowo przydzielona do średnich i mniejszych – a zarazem droższych – funduszy, gdyż największe fundusze są z mocy prawa wyłączone z losowania.

Dekoncentracja rynku

            Z symulacji przygotowanych przez Commercial Union, wynika, że wprowadzenie takiego systemu zmniejszy znaczenie dużych funduszy. Na przykład obecnie CU i ING mają odpowiednio 20,7 proc. i 20,2 proc. udziału w rynku pod względem liczby członków. Przy założeniu utrzymania losowania tylko do mniejszych funduszy i braku akwizycji, wskaźniki te mają spaść w 2030 r. do 9,6 i 9,5 proc. Ma wzrosnąć za to znaczenie mniejszych funduszy np. Pekao, Polsat czy Warta, które mają obecnie 2,3-2,4 proc. udziału w rynku. Ich udział ma wzrosnąć do 5,8-6 proc.

            - Będzie to efekt działania swoistego rynku maszyny losującej, prowadzący do wyrównania udziałów OFE bez względu na ich efektywność i atrakcyjność oferty – mówi Michał Szymański.

            Właśnie takie efekty chce osiągnąć rząd, ograniczając zjawisko koncentracji na naszym rynku. Obecnie ponad 55 proc. klientów OFE należy do trzech największych funduszy. Gdyby nie mechanizm losowania konsolidacja rynku by postępowała. W styczniu tego roku trzy największe OFE pozyskały 69,5 proc. klientów (105,8 tys.), jeśli nie uwzględniać 62,9 tys. osób rozlosowanych. Dla wszystkich nowych członków OFE, wskaźnik ten spada do 49 proc.

16 lutego 2009

"To ja otrzymuję z OFE 23,65 zł"

Poniżej wywiad jaki przeprowadziłem z jedną z pierwszych osób (panią Anną), kóre otrzymały nową emeryturę kapitałową - z ZUS i OFE.

6 lutego ZUS wypłacił pierwsze emerytury kapitałowe, pochodzące zarówno z I jak i II filara. Jedno z tych świadczeń wyniosło 917,8 zł, z czego z OFE pochodziło 23,65 zł.

·                    Jest pani w grupie kilkunastu osób w Polsce, które jako pierwsze otrzymały nową emeryturę. Jest ona stosunkowo niska, a z OFE pochodzi zaledwie niespełna 24 zł. Czy nie żałuje Pani , że przystąpiła do funduszu emerytalnego?

- Nie. Moja decyzja o przystąpieniu do OFE w 1999 roku była świadoma. Sama zresztą jako przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej zapisywałam do OFE inne osoby. Chciałam tym samym wesprzeć rozwiązanie, które likwidowało monopol ZUS. Uznałam, że to dobrze, iż odpowiedzialność za ubezpieczenia emerytalne, przynajmniej w części, zostanie podzielona i wreszcie, nawet jeśli miałabym otrzymać z OFE 1 zł nie tylko ZUS odpowiadać będzie za wypłatę świadczeń.

·                    A czy brała pani pod uwagę możliwość dziedziczenia pieniędzy z OFE przez bliskich, w razie pani śmierci przed ukończeniem wieku emerytalnego?

-  Tak. To miało bardzo duże znaczenie. Sama świadomość, że po mojej ewentualnej śmierci oszczędzane przeze mnie pieniądze trafią do bliskich, a nie przepadną - jak to się dzieje w ZUS.

·                    Czy żałowała pani w ciągu ostatnich 10 lat, że przystąpiła pani do OFE?
- Nie. Choć zdaję sobie sprawę, że reforma emerytalna z 1999 roku będzie tak naprawdę zdobyczą dla pokolenia, które rozpoczęło pracę krótko przed nią lub dopiero w 1999 roku. Niezwykle ważne jest jednak to, że o wysokości nowej emerytury nie będą decydować arbitralne decyzje, np. o tym czy wybierać 10 czy 20 lat do ustalenia wysokości świadczenia. O wysokości emerytury będzie decydować wyłącznie kwota zebrana na indywidualnym koncie w ZUS i OFE. Ta suma zostanie podzielona przez przewidywany, statystyczny okres przeżycia. Innymi słowy system odda to co się do niego wpłaciło.

·                    Dlaczego pani emerytura jest tak niska?

- Wynika to ze stosunkowo małego stażu pracy, który wyniósł do momentu przejścia na emeryturę nieco ponad 20 lat. Ponadto tylko przez osiem ostatnich lat - z ostatnich 10 lat - odprowadzałam składki do ZUS i OFE. Co więcej, pochodziły ona albo z działalności gospodarczej, gdzie jak wiadomo składki nie są zbyt wysokie bo są naliczane od 60 proc. średniej płacy albo z umów o pracę, które oscylowały wokół minimalnej płacy. Niestety ze względu na sytuację na rynku pracy i ogólną sytuacje w gospodarce prowadzenie firmy i opłacanie składek do ZUS okazało się niezmiernie trudne. Po zakończeniu prowadzenia firmy trudno też było mi, jako osobie zbliżającej się do emerytury, znaleźć pracę.

·                    Jaka jest więc kwota składek od 1999 roku, które wpłaciła pani do ZUS?

- Na decyzji z ZUS widnieje kwota 10 750 zł. Są to składki z uwzględnieniem ich waloryzacji.

·                    To bardzo niewiele, bo oznacza, że wpłaciła pani w ciągu 10 lat do ZUS składki od kwoty około 50 tys. zł. tj. od podstawy wynoszącej około 800 zł miesięcznie.

- Jak wspomniałam, około dwa lata po 1999 roku nie pracowałam. Ponadto prowadziłam w tym czasie firmę, a umowa zlecenia na podstawie której pracowałam opiewała na przykład na kwotę 4,5 zł na godzinę. Starałam się szukać lepszej pracy m.in. w urzędzie pracy, ale bez skutku.

·                    A co działo się przed 1999 rokiem?

- Od 1991 roku starałam się wziąć sprawy we własne ręce i prowadziłam działalność gospodarczą. Niestety z różnym skutkiem. Powodowało to także trudności w opłacaniu składek do ZUS. W efekcie za lata 1991-1995 składek do ZUS nie opłaciłam, a ZUS umorzył mi zadłużenie. W latach 1996-1998 składki ostatecznie zapłaciłam prawie wszystkie.

·                    A ile lat pracowała pani przed 1991 rokiem.

- ZUS wyliczył mi 18 lat okresów składkowych i 3 lata okresów nieskładkowych.

·                    A jaka była kwota kapitału początkowego, który ustalił pani ZUS?

-  Na 1 stycznia 1999 r. jest to kwota 92 384,27 zł, co stanowi po waloryzacji ponad 208 tys. zł. na dzień 31 grudnia 2008 r.

·                    Czyli w sumie opłacała pani, do momentu przejścia na emeryturę, składki do ZUS przez niespełna 25 lat?

- Tak. Niestety były też one opłacane od niskich kwot.

·                    Kiedy złożyła pani do ZUS wniosek o emeryturę?

- Już w listopadzie 2008 roku. Urodziłam się 4 stycznia 1949 roku więc w styczniu skończyłam 60 lat.

·                    A kiedy otrzymała pani decyzję z ZUS?

- 3-go lutego tego roku. Mówiła o tzw. zaliczce na poczet przysługującej emerytury. To dlatego, że ZUS wyjaśnia jeszcze nieprawidłowości na moim koncie, których powodem jest najprawdopodobniej nieopłacanie składek do ZUS przez mojego byłego pracodawcę.

·                    W momencie składania wniosku nie widziała pani, że od 5 lutego wejdą w życie przepisy, dające pani prawo do wypisania się z OFE i skorzystania z tzw. emerytury mieszanej?

- Tak. Nie wiem jaką podjęłabym decyzję, ale wydaje mi się, że osoby w podobnej do mnie sytuacji powinny otrzymać z ZUS, zanim podejmą ostateczną decyzję, informację ile wyniosłaby ich emerytura z ZUS i OFE, a ile emerytura mieszana z ZUS. Wtedy będą mogą podjąć świadomą decyzję. Ja nie miałam, ani możliwości wyboru, ani możliwości porównania. Chciałabym, żeby 60-letnie kobiety, które składają wnioski do ZUS i które zyskały możliwość wypisania się z OFE miały możliwość porównania wysokości świadczeń.

·                    Czy czuje się pani rozczarowana nowym systemem emerytalnym?

- Nie. Mam raczej żal, że po 1990 roku, mimo mojej ogromnej aktywności i chęci pracy, tak trudno było rozwijać firmę czy znaleźć pracę. Na transformacji, w sensie ekonomicznym, skorzystała uwłaszczona, komunistyczna nomenklatura. Zwykły człowiek zachłyśnięty wolnością, wyposażony w kapitał wykształcenia i zdolności nie miał szans w zderzeniu z kapitałem tej grupy. Można więc w wielkim skrócie określić, że jestem w jakimś sensie ofiarą transformacji.

19 stycznia 2009

Reforma systemu emerytalnego jest zagrożona

Oto tekst jaki opublikowałem w GP na 10-lecie reformy emerytalnej. Zapraszam do dyskusji.

Mimo, że od 10 lat działają już OFE, ZUS prowadzi indywidualne konta ubezpieczonych, a od stycznia obowiązują emerytury pomostowe, rozpoczętej 10 lat temu reformie emerytalnej wciąż daleko do mety.

           

Nierozstrzygniętych jest wiele kwestii – np. sprawa KRUS, systemu służb mundurowych, sposobu przyznawania rent czy klęska tzw. III filara. Na horyzoncie gromadzą się też kolejne czarne chmury – np. specjalne emerytury dla nauczycieli, które spowodują lawinę kolejnych roszczeń. 1 stycznia, dokładnie w 10 rocznicę wdrożenia nowego systemu emerytalnego, weszła w końcu w życie ustawa o emeryturach pomostowych. Udało się też, mniej lub bardziej szczęśliwie, rozstrzygnąć jak będą wypłacane emerytury za środki gromadzone w II filarze. Działają OFE, ZUS informuje ubezpieczonych o stanie ich kont emerytalnych, policzył też większości ubezpieczonych kapitał początkowy.

Koniec historii

Ktoś może powiedzieć, za Francisem Fukuyamą, że to już koniec naszej reformatorskiej historii, a przed nami tylko drobiazgi. Niestety, w moim odczuciu, reformie -  mimo że minęła już dekada - wciąż daleko do dokończenia. Co gorsza może się okazać, że w pewnym momencie rządzący zdecydują o odwrocie i wrócimy do punktu wyjścia, tj. systemu zupełnie nieodpornego ani na zmiany demograficzne ani na arbitralne decyzje polityków.

Rzeczy, które należy jeszcze zrobić, można zaliczyć do trzech równie ważnych kategorii.

Najliczniejsza i zarazem najpilniejsza do przeprowadzenia jest ta, która zawiera zmiany o naturze systemowym. Te, które zostały zaniedbane, a bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie - materializującego się właśnie w tym roku w postaci wypłat pierwszych świadczeń - nowego systemu.

Nie mniej ważne, a z kolei trudniejsze, jest ujednolicenie i uporządkowanie systemu. To tu rozegra się batalia o KRUS, emerytury mundurowe, górnicze czy wiek wydłuzenie wieku emerytalnego kobiet.

Wciąż istnieje też konieczność edukacji. Bez wiary, weberowskiej legitymizacji systemu, przez samych ubezpieczonych wcześniej czy później ulegnie od rozpadowi. I to nie dlatego, że jest zły. Stanie się tak bo gromadzone w OFE coraz większe pieniądze staną się w którymś momencie dla polityków pokusą nie do odparcia. Wydadzą je więc według przez siebie ustalonych reguł. Jeśli ludzie uwierzą, że system zapewnia im bezpieczeństwo na starość (teraz w to nie wierzą) do tego nie dopuszczą.

Pilne zmiany

To co wymaga zmian od razu:

·                    zmiana sposobu ustalania wysokości rent z tytułu niezdolności do pracy – obecna sytuacja może doprowadzić do tego, że renta będzie wyższa od emerytury.

·                    niedopuszczenie do uchwalenia specjalnych, trwających do prawie 2030 roku  specjalnych wcześniejszych emerytur dla nauczycieli. To rozwiązanie będzie kosztowne i niesprawiedliwe bo specjalne świadczenia mają być adresowane wyłącznie do osób pracujących w szczególnie trudnych warunkach lub wykonujących prace o specjalnym charakterze, a nie do całych grup zawodowych. Uruchomi też falę roszczeń, klejonych grup zawodowych.

·                    wprowadzenie realnych mechanizmów konkurencji miedzy OFE i umożliwienie im bardziej elastycznego inwestowania środków przyszłych emerytów. Fundusze nie konkurują w praktyce wysokościami opłat pobieranymi od klientów, stosują też zbliżoną politykę inwestycyjną, a ich klienci nie mogą różnicować portfela swoich oszczędności w zależności od tego w jakim są wieku.

·                    wprowadzenie realnych zachęt do powrotu na rynek pracy „młodych” emerytów – obecnie wypłata świadczeń tym osobom kosztuje około 20 mld zł rocznie, a rządowy program 50+  nie jest praktycznie adresowany do tych osób.

·                    poprawa kondycji tzw. III filaru ubezpieczeń. Na indywidualnych kontach emerytalnych oszczędza niespełna 900 tys. osób, a zgromadzili na nich zaledwie 1,8 mld zł. Jeszcze gorzej jest z Pracowniczymi Programami Emerytalnymi, których działa nieco ponad 1000. Konieczne jest wprowadzenie realnych (podatkowych czy kosztowych) zachęt do tego, aby zwłaszcza osoby średniozamożne i gorzej sytuowane zaczęły dodatkowo oszczędzać na emeryturę. To one właśnie mogą być najbardziej narażone na bardzo niskie, będące na poziomie minimum socjalnego, świadczenia emerytalne.

Roszczenia i deficyt

            System emerytalny powinien też być w miarę możliwości ujednolicony i uporządkowany. Po to, aby odstępstwa nie powodowały marnotrawstwa i nie były powodem do roszczeń o przyznawanie kolejnych przywilejów.

            Bez takich porządków nie zostanie też zlikwidowane istniejące zagrożenie dla finansów państwa. Już obecnie do systemów emerytalnych budżet dopłaca rocznie ponad 50 mld zł (33 mld zł do ZUS, prawie 16,5 mld zł do KRUS i 3,5 mld zł do systemu tzw. służb mundurowych). 5-lenti deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w latach 2009-2013 w najlepszym scenariuszu wyniesie co najmniej 216 mld zł. W najgorszym - 333,6 mld.

            Najważniejsze zmiany strukturalne to:

·                    zmiana systemu służb mundurowych - obecna sytuacja powoduje, że ze służb mundurowych, borykających się z kadrowymi problemami, odchodzą młodzi ludzie. Na przykład co trzeci wojskowy odchodzący na emeryturę w 2007 roku nie miał 40 lat. To marnotrawstwo zarówno zasobów kadrowych jak i poniesionych przez budżet inwestycji z tytułu wyszkolenia i utrzymywania tych osób.

·                     odważna i głęboka reforma systemu ubezpieczeń społecznych rolników – obecna sytuacja jest absurdalna i głęboko niesprawiedliwa bo podatnicy, niezależnie od wysokości swojego dochodu dopłacają (w 2009 roku 16,5 mld zł) do świadczeń wszystkich, zarówno bardzo bogatych jak i bardzo biednych rolników ubezpieczonych w KRUS. Kłóci się to także z zasadą pomocniczości państwa, która ma pomagać tym, którzy sami nie mogą sobie poradzić.

·                    włączenie odrębnego systemu emerytalnego górników do systemu powszechnego – jego istnienie jest i będzie powodem tego, że inne grupy zawodowe także domagały się szczególnego traktowania.

·                    wydłużenie wieku emerytalnego kobiet  - nie ma żadnych racjonalnych czy medycznych przesłanek, aby kobiety odchodziły wcześniej na emeryturę. W większości krajów OECD wiek obu płci jest równy.

·                    ograniczenie przywilejów emerytalnych, które gwarantuje ustawa o emeryturach pomostowych – liczba osób, która ma z nich skorzystać (250 tys.) jest po części efektem targu politycznego niż rzeczywistych wskazań medycznych.

Odwrót od reformy

Brak działań w tych dwóch obszarach oraz brak edukacji publicznej uświadamiającej ubezpieczonym, że chodzi rzeczywiście o ich pieniądze i przyszłość, może doprowadzić do odwrotu od obecnego, nowoczesnego systemu.

To zagrożenie oceniam jako bardzo realne. Głównie ze względu na poczucie obcości systemu w świadomości społecznej. Ludzie wciąż traktują go jako ciało obce, a istniejące odstępstwa od systemu powszechnego jako powód nie tylko do jego odrzucania, ale także frustracji. Myślą racjonalnie, że skoro innym udało się cos wywalczyć to jeśli oni nie mają żadnych przywilejów to może są frajerami. To właśnie dlatego trzeba likwidować przywileje. Co więcej w efekcie może się w pewnym momencie okazać, że politycy dokonają tzw. skoku na kasę i nie będzie miał kto tych pieniędzy przed nimi obronić. A kilkaset miliardów złotych w dowolnej dyspozycji polityków to bomba z opóźnionym zapłonem.

03 grudnia 2008

Rekordowe zatrudnienie, ale widać już czarne chmury

Według najnowszych danych GUS w Polsce pracuje obecnie 16 mln osób. To rekord od czasów transformacji. Na rynku pracy widać już jednak pierwsze oznaki spowolnienia.

 

Dane opublikowane przez GUS, który od 1992 roku prowadzi Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), wskazują, że w Polsce pracuje obecnie (dane za III  kwartał 2008 roku) 15,99 mln osób. To najlepszy wynik w historii. Do tej pory najwięcej osób pracowało w II kwartale tego roku (15,69 mln) oraz w sierpniu 1998 roku (15,61). Później liczba pracujących malała, aby w I kwartale 2004 roku osiągnąć historyczne minimum - 13,47 mln osób. Od tamtego czasu w Polsce powstało więc 2,52 mln nowych miejsc pracy.

 

Tak dobre dane z rynku pracy przyczyniają się także do obniżenia wskaźnika bezrobocia. Od początku 2004 roku zmalał z 20,7 proc. do  proc. 6,6 proc. Obecnie jego poziom jest najniższy w historii badań. Podobnie jest z liczbą osób bezrobotnych. Na początku 2004 roku było ich 3,5 mln. Na koniec III kwartału tego roku ich liczba zmalała do 1,1 mln. Tak dynamiczna poprawa sytuacji na rynku pracy jest zjawiskiem bezprecedensowym na świecie.

 

Coraz lepsza sytuacja na rynku pracy powoduje też wzrost tzw. wskaźnika zatrudnienia. A on lepiej obrazuje sytuację na rynku pracy niż wskaźnik bezrobocia. Poziom bezrobocia zależy często od definicji ustawowej bo może ona tak określać bezrobotnego, że mimo iż osoba taka jest faktycznie bez pracy nie jest zaliczana do bezrobotnych. Wskaźnik zatrudnienia obiektywnie wskazuje natomiast ile spośród osób zdolnych do pracy rzeczywiście pracuje. Wskaźnik ten dla osób w wieku 15-64 lata, który ma zgodnie z tzw. Strategią Lizbońską wynieść w krajach UE w 2010 roku 70 proc., w III kwartale tego roku wynosił w Polsce 60 proc. To także najlepszy wynik w historii, który oznacza, że 6 na 10 osób zdolnych do pracy pracuje. Wciąż pozostaje on jednak na niskim poziomie. Dla porównania w 27 krajów UE wynosi on (dane 2007 rok) ponad 65,4 proc. A na przykład w Holandii czy Danii przekracza 75 proc.

 

Eksperci wskazują, że optymistyczne dane GUS za III kwartał tego roku, które odzwierciedlają trwająca nieustannie od kilku lat poprawę sytuacji na rynku pracy, mogą być ogłaszane po raz ostatni. Ze względu na spowolnienie gospodarcze i grożącą krajom UE oraz Polsce dekoniunkturę sytuacja na rynku pracy może się pogorszyć. Można to też już wyczytać z najnowszych danych GUS. O ponad 60 proc. (w porównaniu z II kwartałem tego roku) wzrosła liczba firm deklarujących chęć zwolnienia pracowników. Jeszcze gorzej jest jeśli porówna się te dane z III kwartałem 2007 roku. Liczba firm deklarujących zwolnienia jest o prawie 80 proc wyższa.

 

Firmy nie przekształcają już też tak chętnie jak dotychczas umów na czas określony w bezterminowe kontrakty. Przybywa wręcz osób pracujących na podstawie umów na czas określony. W II kwartale zatrudnionych w ten sposób było 27 proc. pracowników, w III ich liczba zwiększyła się do 27,5 proc. Na 12,3 mln pracowników 3,39 mln wykonuje pracę na podstawie umów na czas określony.

---