
Likwidacja ulgi na dzieci w PIT, o której przebąkuje rząd równoczesnie podnosząc podatki, to nie tylko realizacja zgubnej polityki antyrodzinnej, która zmniejszy i tak makabrycznie niską już dzietność. To także polityka zniechęcania do legalnej pracy, podwyższania podatków, obniżania płac netto i wpędzania ludzi w konieczność korzystania ze świadczeń socjalnych
Taka decyzja przyniesie opłakane skutki nie tylko w sferze polityki rodzinnej, o której wszyscy politycy tak gorąco mówią, a w sprawie której tak niewiele robią, ale także na gruncie twardych makroekonomicznych danych:
· obniży się wskaźnik aktywności zawodowej, który w Polsce jest niski – likwidacja odliczeń spowoduje, że wzrosną podatki i koszty pracy, zmaleje płaca netto. Efekt: osoby pracujące lub poszukujące pracy będą mieć mniejszą motywację do jej podejmowania. Niższe dochody na rękę oznaczają dla nich niższe wpływy do domowego budżetu, a ich kalkulacja decyduje o podjęciu pracy. Jeśli nie ma szans na uzyskanie odpowiedniego dochodu, aby utrzymać rodzinę lub różnica miedzy zarobkami, a kosztami koniecznymi do poniesienia z tytułu „wyjścia z domu” (niańka, korepetycje, czesne za przedszkole) jest zbyt mała maleje motywacja do pracy,
· wzrosną wydatki na pomoc socjalną – mniejszy dochód netto pozwoli na zejście poniżej kryterium dochodowego koniecznego do ubiegania się o świadczenia socjalne. Teraz, aby otrzymać zasiłek i dodatki na dzieci dochód na członka rodziny nie może przekroczyć 504 zł netto. Dzięki uldze jest wyższy, a tym samym mniej osób korzysta ze świadczeń, a więcej żyje z pracy. Ulga rodzinna jest więc nie tylko wskazana z powodu mniejszych wydatków na świadczenia socjalne, ale także z punktu widzenia swojej aktywizującej formuły – odliczysz, ale dopiero jak zapracujesz,
· zwiększy się szara strefa – zarówno z powodu mniejszej motywacji do pracy jak i wzrostu liczby osób korzystających ze świadczeń socjalnych więcej osób będzie pracować nielegalnie. Osoba zostająca w domu ze względu na obawę przekroczenia dochodu pozbawiającego prawa do świadczeń będzie podejmować pracę w szarej strefie, a nie legalną,
· firmy będą tracić konkurencyjność – obniżka płac netto zwiększy presję płacową. Osoba która starci straci nagle część dochodu będzie domagać się podwyżki. A te powodują mniejszą konkurencyjność pracodawców, bo rosną ich koszty,
· zwiększy się bieda rodzin, które są w Polsce i tak na nią najbardziej narażone – z danych GUS wynika, że na przykład co piąta rodzina wychowująca więcej niż troje potomstwa żyje w skrajnej nędzy – nie uzyskuje dochodów koniecznych do biologicznego przetrwania. Odebranie rodzinom ulgi w PIT obniży ich dochody - zwiększy więc ich biedą. I nie można tu ulec argumentacji, ze biedne rodziny i tak z ulgi nie korzystają. Robią to nawet najgorzej zarabiający. Dwie osoby z pensją 1400 zł (minimalna płaca w 2011 roku) odprowadzają rocznie do fiskusa prawie 1400 zł z tytułu PIT. Jeśli wychowują jedno dziecko odliczają całą ulgę (1112,04 zł), jeśli dwoje – nie płacą PIT zwiększając dochód netto.
Nie ma też żadnych argumentów z zakresu polityki społecznej, budżetowych, etycznych czy wręcz prawnych, aby likwidować tę ulgę.
Po pierwsze będzie to bardzo negatywny sygnał dla rodziców lub osób zastanawiających się nad decyzją o posiadaniu potomstwa, że państwo prowadzi antyrodzinną politykę. A to zakrawa o szaleństwo. W danych prezentowanych na Word Factbook wynika, że na 223 kraje Polska zajmuje 209 miejsce pod względem wskaźnika urodzeń. Przed nami są nawet Chiny, które prowadzą od lat politykę jednego dziecka. Trudno jest oczywiście udowodnić, że ulga powoduje wzrost dzietności (podobnie zresztą jak trudno zweryfikować tezę o tym, że w ogóle na nią nie wpływa), ale biorąc pod uwagę literaturę przedmiotu, w której mówi się o tym, że polityka rodzinna to cały szereg różnych działań, które mają za zadanie likwidowanie barier wstrzymujących decyzje o posiadaniu potomstwa to ulga wpisuje się jako jedno z nich. Jeśli ją zlikwidujemy wrócimy też do sytuacji gdy Polska jako jedyny kraj w OECD nie widziała w systemie podatkowym dzieci. Można oczywiście posądzać wszystkie kraje rozwinięte o zbiorowe szaleństwo, ale lepiej jest, gdy wszyscy coś robią, podejść do tego z refleksją.
Po drugie rządzący i tak roztrwonią pieniądze, które ewentualnie zaoszczędzi na uldze. Nie wierzę, aby przeznaczyli je np. na obniżanie deficytu, równoważenie budżetu czy obniżkę jakiś innych podatków. Pieniądze zostaną wydane, a licznik długu publicznego i tak nie zwolni. Wolę, żeby zostały w kieszeni rodziców.
Po trzecie system podatkowy, który nie uwzględnia ciężarów alimentacyjnych jakie mają rodzice narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa oraz zasadę ochrony małżeństwa i rodziny. System taki musi jest też niegodziwy, bo często prowadzi do opodatkowania dochodu koniecznego do godnego przeżycia dzieci podatnika.
Można oczywiście wyobrażać sobie modyfikację ulgi. Na przykład, aby rodziny posiadające więcej dzieci mogłyby odliczać więcej. Badania udowadniają, że może to mieć wpływ na zwiększenie dzietności. Nie wolno jednak robić zamachu na niemal jedyną, realną pomoc rodzicom. Tym bardziej, że na politykę rodzinną wydajemy makabrycznie mało. Z danych resortu pracy wynika, że łącznie na świadczenia społeczne wydajemy 15,1 proc. PKB. Z tego na politykę rodzinną - która jest wszak inwestycją - zaledwie 0,9 proc. PKB.
Co chwilę ktoś straszy nas biedaemeryturą. Wyniesie zaledwie 25 proc. naszej pensji – głoszą alarmiści. Tak rzeczywiście będzie, ale gdy nie będziemy dłużej pracować. I nie w tym nic dziwnego. Skoro żyjemy coraz dłużej, to nie możemy oczekiwać, że nasza emerytura będzie wysoka jeśli nie będziemy dłużej na nią odkładać. To elementarne prawo nie tylko ekonomii, ale i logiki.
Otto von Bismarck, który ponad 120 lat temu wprowadził w Niemczech pierwszy na świecie system emerytalny, ustalił wiek przejścia na świadczenie na 70 lat. A wtedy średnia długość trwania życia wynosiła 45 lat. Taki system miał więc gwarancję wypłacalności. Nieco, możnaby rzec, specyficzną. Bo mimo, że składki płacili wszyscy, bardzo nieliczni otrzymywali świadczenie. W Polsce ma miejsce sytuacja odwrotna. Żyjemy teraz zdecydowanie dłużej i oczekujemy wysokich emerytur, ale wcale nie chcemy dłużej pracować. Nie chcemy też oczywiście płacić wyższych składek. Nie wiadomo jak to pogodzić. ZUS nie rozmnoży przecież pieniędzy jak Chrystus chleb i ryby nad Jeziorem Galilejskim.
Stopa zastąpienia – to słowo zaczęło robić karierę od 1999 roku. Czyli od momentu wprowadzenia reformy emerytalnej. Określa stosunek wysokości pierwszej emerytury do ostatniej pensji jaką zarabia odchodząca na nią osoba. Do publicznej wiadomości, ale także powtarzają to komentatorzy i eksperci, przedostała się informacja o makabrycznie niskiej wysokości tej stopy w nowym systemie. Obecnie wynosi ona – dane ZUS za II kwartał tego roku - 63,4 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Ma zmaleć do 30-40 proc. Sęk w tym, że jest wciąż obliczana i szacowana dla wieku emerytalnego wynoszącego 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. A wtedy rzeczywiście będzie niska.
Jak czytamy w opublikowanym już w 2003 roku raporcie Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych dla kobiety zarabiającej 80 proc. średniej pensji i odchodzącej na emeryturę w wieku 60 lat wyniesie ona 39,3 proc. średniej płacy. W tym samym raporcie jest jednak wiele dający do myślenia inny szacunek. Jeśli taka kobieta będzie pracować do 65 lat jej stopa zastąpienia wzrasta do ponad 52 proc. średniej pensji. Jeśli odchodzi z rynku pracy mając 67 lat – stopa wynosi już 59,7 proc. czyli niemal tyle co obecnie.
Podobne szacunki przeprowadził prof.
Podniesienie wieku emerytalnego nie jest robieniem komuś na złość – jak starają się to przedstawić jego przeciwnicy czy związki zawodowe. Jest tak naprawdę zwykłą koniecznością wynikającą z tego, że żyjemy coraz dłużej. I nie można tu mylić dwóch pojęć: średniej dalszej trwania życia dla noworodka i osoby starszej. To dwie różne rzeczy. Na przykład rodzący się mężczyzna ma przed sobą 71,5 lat życia. Ale nie wnika z tego, że 65-latek zaledwie 6 lat. Z danych GUS wynika, że prawie 15 lat. Bo jeśli dożył już tego wieku to znaczy, że przeżył część swoich rówieśników i będzie żył dłużej niż wynika to prostej operacji odjęcia od szacowanej długości życie noworodka wieku, w którym odchodzi na emeryturę. Zapominają o tym w debacie publicznej nie tylko publicyści, ale także politycy, którzy się na ten temat wypowiadają. A to kluczowa sprawa. Nie można bowiem oczekiwać wysokiej emerytury za krótki okres opłacania składek. Na przykład 55-letnia kobieta żyje jeszcze średnio ponad 27 lat. A jeśli zaczęła pracę w wieku 25 lat to na świadczenie odkłada niewiele dłużej – 30 lat. Jak z 20 proc. odkładanej prze ten czas pensji (tyle wynosi składka na emeryturę) wypłacać jej przyzwoite świadczenie? Tego się nie da zrobić.
Jedynym sposobem na podwyższenie emerytur jest dłuższa praca. Chyba, że ktoś pogodzi się z tym, że będzie otrzymywał bardzo niewiele. Roszczenie wysokiego świadczenia przy obecnym wieku emerytalnym jest żądaniem nielogicznym. Chyba, że liczy się na cud.
Stan naszych finansów wyje na alarm. Już w tym roku będziemy zadłużeni na ponad połowę tego co mamy. A koszt obsługi tego długu pochłonie więcej niż wpłacimy do fiskusa z tytułu PIT. Innymi słowy - gdyby nie bezmyślne i beztroskie zadłużenia naszego państwa Polacy nie musieliby płacić podatku dochodowego.
Krzyż, pomnik, wykluczenie posłanki opozycji, stan duchowy premiera i wewnątrz platformerskie rozgrywki o władzę – to tematy, które dominują w naszej debacie publicznej i w mediach. Prawdziwe problemy są gdzie indziej. Rząd przedstawił właśnie projekt budżetu państwa na przyszły rok. Są w nim zawarte dwie niezwykle niepokojące dane. Pierwsza - nasz dług publiczny w tym roku przekroczy połowę tego co posiadamy. Wyniesie ponad 53 proc. Produktu Krajowego Brutto i to mimo zapowiedzianego podnoszenia VAT. Na tym nie koniec narkotycznego zadłużania naszego państwa. Za trzy lata nasz dług publiczny zbliży się do 1 bln zł. Żyjemy na kredyt, a w spadku naszym dzieciom zamiast sprawnego państwa zostawimy gigantyczne długi. Druga - w przyszłym roku obsługa tego długu pochłonie prawie 39 mld zł. Z PIT wpłynie do budżetu nieco opnad 38 mld zł. Oznacza to, że wszystkie dochody, które budżet otrzyma z naszych podatków osobistych przeznaczy na to, aby spłacać odsetki od zaciągniętych pożyczek.
Ktoś może postawić słuszny wniosek, że skoro tak się zadłużyliśmy to te pożyczone pieniądze usprawniły nasze państwo. Może mamy niezwykle dobrą sieć dróg, albo nasze sądy, dzięki informatyzacji, wydają szybko wyroki? A może nasza armia jest jedną z najlepszych na świecie? Niestety tak nie jest. Trudno znaleźć mi dziedzinę, za którą odpowiada państwo, która działa sprawnie lub wręcz nie chyli się ku upadkowi. Służba zdrowia, sądy, policja, wojsko, infrastruktura, edukacja, szkolnictwo wyższe, publiczna opieka nad dziećmi – wszystko kuleje lub jest niewydolne. A może w takim razie zainwestowaliśmy te pożyczone pieniądze w przyszłego pokolenia - dzieci i politykę rodzinną? Także tu rozczarowanie. Polska, pod względem wskaźnika urodzeń zajmuje 209 miejsce na świecie. Na 223 klasyfikowane kraje. Nawet Chiny, które prowadzą politykę jednego dziecka są przed nami. Nie dość więc, że żyjemy ponad stan to jeszcze te długi zrzucimy na barki nielicznych przyszłych pokoleń.
Trwonimy nasze pieniądze. Bezmyślnie i bezsensownie wydając je na cele, które nie są ani rozwojowe, ani nie poprawiają jakości naszego życia. Ale tutaj sami powinniśmy uderzyć się w piersi. Niech każdy z nas odpowie sobie czy nie zna zdrowego jak koń „rencisty”, który załatwił sobie w ZUS świadczenie. Bierz je i pracuje w najlepsze. Albo młodzi emeryci, którzy otrzymują świadczenia od 55 lat, których praw się broni. Przecież ktoś musi te świadczenia sfinansować bo składki wpłacone przez te osoby nie wystarczą. Oburzamy się, że wokół nas dużo jest 40-letnich emerytów, byłych policjantów czy żołnierzy. Ale gdy tylko usłyszymy, że konieczne jest podniesienie wieku emerytalnego wszyscy gremialnie krzyczymy - nie. Bogaty rolnik w KRUS może i powinien płacić wyższe składki, ale żywi naród i zostawmy go w spokoju – słyszę. Wypłacamy bezsensowne becikowe, ale niech ktoś spróbuje je ruszyć.
Nie ma darmowych lunchy. To proste, ale fundamentalne zdanie Miltona Friedmana powinno służyć nam za drogowskaz. Niech się nam nie wydaje, że jak zyskaliśmy jakiś przywilej czy wyszarpaliśmy kawałek dla siebie to nie przyjdzie nam za to zapłacić. Jeśli ktoś na przykład cieszy się, że oszukał ZUS i dostał rentę to nie powinien się oburzać, że czeka 1000 dni na zabieg w szpitalu. Albo 1000 dni na wyrok sądu w sprawie o zwrot swoich należności. To system naczyń połączonych.
Nie jestem naiwny i wiem, że ludzie będą jak tylko mogą wykorzystywać wszelkie możliwe luki, aby zdobyć przywilej czy korzyść. Tu jest jednak miejsce dla polityków. Po to wszak ich wybieramy. Powinni tak zorganizować państwo, aby maksymalnie ograniczać niesprawiedliwe i bezsensowne wydatki. Często jest to niepopularne, ale konieczne. Inaczej czeka nas chocholi taniec zadłużania, który wcześniej czy później doprowadzi nas do ruiny.
Proponowana przez premiera kwotowa podwyżka emerytur jest nie tylko dowodem na mało wybredny populizm rodem z ZSRR, gdy piętnowano tzw. kułaków. Doprowadzi też do wzrostu szarej strefy, ucieczki na świadczenia i zniechęci do aktywności starsze osoby.
Waloryzacja - gdzie wszyscy emeryci otrzymują taką samą kwotę podwyżki lub gdy podnoszone są tylko niższe świadczenia - jest niesprawiedliwa. Karze osoby, które były pracowitsze i więcej pieniędzy odprowadzały do ZUS. To one mają wyższe emerytury. Ponadprzeciętnie zyskują natomiast ci, którzy często się nie przepracowywali albo nie podnosili kwalifikacji. Pracowali krócej i zarabiali mniej. Taki sposób podnoszenia świadczeń może też prowadzić do fatalnych skutków. Pracownicy mogą unikać legalnej pracy, aby nie podnosić przyszłej emerytury, która już za chwilę nie będzie podwyższana. Będą też zachęcani do tego, aby wcześniej odejść na świadczenie. Jeśli tak zrobią dostaną podwyżkę, gdy będą dłużej pracować – już nie.
Emerytura to nie łaska. Jej wysokość, nawet w starym systemie (poza wyjątkami np. za pracę górniczą czy hutnika) wynika w dużej mierze z wcześniejszej aktywności zawodowej – zależy od uzyskiwanych zarobków, czyli tym samym poniesionych w formie składek do ZUS kosztów, tzw. lat składkowych (głównie praca) i nieskładkowych (np. studia) oraz wysokości tzw. kwoty bazowej. W nowym systemie, do którego już przechodzimy, będzie się już liczył wyłącznie poniesiony wcześniej wkład. Obecny sposób waloryzacji świadczeń - rosną w marcu o inflację z poprzedniego roku oraz co najmniej 20 proc. realnego wzrostu płac – jest z punktu widzenia tej zależności (im więcej pracujesz tym więcej dostajesz) racjonalny. Każdy otrzymuje określony tak samo procent podwyżki i nie ma w tym nic dziwnego, że ten kto pracował dłużej i wpłacił do ZUS więcej pieniędzy kwotowo otrzyma więcej niż ten, kto aktywny był krócej i mniej zarabiał. Gdyby wprowadzić waloryzację kwotową - gdzie osoba otrzymująca np. 1200 zł dostaje np. 200 zł (16,7 proc.), a ten kogo emerytura wynosi 2500 zł np. 100 zł (4 proc.) doprowadziłoby to do poczucia ogromnej niesprawiedliwości wśród świadczeniobiorców. Taka podwyżka nagradzałaby mniej aktywnych.
Biedniak, średniak i kułak. Taki podział rolników obowiązywał w urzędowym języku ZSRR. Najlepszy był biedniak, najgorszy oczywiście wyzyskiwacz-kułak. Podobny sposób rozumowania zdaje się przyświecać rządowi. Jeśli ktoś ma więcej to musi oddać temu co ma mniej. To absurd, zwłaszcza w ustach liberałów, którzy powinni chwalić zapobiegliwość i pracowitość. Łagodniejszą, rodzimą odmianą piętnowania jest tu nas był Janosik – co to bogatym zabierał, aby dać biednym. Może to na nim wzoruje się premier, co nie zmienia faktu, że jest to bardziej populizm niż racjonalna analiza. Waloryzacja kwotowa będzie też prowadzić do spłaszczania świadczeń, a to ogranicza bodźce do aktywności zawodowej. Osoba wiedząc, że emerytura będzie rosnąć o określoną, np. równą dla wszystkich kwotę, może mieć osłabioną motywację do dalszej pracy. Jeśli dajemy wyższą podwyżkę osobie z niższym świadczeniem, to karzemy pracowitszych i zapobiegliwszych. Ponadto państwo wysyła sygnał do pracujących, żeby nie płacili zbyt wysokich składek, czyli unikali legalnej pracy, bo im niższe będzie świadczenie, tym wyższą podwyżka dodaje.
Oczywiście trzeba się zastanowić co zrobić w emeryturami, które wynoszą np. 700 zł. To kwota ocierająca się o paranoję. Emerytura tyle wynosić nie powinna. Choć, wbrew obiegowym opiniom nie jest ich, podobnie jak tych bardzo wysokich, wiele. Z danych ZUS wynika, że emerytury do 800 zł pobiera 5,1 proc. osób, a powyżej 3000 - 7,2 proc. Jednak ich podnoszenie powinno być powiązane z wydłużaniem okresu pracy gwarantującej uzyskanie świadczenia minimalnego. Umowa byłaby prosta – Twoje świadczenie nie będzie głodowe, ale musisz dłużej pracować. Obecnie, aby otrzymać minimalne świadczenie kobieta musi przepracować 20 lat, a mężczyzna 25 (a nawet 5 lat krócej). Trzeba ten limit podnieść o 10-15 lat i wprowadzić emeryturę minimalną o 20-30 proc. wyższą. Powinno się ją tez powiązać z wysokością przeciętnego wynagrodzenia, aby nie traciła na wartości.
„Emerytura z Twoich składek” – brzmiało hasło wprowadzonej w 1999 roku reformy emerytalnej. Przekaz był prosty. Im więcej składek wpłacisz na świadczenie - trzeba więc dłużej pracować, więcej zarabiać, podnosić kwalifikacje - tym będzie ono wyższe. Wprowadzenie waloryzacji kwotowej jest zaprzeczeniem tej zależności. Krzywdzi tych, którzy zapracowali na wyższe emerytury. Za swoje starania dostaną niższą podwyżkę.
Rząd likwiduje Fundusz Rezerwy Demograficznej, który miał zabezpieczać wypłatę emerytur w przyszłości. Choć się do tego nie przyznaje, a nawet udaje, że wspiera go środkami z prywatyzacji.
Rząd tkwi po uszy w hipokryzji. Wpierał nam na przykład, że jesteśmy Zieloną Wyspą. Aż tu nagle podnosi podatki, bo z budżetem niedobrze. Mówi, że nie może oszczędzać mimo, że już nie tylko eksperci, ale też zdrowy rozsądek podpowiada, że skoro nasze zadłużenie rośnie w zastraszającym tempie to znaczy, że wydajemy za dużo. Podobnie jest z Funduszem Rezerwy Demograficznej (FRD). Rząd podjął decyzję, aby trafiało do niego 40 proc. pieniędzy z prywatyzacji. Słuszna idea. Powinniśmy tworzyć rezerwę bo się starzejemy i ZUS może mieć coraz większe problemy z wypłatą świadczeń. Ale zaraz potem przesądza, że pieniądze z FRD trafią na bieżące wypłaty świadczeń. To oznacza jego faktyczną likwidację.
W tym roku na bieżące wypłaty emerytur z FRD do ZUS trafi 7,5 mld zł. W przyszłym, jak dowiedzieliśmy się właśnie z projektu ustawy budżetowej – 4 mld zł. A kiedy w 1998 roku została wprowadzona reforma, jej twórcy zakładali, że FRD powstanie, aby uniknąć kłopotów z finansowaniem emerytur związanych z pogarszającą się sytuacją demograficzną. Pierwotne zakładano, że do Funduszu wpłynie 1 proc. składek na ubezpieczenie emerytalne. Ze względu na trudną sytuację budżetu zmieniono wysokość tej składki. Najpierw zawieszono jej pobór, a w latach 2002-2003 zmniejszono dziesięciokrotnie do 0,1 proc. Natomiast od 2003 roku jest w każdym roku podwyższana o 0,05 proc. I wydawało się, że coś z tego Funduszu będzie. Była tam coraz więcej pieniędzy, był on nieźle zarządzany, a do tego przesądzono, że będzie tam trafiać niemal co druga złotówka z prywatyzacji. Mimo więc, że na koniec 2009 roku, nie było tam jak planowano w 1998 roku 20-30 mld zł, FRD miał szanse stawać się realnym zabezpieczeniem wypłaty emerytur.
Skończyło się porażką. Najpierw rząd zagwarantował sobie pod koniec ubiegłego roku możliwość pożyczania w Funduszu pieniędzy. Bez procentu. Powód? Notoryczne manko w budżecie państwa i kasie FUS, z którego ZUS wypłaca świadczenia. A jeśli jest taka możliwość to który z polityków z niej nie skorzysta. Następnie w tym roku rozporządzeniem dokonał transferu pieniędzy z FRD do ZUS, podobnie będzie w przyszłym. Nie ma się co łudzić. Tak będzie co roku. Nie powstanie żadna rezerwa, choć sytuacja demograficzna nie będzie lepsza. Będzie coraz gorzej. Prawdziwym problem naszego systemu emerytalnego jest to, że jest chronicznie niewypłacalny. Nie jestem naiwny. Wiem, że można planować tworzenie rezerw, ale gdy na bieżąco nie ma z czego wypłacić świadczeń zawsze znajdzie się sposób, aby po nie sięgnąć. Dlatego, bez zmian w systemie, lepiej już ten nasz FRD w ogóle zlikwidować. Aby nie tworzyć iluzji bezpieczeństwa.
Monopol ZUS-bis na wypłatę emerytur z OFE zwiększa ryzyko, że nasze pieniądze zagospodarują – oczywiście na słuszne cele - politycy.
W tym tygodniu może dojść do tzw. konferencji uzgodnieniowej w ramach rządu. Przedmiotem jej obrad ma być przygotowany przez Jolantę Fedak, minister pracy i polityki społecznej projekt zmian w OFE. Proponuje, aby do funduszy trafiało mniej pieniędzy, a wypłatami emerytur z II filaru zajmował się ZUS. Konferencja jest niezbędna bo przeciw tej koncepcji protestuje m.in. Michał Boni, minister w Kancelarii Premiera. Do tego dochodzi jeszcze pomysł na dokończenie reformy zgłoszony przez kierowaną przez Jana Krzysztofa Bieleckiego Radę Gospodarczą przy premierze.
Według niej wypłatami ma się zająć specjalny subfundusz ZUS. To do niego członkowie II filaru przeniosą, po osiągnięciu wieku emerytalnego, zgromadzone pieniądze. I to ZUS ustali wysokość świadczenia, które będzie waloryzowane. Nie powstaną więc konkurujące o nie zakłady emerytalne. Większość pieniędzy przekazana do ZUS-bis ma jednak trafić na rynek, do prywatnych firm, które będą nimi zarządzać.
Rada przewiduje też, że emerytury będą wyliczane według nowych tablic trwania życia. GUS uwzględni jednak, że żyjemy coraz dłużej.
Pierwszy z tych pomysłów może dla nas wszystkich skończyć się fatalnie. Drugi, mimo że obniży emerytury, jest rozwiązaniem gwarantującym większą pewność wypłat. Gruszki będą pochodzić z gruszy, nie z wierzby.
Niższa, ale pewna emerytura
Do propozycji Rady dotyczącej tablic trwania życia, uwzględniających to, że żyjemy coraz dłużej trzeba odnieść się z szacunkiem. Na pewno nie przysporzy jej to popularności, bo wprowadzenie tego rozwiązania obniży emerytury. Problem jest jednak ważki.
Nowe tablice mają bowiem uwzględniać, bardziej niż obecnie, wydłużające się życie. Od początku lat 90-tych trwa ono o 5 lat więcej i będzie jeszcze rosnąć. A wysokość nowej emerytury, zarówno z I jak i II filaru, to wynik prostej operacji podzielenia zgromadzonego kapitału przez przewidywaną długość trwania życia. Najlepiej dla nas, aby jak najwięcej było w liczniku, a jak najmniej w mianowniku. I to właśnie o ten mianownik tu chodzi.
Jeśli będzie on opary na nierealnych założeniach (czyli zaniżony) to w kasie podmiotu wypłacającego emerytury (bez względu czy będzie to ZUS czy zakład emerytalny) powstanie manko. W momencie przyznawania nam świadczenie założy on, że żyjemy średnio x lat, a później okaże się, że żyjemy dłużej. I powstanie problem, skąd wziąć pieniądze na wypłatę obiecanego świadczenia.
Wprowadzenie realnych tablic trwania życia jest więc tak naprawdę w interesie nas wszystkich. Mimo, że emerytury mogą być niższe. Wolę jednak otrzymać realne, choć niższe świadczenie, niż obietnicę wypłaty wyższej emerytury, która jest nie do zrealizowania.
Zgubna kontrola polityków
Wielka, publiczna kasa. To zawsze budzi emocje. Politycy uwielbiają rozdawać, przeznaczać na słuszne cele, uszczęśliwiać. Zapłatą są głosy w wyborach. To dlatego obawiam się pomysłu Rady, który zakłada, że wszystkie pieniądze z OFE trafią do subfundsuzu w ZUS. A chodzi o niebagatelne kwoty. W 2020 roku sięgną 10-15 mld zł rocznie.
Członkowie Rady tłumaczą, że w ZUS zostanie wyodrębniony fundusz, z którego pieniądze mogą trafić wyłącznie na emerytury. Ale na podstawie czego tak się stanie? Na postawie uchwalanej w Sejmie ustawy. Może w 2010 roku taki przepis tam się znajdzie. Ale już w 2020 roku będą inni politycy, rady i realia. Wtedy mogą dojść do wniosku, że pieniądze w ZUS-bis się marnują i lepiej wydać je na zasiłki czy drogi.
Takiego ryzyka nie da się oczywiście całkiem wykluczyć. Ale gdy te kwoty będą rozproszone wśród wielu działających podmiotów (w tym zakładu publicznego) ryzyko ich „słusznego zagospodarowania” jest mniejsze.
Ponadto przyszli emeryci wiedzą, że przekazali do swojego zakładu emerytalnego np. 200 tys. zł i to on obiecał, że wypłaci im do końca życia emeryturę w określonej wysokości. A jeśli tego nie zrobi można go podać do sądu. Jeśli natomiast za taką wypłatę odpowiada monopolista ZUS-bis to gdy nie wywiąże się z obietnicy będzie można skarżyć się do Wszechmocnego.
Bez bogactwa oferty
Monopol państwowego płatnika oznacza też mniej konkurencji. A gdy tak jest produkt - w tym wypadku emerytura - jest gorszy. Zabieganie o nasze pieniądze zgromadzone w OFE ma dwie ważne konsekwencje.
Po pierwsze zakłady konkurują wysokością świadczenia. Jeśli tak się dzieje to możemy liczyć, że będzie ono pewniejsze. Monopol ZUS skazuje nas na to, że będzie ono ustalone według określonego przez polityków algorytmu. A ten można dowolnie zmieniać.
Konkurujące podmioty mogą też zabiegać o nasze pieniądze bogactwem oferty. Mogą na przykład oprócz tego, że zagwarantują nam dożywotnie świadczenie, wprowadzić kilkuletni okres gwarancji. Gdy umrzemy w drugim roku od przejścia na emeryturę część pieniędzy otrzymają nasi bliscy (minimalizacja tzw. szoku przejścia). Jeśli o ofercie zdecydują posłowie takiego bogactwa być nie może. Taka dodatkowa oferta oczywiście kosztuje i przez to emerytury z takimi dodatkowymi opcjami będą niższe. Ale chodzi o to, aby mieć wybór. Uważam, że jest on lepszy, niż sytuacja w której politycy decydują za mnie co mam robić.
Zgadzam się z argumentacją Rady dotyczącą wysokości świadczeń. W systemie ZUS-bis standardowe emerytury mogą być wyższe. Mniejsze jest tzw. ryzyko demograficzne. Jego minimalizacja polega na tym, aby odpowiednio rozproszyć je w dużej liczbie osób. Przeciwieństwem tej sytuacji jest możliwość, że do jednej instytucji wypłacającej emerytury trafiają osoby ponadprzeciętnie zdrowe, które żyją ponadprzeciętnie długo. Wtedy ma ona problem z zapewnieniem wypłat. Kalkuluje więc to ryzyko już na wstępie, a ryzyko kosztuje. W tym wypadku płacą za nie emeryci. Jeśli natomiast w ZUS-bis jest kilkanaście milionów emerytów to jest ono mniejsze.
Jednak wprostproporcjonalnie do liczby osób tam skupionych rośnie ryzyko, o którym pisałem wyżej, politycznego wykorzystania zgromadzonych tam pieniędzy. Jest ich tam ogromnie dużo.
Wolny wybór
Żaden system wypłat nie gwarantuje wykluczenia wszystkich ryzyk. Uważam jednak, że monopol ZUS je zwiększa. Nie rozumiem dlaczego nie można wprowadzić rozwiązania, w którym obok zakładu publicznego działają inne podmioty. Powinniśmy móc wybrać kto i jak wypłaci nam emerytury. To właśnie wolny wybór determinuje konkurencję. A ta lepszą jakość usług.
W kontekście debaty nad wydłużeniem wieku emeytalnego musimy sobie zdawać sprawę, że żyjemy dłużej, nie mamy więc wyboru. Jeśli nie chcemy, aby zbankrutował system emerytalny, a później państwo, musimy pracować dłużej. Wciąż jednak wokół pracy starszych osób krążą mity. Jeden z nich, niezwykle szkodliwy, że zabierają pracę młodym.
W grudniu ubiegłego roku zdarzyła się rzecz niezwykła. Pierwszy raz od 20 lat zmalała liczba osób otrzymujących emerytury z ZUS. Biorąc pod uwagę wchodzenie w wiek emerytalny roczników urodzonych w tzw. powojennym wyżu demograficznym oznacza to rewolucyjną zmianę.
To efekt tego, że w styczniu 2009 r. przestała obowiązywać większość przywilejów emerytalnych. Pracujący w tzw. szkodliwych warunkach mogą wprawdzie odchodzić na emerytury pomostowe, ale ich liczba została zmniejszona o około 900 tys. Co ważniejsze, a często pomijane w publicznej debacie, rząd wygasił też tzw. wcześniejsze emerytury pracownicze dla 55-letnich kobiet i 60-letnich mężczyzn. To te świadczenia doprowadziły do tego, że Polacy odchodzili na emerytury niemal najwcześniej na świecie. Kobiety miały 56 lat, mężczyźni - 60.
W ciągu zaledwie jednego roku wydłużyliśmy więc o 5 lat tzw. efektywny wiek emerytalny, tj. faktyczny moment odejścia z rynku pracy, inny niż wiek ustawowy. Ale to wciąż za mało. W Polsce pracuje zaledwie co trzecia osoba mająca 55-64 lata. Musimy więc dalej wydłużać aktywność zawodową. Nie unikniemy pewnie najpierw zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, a później wydłużenia go do 67 lat. Nie pomagają temu jednak niezwykle szkodliwe mity, które krążą wokół pracy starszych osób. Powielane m.in. przez ekspertów, media, pracodawców, a także same te osoby.
Mit 1. Zabierają pracę młodym
W 2002 roku świeżo upieczony minister pracy i polityki społecznej Jerzy Hauser, profesor ekonomii, występuje z propozycją całkowitego zakazu pracy dla emerytów. Wszak pracować powinni młodzi – przekonuje. Późnej się z tego wycofuje.
Świadczy to jak głęboko w świadomości zakorzeniony jest mit, że starsze pracujące osoby zabierają pracę młodym. Wynika to ze statycznego spojrzenia na gospodarkę i braku refleksji na temat ogólnie dostępnych międzynarodowych danych.
Nie jest tak, że liczba miejsc pracy w gospodarce jest reglamentowana. Tak naprawdę najlepiej dla niej (a tym samym także dla samych obywateli) jeśli pracują wszyscy, którzy mogą. Bogactwo i dobrostan bierze się z pracy. Jeśli więc osoby zdolne do niej nie są aktywne, a tak dzieje się jeśli masowo wysyłamy na wcześniejsze emerytury stosunkowo młode osoby, jest to dla gospodarki strata. Większa liczba pracujących to także wyższy popyt na dobra i usługi. A właśnie od popytu zależy kondycja firm i dynamika tworzenia miejsc pracy. Jeśli mają komu sprzedawać wytworzone przez siebie dobra to inwestują, rozwijają się i zatrudniają.
Mitem jest, że większa liczba osób otrzymujących świadczenia społeczne powoduje spadek bezrobocia dzięki zwalnianiu miejsc pracy dla młodych. Jest wręcz odwrotnie – im więcej osób jest na utrzymaniu pracujących, tym muszą płacić wyższe składki, a przez to są drożsi i firmom trudniej ich zatrudnić. To klasyczne prawo ekonomii.
Co więcej jeśli ten mit byłby prawdziwy nie mielibyśmy na początku tego wieku bezrobocia. Mieliśmy przecież rekordową liczbę osób na świadczeniach społecznych (emeryturach, rentach, zasiłkach i świadczeniach przedemerytalnych). Miejsc pracy powinno więc być jak lodu. A tymczasem w lutym 2003 roku wskaźnik bezrobocia osiągnął historyczne maksimum 20,7 proc.
Mitowi temu przeczą też dane Eurostatu. Na przykład w Szwecji pracuje 70 proc. osób w wieku 55-64 lata, a wskaźnik bezrobocia wynosi tam 9 proc. W Wielkiej Brytanii odpowiednio wskaźniki te wynoszą 58 proc. i 7,8 proc. Z kolei w USA pracuje 62 proc. starszych osób. U nas zaledwie co trzecia osoba!
Mit 2. Raj utracony
W raporcie z badań „Dezaktywizacja osób w wieku okołoemerytalnym” w części przygotowanej przez prof. Annę Giza-Poleszczuk, czytamy wstrząsające wyznania osób, które skorzystały z wcześniejszej emerytury. Najpierw badacze pytają starsze osoby o wyobrażenie życia po zakończeniu pracy. „Psychiczny odpoczynek, nie ma tej nerwowości”, „Mam urlop przez cały rok” – cytują ich wypowiedzi. Następnie rozmawiają z osobami, które skorzystały już ze świadczenia. A te mówią „Jak człowiek idzie na emeryturę, to to jest znak śmierci, to już idzie umrzeć”; „Jak pójdą na emeryturę, to już jest po życiu”.
Często okazuje się więc, że następuje mitologizacja emerytury, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Odchodzący z rynku pracy czują się zmarginalizowani, niepotrzebni, mało aktywni.
Co więcej możliwość odejścia z rynku pracy jest często tak naprawdę tzw. dyskryminującym przywilejem. Pracodawca licząc się z tym, że pracownik zwolni się z firmy w wieku około 55 lat, na 10 lat przed tą datę przestaje w niego inwestować, pomija w awansach, podwyżkach. A to powoduje też mniejszą motywację tych osób do pracy. Działa więc fatalny mechanizm samospełniającej się przepowiedni.
Mit 3. Zacofanie i choroba starszych
Kolejny nieuprawniony mit dotyczący pracy osób 50+ to twierdzenie o niemożności ich przekwalifikowania, zacofaniu, braku nowoczesnej wiedzy, gorszej pracy. A przecież osoby, które mają obecnie 50-55 lat w wielu przypadkach większość swojego zawodowego życia przepracowały w gospodarce rynkowej, mając dostęp do wszelkich nowoczesnych technologii. 20 lat temu miały 30-35 lat i dopiero zaczynały karierę zawodową.
Nieuprawnione jest też stwierdzenie, że osoby po 50. roku życia są tak schorowane, że nie mogą dłużej pozostawać na ryku pracy bo pracowały ponad siły w PRL, w fatalnych warunkach, wyrabiając 200 proc. przysłowiowej normy. Przecież od 20 lat pracują w nowych realiach. Żyjemy też coraz dłużej – w ostatnich 20 latach statystyczna długość życia noworodka podniosła się o 5 lat - z 66 dla mężczyzn i 75 dla kobiet w 1990 roku do odpowiednio 71 i 80 lat. To rewolucja.
Także osoby starsze żyją zdecydowanie dłużej i trzeba wreszcie zrozumieć, że statystyczna długość życia osoby w wieku 55 czy 60 lat jest inna niż noworodka. Osoby, które dożyły tego wieku mają przed sobą więcej lat życia niż wynika to z danych dotyczących rodzących się dzieci. Na przykład 60-letni mężczyzna żyje statystycznie 18 lat – dożywa więc wieku 78 lat, a nie 71.
Poprawiają się nawyki żywieniowe Polaków, ich kondycja zdrowotna, sposób życia - żyjemy po prostu dłużej i w lepszym zdrowiu. Nie możemy więc oczekiwać, że wciąż będziemy odchodzić z rynku pracy w stosunkowo młodym wieku.
Starsi pracownicy są też często dla firm nieocenioną wartością. Przekazują doświadczenia młodszym, są bardziej dyspozycyjne, lojalne wobec firmy i, wbrew stereotypom, mniej czasu przebywają na zwolnieniach. Wszak młodzi oprócz tego, że chorują, biorą zwolnienia na dzieci, korzystają też z przerw związanych z rodzicielstwem.
Mit 4. ZUS oddaje co wpłaciłem
Często na forach internetowych widzę wpisy np. 55-letnich kobiet, które odeszły na wcześniejsze emerytury i argumentują, że przecież tylko odbierają to co wpłaciły do ZUS. Nic bardziej mylnego. W danych GUS czytamy, że 55-letnia kobieta ma statystycznie do przeżycia 27,32 lata. ZUS - biorąc pod uwagę, że otrzymuje ona średnio 1,5 tys. zł emerytury - wypłaci jej w tym czasie (nie uwzględniając waloryzacji) 491,8 tys. zł. A taka osoba płaci do ZUS składki na emeryturę mniej więcej przez 27 lat (mogła odejść na emeryturę legitymując się 30 latami stażu, w tym okresami nieskładkowymi) i w tym czasie wpłaca 19,52 proc. pensji. Zasila więc swoje konto emerytalne, jeśli zarabia średnią pensję (nie uwzględniając waloryzacji kapitału emerytalnego) kwotą 202 tys. zł. Manko wynosi 289 tys. zł. To właśnie dlatego ZUS ma tak ogromne problemy finansowe. Krótko płacimy składki (od niespełna 20 proc. pensji), długo otrzymujemy dość wysokie świadczenia (połowę pensji).
Nawet wydłużenie wieku emerytalnego kobiet do 60 lat wciąż nie zapewnia samofinansowania świadczeń w starym systemie. Choć zdecydowanie poprawia ten parametr.
Dyskusja o tym ile pieniędzy ma trafić do OFE, choć ważna, nie dotyka sedna problemu. Przyszłość emerytur zależy tak na prawdę głównie od dwóch rzeczy. Liczby rodzących się dzieci i odwagi rządów w podejmowaniu niepopularnych reform.
Ministrowie finansów i pracy chcą, aby do OFE trafiało nie prawie 40 proc naszych składek na emeryturę, ale 15 proc. Reszta ma zostać w ZUS. Ma to przynieść przyszłym emerytom oszczędności. Odetchnie też budżet, który nie będzie musiał rocznie emitować 13 mld zł obligacji.
Abstrahując od oceny tego pomysłu – jego główną wadą jest to, że wydamy na bieżące świadczenia składki wpływające teraz do ZUS, nie odłożymy ich i w efekcie obciążymy przyszłe pokolenia - to przy okazji jego omawiania pomijane są często dwie podstawowe, płynące z niego, nauki.
Pierwsza - żyjemy ponad stan i za dużo wydajemy.
Druga - państwo wciąż jest odwrócone plecami do rodziny. A to właśnie rodzące się dzieci są najlepszą polisą ubezpieczeniową systemu emerytalnego. Bez nich, obojętnie czy do OFE popłynie 100 proc. czy 0 proc. składek, i tak w przyszłości nikt nie wypłaci świadczeń.
Rozdęte wydatki
ZUS za dużo wydaje na świadczenia. Podobnie jest z innymi systemami ubezpieczeń czy generalnie wydatkami na świadczenia socjalne. To głównie efekt ogromnych zobowiązań, które zaciągali i zaciągają politycy, rozdając na nasz koszt przywileje. Np. wcześniejsze emerytury z ZUS kosztują ponad 20 mld zł rocznie.
A jeśli wydajemy za dużo – to jak w budżecie domowym - można zrobić trzy rzeczy. Pożyczać, zwiększać dochody lub ograniczać wydatki.
Na razie wybieramy pierwszą drogę. Grozi więc nam, że nasz dług publiczny przekroczy 55 proc. PKB. A na jego obsługę tylko w przyszłym roku wydamy 35 mld zł. Gdyby nie było tej pozycji w budżecie – można by zlikwidować PIT, z któregodo budżetu wpływa 36 mld zł. Polityka zadłużania państwa jest nie tylko nieracjonalna ekonomicznie (rosną wydatki na nierozwojowy cel), ale wątpliwa etycznie w stosunku do przyszłych pokoleń.
Drugie rozwiązanie, czyli zwiększenie dochodów - w obecnej sytuacji może to być np. podniesienie składek czy podatków - jest zabójcze dla gospodarki. Zwiększa szarą strefę, emigrację, bezrobocie. Od lat wysokie koszty zatrudnienia były zmorą naszego rynku pracy. W końcu udało się je – w ciągu ostatnich trzech lat – obniżyć i powrót do poprzedniego stanu rzeczy byłby błędem.
Pozostaje wyjście trzecie – cięcie wydatków. Do tego jednak brakuje odwagi polityków. To dlatego, że za przywilejami, za które płacą podatnicy stoją potężne i wpływowe grupy interesu. Górnicy, którzy wywalczyli sobie odrębny system emerytalny kosztują nas rocznie około 8 mld zł. Podobnie jest z emeryturami rolników. KRUS w 94 proc. finansuje świadczenia nie z ich składek, ale z pieniędzy podatników. Nierozstrzygnięta jest też kwestia podwyższenia wieku emerytalnego służb mundurowych, żołnierzy czy kobiet.
Podobnie jest w służbie zdrowia. Wciąż tłumaczy się nam, że za opłacaną składkę zdrowotną mamy prawo do wszystkich świadczeń. A to po prostu nieprawda i bez np. realnego ograniczenia dostępnych świadczeń, wprowadzenia współpłacenia czy opłat hotelowych w szpitalach system ochrony zdrowia pozostanie trwale niewydolny. Nieracjonalnie, ale miło dla wyborców, wydajemy też np. prawie 0,5 mld zł na tzw. becikowe. Skrajny przykład świadczenia, które nie jest żadnym narzędziem polityki rodzinnej, ale którego likwidacji nie domaga się żaden polityk. Oczywiście w obawie o słupki wyborcze.
Plecami do rodziny
Ktoś może powiedzieć, że nie jest rolą państwa wskazywać obywatelom ile mają mieć dzieci. To prawda. Jednak w naszym kraju polityka państwa od lat wręcz zniechęca do ich posiadania. A to, w określanej przez holenderskiego demografa Dirka van de Kaa dobie tzw. drugiego przejścia demograficznego, jest polityką zabójczą. Tak naprawdę jedynie dzieci są gwarantem wypłacalności systemu emerytalnego. Obojętnie jak będzie on skonstruowany.
Od lat trwa natomiast chocholi taniec zapowiedzi i braku realizacji spójnego, konsekwentnie wdrożonego, realnie wpływającego na rzeczywistość programu polityki rodzinnej. I nie chodzi tu o rozdawanie pieniędzy rodzicom posiadającym dzieci. Byłoby to zresztą etycznie dyskusyjne w stosunku do tych, którzy ich nie mają.
Chodzi o to, aby dla rodziców wychowanie pierwszego dziecka nie było tak traumatycznym przeżyciem, że absolutnie nie decydują się na kolejne. Na razie tak często jest. Dostępność żłobków, przedszkoli, świetlic, funkcjonowanie szkół, nawet możliwość zapisania dziecka do lekarza, nie mówiąc o dentyście to przeżycia, które skutecznie zniechęcają do posiadania potomstwa. Do tego dochodzi codzienna walka o pracę, dochody, mieszkanie czy bój z nieprzyjaznymi instytucjami państwa. Mimo więc, że politycy wciąż mają na ustach wspieranie rodzin to realnie niewiele się dzieje. A niski przyrost naturalny nie tylko będzie zagrażać systemowi emerytalnemu, ale także naszej pozycji w Europie.
Polityków umizgi
Jesteśmy krajem na dorobku. Nasze PKB niewiele przekracza połowę średniej unijnej. Nie możemy więc jako obywatele oczekiwać usług publicznych na perfekcyjnym poziomie.
Wierzę jednak, że można zdecydowanie lepiej zagospodarować nasze bogactwo, a jego dystrybucja nie musi odbywać się w sposób łamiący całkowicie zdrowy rozsądek czy elementarne poczucie sprawiedliwości. A tak jest kiedy becikowe (czyli świadczenie socjalne) trafia do majętnych osób. Albo gdy biedniejsi podatnicy dokładają się do rolniczej emerytury osoby, która gospodaruje na kilkuset hektarach, a jej roczne przychody liczy się w milionach złotych. To właśnie podjęcia działań mających likwidować te absurdy powinniśmy oczekiwać od polityków. Są od rządzenia, a nie dogadzania.
Oto moja analiza pomysłu rządu o obniżeniu z 7,3 proc. do 3 proc. składki do OFE.
PLUSY
Niższa dotacja
Podstawowym plusem proponowanego przez ministrów pracy i finansów rozwiązania jest obniżenie bieżącej dotacji do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS). To największy funduszu celowy w Polsce. Administruje nim ZUS. Z projektu ustawy budżetowej na przyszły rok wynika, że w 2010 roku jego przychody wyniosą 158,7 mld zł, a wydatki 157,3 mld zł.
Na przychody złożą się głównie wpływy ze składek (88,6 mld zł) i dotacja. Ta składa się z dwóch części. Pierwsza (37,9 mld zł) będzie przeznaczona na wypłatę świadczeń. Druga - to o nią właśnie rozgrywa się obecny spór - na kwotę 22,5 mld zł, wynika z tego, że ZUS przekazuje część otrzymywanych składek do OFE (7,3 proc. od pensji). Na uzupełnienie tej luki otrzymuje środki z budżetu.
Mimo tak ogromnych dotacji FUS, aby sfinansować świadczenia będzie musiał w przyszłym roku otrzymać dodatkowo 7,5 mld zł z Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale nawet mimo tego na koniec 2010 roku będzie zadłużony w bankach na kwotę 3,8 mld zł.
Szybciej do euro
Obniżenie składki do OFE – z 7,3 proc. do 3 proc. – pozwoli ministrowi finansów obniżyć tę drugą dotację o około 13 mld zł. Nie będzie więc musiał na tę kwotę emitować obligacji. A to obniży o 1 pkt proc. deficyt sektora finansów publicznych, który w przyszłym roku może dojść do 7 proc. PKB. A ma wynosić 3 proc. jeśli chcemy wejść do strefy euro.
Mogą zmaleć koszty
Niższa składka do OFE może też oznaczać niższe opłaty dla osób oszczędzających na emeryturę. Obecnie od każdej wpływającej składki zarządzające OFE Powszechne Towarzystwa Emerytalne (PTE) pobierają prowizje. Wynoszą maksymalnie 7 proc. i wszystkie PTE (poza Allianz) stosują tę stawkę. To dlatego rząd, chcą obniżyć zyski PTE i podwyższyć emerytury, zdecydował, że od nowego roku prowizja wyniesie maksymalnie 3,5 proc. Poza prowizją od składki PTE pobierają tzw. opłatę za zarządzanie. Z obu tych źródeł w 2008 roku ich przychody sięgnęły 1,8 mld zł. Po odliczeniu kosztów zarobiły na czysto 740 mln zł.
Rząd przekonuje, że jeśli składka zostanie w ZUS to zostanie w całości zaksięgowana na koncie ubezpieczonego. Wskazuje, że dzięki temu 100 zł, które trafi na emeryturę nie zostanie najpierw pomniejszone o 7 zł, a później dodatkowo z tytułu opłat za zarządzanie. To, zdaniem rządu spowoduje, że emerytury będą wyższe.
Jednak także ZUS ponosi koszty obsługi kont. W tym roku jego działalność będzie kosztować 3,4 mld zł. Te pieniądze nie pochodzą bezpośrednio ze składek, ale z podatków. Tak czy inaczej płacą jednak za to pracujący.
Minusy
Zadłużanie dzieci
Niższa składka do OFE oznacza, że więcej pieniędzy na emeryturę trafi do ZUS. A to oznacza, że rosną zobowiązania ZUS na przyszłość. Jeśli teraz do ZUS trafia 63 proc. składki emerytalnej (12,22 proc. z 19,52 proc.), a ta wielkość ma się zwiększyć do 85 proc. (16,52 proc. z 19,52 proc.) to w przyszłości roszczenie wobec ZUS, który finansuje świadczenia z bieżących składek pracujących osób, będą wyższe. Pracujące wtedy osoby, czyli nasze dzieci i wnuki, zapłacą wyższe składki.
Z drugiej strony można powiedzieć, że dzięki temu obecnie pracujące pokolenie poniesie niższe koszty reformy emerytalnej. Do tej pory wpłaciliśmy od 1999 roku do OFE – a to jest faktyczny koszt tej reformy – 134,3 mld zł. Robimy to jednak po to, aby w przyszłości zobowiązania ZUS były niższe. Innymi słowy odkładamy faktyczne środki na własną emeryturę.
Większe ryzyko obniżenia świadczeń
Konieczność finansowania w przyszłości wyższej emerytury ZUS zwiększa też ryzyko ubezpieczonych, że politycy, którym będzie brakować na ich sfinansowanie pieniędzy nie dotrzymają słowa i nie wypłacą jej w wysokości odpowiadającej poniesionym kosztom.
Jeśli duża część świadczenia pochodziłaby z OFE to politykom zdecydowanie trudniej byłoby zmienić formułę wyliczania świadczenia. Wszak będzie ono pochodzić z realnie zgromadzonych w OFE pieniędzy, a nie wirtualnego konta w ZUS.
Niższe emerytury
Więcej pieniędzy w ZUS może, choć nie musi, oznaczać także niższe emerytury w przyszłości. W dłuższej perspektywie czasu opłaca się oszczędzać, a tak robimy wpłacając środki do OFE, na rynku kapitałowym. Stopy zwrotu z takich inwestycji są wyższe.
ZUS natomiast waloryzuje co roku wpływające do niego pieniądze na emeryturę uwzględniając inflację i dynamikę wpływu składek ubezpieczeniowych. Jeśli gospodarka się rozwija, rosną pensje i coraz więcej ludzi pracuje to składek takich wpływa do ZUS coraz więcej. Wtedy wskaźnik jest wyższy.
Z wszelkich dostępnych symulacji wynika jednak, że emerytura osoby, która całe życie będzie oszczędzać w dwóch filarach będzie pochodzić, mniej więcej po połowie z ZUS i OFE. Mimo, że do OFE trafia mniej pieniędzy ze składek. Przewiduje się więc, że OFE będą efektywniejsze w pomnażaniu pieniędzy na starość i świadczenia z II filara będą proporcjonalnie wyższe. Jeśli trafi tam mniej pieniędzy - tak się nie stanie.
Mniej na giełdę
Minusem rozwiązań proponowanych przez rząd może też być osłabienie rynku kapitałowego. Obecnie OFE na giełdzie w akcjach firm ulokowały 50 mld zł. Oprócz tego, OFE stanowią swoisty stabilizator sytuacji na rodzimym parkiecie. Należą do tzw. inwestorów instytucjonalnych – inwestują długofalowo.
Bałagan w ZUS
Problemem z szybkim wdrożeniem zmian może też być nieprzygotowanie do tego ZUS. Zwłaszcza jego systemu informatycznego. A będzie on musiał stworzyć osobne subkonta dla klientów OFE. Zajmie się też wypłatą pieniędzy w razie śmierci klientów oszczędzających w II filarze. Jeśli rząd będzie chciał szybko wprowadzić zapowiadane zmiany mogą pojawić się kłopoty z obsługą kont ubezpieczonych.
Mniejsza motywacja do reform
Rząd zyskując w bieżących budżetach około 13 mld zł rocznie będzie też zdecydowanie mniej zdeterminowany do wprowadzenia koniecznych, ale niepopularnych reform. Tych, które obniżyłyby wydatki ZUS czy sektora finansów państwa. Takich jak na przykład likwidacja becikowego, wydłużenie wieku emerytalnego kobiet, funkcjonariuszy i żołnierzy, zniesienie odrębnego systemu emerytalnego dla górników (kosztuje 8 mld zł rocznie) czy podniesieniu składek do KRUS dla bogatych rolników.
Resort pracy nie podejmie działań, aby zmieniać sposób przyznawania emerytur górnikom. Mimo, że zgadza się z rzecznikiem praw obywatelskich, iż są one sprzeczne z systemem emerytalnym i bardzo kosztowne.
Tylko w latach 2010-2012 emerytury górników będą kosztować budżet państwa 23,9 mld zł – wynika z listu Jolanty Fedak, minister pracy i polityki społecznej do Janusza Kochanowskiego, rzecznika praw obywatelskich. Resort pracy odpowiedział rzecznikowi, który uważa, że wątpliwa jest konstytucyjność ustawy regulującej sposób wypłaty emerytur dla górników. Podkreśla, że regulacje te nie przystają do zreformowanego systemu, który został oparty na zasadzie równego traktowania ubezpieczonych płacących jednakową składkę.
- Utrzymywanie odrębnego systemu emerytalnego górników może budzić wątpliwości z punktu widzenia równego i sprawiedliwego dostępu do zabezpieczenia społecznego – uważa Janusz Kochanowski. I trudno się z nim nie zgodzić.
Z rzecznikiem zgadza się też resort pracy. Przypomina, że rząd w 2005 roku - po uchwaleniu przez Sejm przepisów o emeryturach dla górników – wskazywał, że stwarzają one odrębny system w ramach sytemu powszechnego. A to powoduje szereg negatywnych skutków dla finansów publicznych i polityki społecznej. Resort dodaje, że górnicy, opłacając taką samą składkę otrzymują emerytury dwukrotnie wyższe od pozostałych grup zawodowych, a świadczenia te będą im przysługiwać nawet 22 lata przed ukończeniem wieku emerytalnego. Jolanta Fedak zauważa też, że system ubezpieczeń społecznych zawsze będzie wymagał dotacji z budżetu, utrwali się też odrębność sektora górniczego utrudniając zmiany na rynku pracy. Resort wylicza ponadto, że gdyby górnicy przechodzili na emerytury pomostowe to budżet rocznie oszczędzałby 8 mld zł. W latach 2010-2012 odpowiednio 8 mld zł, 8 mld zł i 7,9 mld zł.
Mimo tych uwag w liście do RPO czytamy: mając na uwadze okoliczności przyjęcia funkcjonujących rozwiązań (…) nie są podejmowane działania mające na celu zmianą istniejącej regulacji.
Zmowa milczenia, hipokryzja i tchórzostwo. Tak trzeba określić to co dzieje się wokół emerytur dla górników. Rządzący wiedzą, że obecna sytuacja jest absurdalna – nie ma uzasadnienia, aby górników nie objąć, jak hutników czy nurków, emeryturami pomostowymi. Jednak nikt nie chce tego głośno powiedzieć. A płacą za to podatnicy. Hipokryzję tę dobitnie udawania właśnie list szefowej resoru pracy do rzecznika praw obywatelskich. Przyznaje mu racje i wskazuje, że system jest zły, niesprawiedliwy i kosztowny. Ale… nic w tej sprawie nie zrobi.
Pozostaje mieć nadzieję, że rzecznik zaskarży te przepisy do Trybunału Konstytucyjnego, a ten uzna, że tkwimy w absurdzie. Wtedy rząd będzie miał pretekst, aby obecny stan rzeczy zmienić. Szkoda tylko, że rząd zamiast działać, ogląda się na rzecznika i TK.
W ubiegłym roku po raz pierwszy od naszego przystąpienia do UE zmalała liczba osób przebywających na emigracji. Głównie za sprawą powrotów z Irlandii i Wielkiej Brytanii.
W 2008 roku na czasowej emigracji – czyli ponad 3 miesiące - przebywało 2,21 mln Polaków. W dwóch poprzednich latach było ich odpowiednio 2,27 i 1,95 mln. W 2004 roku - 1 mln. Tak wynika z najnowszej informacji GUS o rozmiarach i kierunkach emigracji z Polski. W ubiegłym roku mieliśmy więc, po raz pierwszy od naszego przystąpienia do UE, z odwróceniem trendu wyjazdów Polaków za granicę. Pierwszy raz zmalała, o 60 tys. liczba rodaków przebywających na emigracji.
Zdecydowana większość z nich przebywa w krajach UE. Na koniec ubiegłego roku było ich tam 1,82 mln. Rok wcześniej 1,86 mln. Liczba ta jest ponad dwukrotnie wyższa niż na początku okresu naszego członkostwa w UE. W 2004 roku liczba emigrantów przebywających w krajach UE wynosiła wtedy 0,75 mln. Szacunek ten uwzględnia jednak też tych Polaków, którzy od dłuższego czasu przebywali poza Polską, w tym w krajach UE, bez względu na ich status pobytu. A to oznacza, że zalicza się do nich także te osoby, które już wcześniej mieszkały w tych krajach, a jedynie zalegalizowały swój pobyt po przystąpieniu Polski do UE.
Wśród krajów emigracji zdecydowanie wyróżniają się Wielka Brytania, Niemcy i Irlandia. W końcu 2007 roku nad Tamizą przebywało 690 tys. emigrantów z Polski. Ta liczba była rekordowa. W ubiegłym roku zmalała do 650 tys. Podobnie jest w Irlandii. Na Zielonej Wyspie w 2007 roku przebywało 200 tys. rodaków. W 2008 roku – 180 tys. Wielu Polaków przebywa też w Niemczech (490 tys.). Kolejne miejsca zajmują Holandia (108 tys.) i Włochy (88 tys.). GUS podaje, że większość polskich emigrantów przebywa za granicą w związku z pracą, choć coraz więcej jest też członków ich rodzin, tj. małżonków i dzieci, którzy pozostają na utrzymaniu pracujących.
Malejąca liczba emigrantów jest bez wątpienia związana z pogorszeniem koniunktury w krajach UE. Na przykład w Irlandii bezrobocie wzrosło od lipca ubiegłego roku z 6 proc. do 12 proc. W ostatnim czasie, w związku z kryzysem, pogorszyła się też, w krajach UE, atmosfera wokół imigrantów. W pamięci pozostają protesty brytyjskich czy irlandzkich związków zawodowych przeciwko swobodnemu dostępowi do tamtejszych rynków pracy. Oba te czynniki powodują, że mniej osób decyduje się na wyjazd.
Eksperci GUS wskazują jednak, że kryzys choć wyhamował wyraźnie odpływ z Polski nie powoduje jeszcze masowych powrotów. Podkreślają, że osoby przebywające za granicą próbują przetrwać na emigracji, m.in. przemieszczając się do innych krajów.
Polska, bardzo dobrze wypada w statystykach bezrobocia dla krajów UE. Zatrważająca sytuacja jeśli chodzi o wzrost liczby osób bez pracy jest w Hiszpanii i republikach nadbałtyckich.
Wskaźnik bezrobocia w 27 krajach UE wyniósł w maju tego roku 8,9 proc. To najnowsze wyliczania Eurostatu. Rok wcześniej wynosił 6,8 proc. Bez pracy w krajach UE pozostaje już 21,4 mln osób. Rok wcześniej było ich o 5,1 mln osób mniej.
Najniższe bezrobocie notują Holandia, Austria i Cypr. Odpowiednio 3,2 proc., 4,3 proc. i 5,3 proc.
Z drugiej strony zatrważająco wygląda wskaźnik bezrobocia, który notują Hiszpania, Łotwa, Estonia, Litwa i Irlandia i Węgry. Wszędzie tam jest on dwucyfrowy. W Hiszpanii doszedł już do 18,7 proc.!!! Na Łotwie wynosi 16,3 proc., w Estonii 15,6 proc., na Litwie – 14,3 proc. Bezrobocie rośnie tam w niezwykle szybkim tempie. Na przykład rok wczesnej (w maju 2008 roku) w Hiszpanii wynosiło ono 10,5 proc., a na Łotwie 4,7 proc.
W Polsce wskaźnik bezrobocia (8,1 proc.) jest poniżej średniego w U. A przypomnijmy, że w 2004 roku bezrobocie w Polsce wynosiło 19 proc. i był to wynik dwukrotnie gorszy niż średnia dla UE, która wynosiła wtedy 9 proc.
Eurostat nieco inaczej określa wskaźnik bezrobocia niż poszczególne kraje (u nas robi to GUS). Definiując bezrobotnego bierze pod uwagę zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy i opiera się na założeniu, że bezrobotnym jest osoba w wieku 15-74 lata, która pozostaje bez pracy, jest w stanie podjąć ją w ciągu najbliższego tygodnia i w ciągu ostatnich czterech tygodni aktywnie jej poszukiwała. Taka definicja pozwala na obiektywne porównywanie wyników.
Polecam wszystkim osobom, którym nie jest obojętny los naszego kraju Raport Polska 2030.
Przynosi on dwie generalne konkluzje. Obie bardzo niepokojące. Pierwsza: ponura diagnoza. Druga: zmiana stanu, w którym znajduje się Polska wymaga ogromnej odwagi i podejmowania niepopularnych decyzji. A tego trudno wymagać od polityków.
350-400 mld zł musimy przeznaczyć w najbliższych 20 latach na infrastrukturę, 160 mld zł na zapewnienie sobie bezpieczeństwa energetycznego i uniknięcie tzw. zapaści energetycznej (przypomnijmy, że nasze PKB to 1,27 bln zł), wskaźnik zatrudniania powinien wzrosnąć o 15 pkt. proc., do 67 lat musimy podnieść wiek emerytalny, czekają nas ogromne wyzwania demograficzne, a obywatele nie ufają sobie i państwu. To tylko niektóre konkluzje jakie przynosi przygotowany przez Zespół Doradców Strategicznych Premiera Raport–Polska 2030. Kierowany przez Michała Boniego Zespół trafnie definiuje (poza sprawami bezpieczeństwa) podstawowe wyzwania jakie stoją przed Polską w najbliższym 20-leciu. Są to m.in. sytuacja demograficzna, problemy rynku pracy, infrastruktura, bezpieczeństwo energetyczne, edukacja i szkolnictwo wyższe czy likwidacja ubóstwa i wykluczenia społecznego.
Diagnoza opisana w Raporcie jest porażająca. Mimo dokonanego w ostatnim 20-leciu skoku cywilizacyjnego (m.in. rozkwit przedsiębiorczości, boom edukacyjny, dziesięciokrotny wzrost PKB i 16-krotny siły nabywczej płac) jesteśmy zapóźnieni niemal w każdej analizowanej dziedzinie. Jednak recepta podana przez Zespół wygląda dość ogólnie. Najczęściej jest wskazaniem jak być powinno, a nie jak to zrobić. Rozumiem, że wynika to z samej koncepcji Raportu. Ma być czymś w rodzaju Zielonej Księgi, na podstawie której powstaje dopiero Księga Biała, w której znajdują się propozycje rozwiązań. Może to też jednak wynikać z miejsca powstania Raportu. Wszak jest dokumentem rządowym, napisanym w Kancelarii Premiera. Jego autorzy nie mogą więc powiedzieć wszystkiego wprost. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejna odsłona Raportu będzie zawierać recepty, a następnie zostaną one przełożone na projekty ustaw.
Zimny prysznic
Czerwiec 2009 to dobry czas na postawienie wielkich pytań dotyczących tego gdzie właściwie znajdujemy się na naszej ścieżce rozwoju. 20 lat po odzyskaniu wolności, czasu w którym dokonaliśmy ogromnego skoku, można i trzeba spojrzeć wstecz, postawić diagnozę i spróbować odpowiedzieć na czekające nas wyzwania. Obraz ten wypada zatrważająco słabo. Szwankują, niedomagają czy wręcz są w zapaści - w porównaniu nie tylko do zamożniejszych krajów Zachodu, ale także krajów, które razem z nami przeżyły czasy realnego socjalizmu - niemal wszystkie dziedziny naszego życia. Każda opisana w Raporcie dziedzina wymaga ogromnych zmian, pracy, nakładów i odważnych decyzji.
Nie można oczywiście za taki stan rzeczy winić ostatniego 20-lecia. Wszak nie odrabia się cywilizacyjnych opóźnień, wynikających m.in. z ponad 120 lat zaborów, dwóch wojen i 45 lat PRL-u w trakcie niespełna jednego pokolenia. I tak Polacy wytrzymują zastanawiająco cierpliwie i dobrze dziejący się na ich skórze okres transformacji.
Tak postawiona diagnoza powinna jednak podziałać na wszystkich – polityków, ekspertów, liderów opinii, wreszcie samych obywateli – jak zimny prysznic. Nasz realny potencjał - wszak szóstego jeśli chodzi o wielkość kraju UE - zależy od tego co zrobimy. I to w całkiem niedługiej przyszłości.
Bez zaufania i złudzeń
Autorzy raportu wskazują 10 wyzwań jakie stoją przez Polską w najbliższym 20-leciu. Są to:
1. wzrost gospodarczy i zwiększenie konkurencyjności,
2. demografia,
3. sytuacja na rynku pracy,
4. poprawa infrastruktury,
5. bezpieczeństwo energetyczno-klimatyczne,
6. edukacja i szkolnictwo wyższe,
7. zmniejszenie różnic w rozwoju regionów,
8. redukcja biedy i liczby osób wykluczonych,
9. sprawne państwo,
10. rozwój kapitału społecznego.
Można je podzielić na trzy główne grupy - związane z gospodarką (wyzwania 1,4,5,7), polityką społeczną (2,3,6,8) i budową społeczeństwa obywatelskiego (9,10). Żadnego z tych segmentów nie można jednak analizować osobo. Na przykład jeśli Polska ma notować wzrost gospodarczy (wyzwanie 1) musi wzrosnąć wskaźnik zatrudnienia (wyzwanie 2), a osoby starsze powinny później odchodzić z rynku pracy (wyzwania 2 i 3). Nie bez znaczenia jest też zaufanie do państwa czy sprawny wymiar sprawiedliwości (wyzwania 9 i10).
Przyglądając się każdemu z wyzwań trudno nie popaść w pesymizm. Oprócz problemów, które są ogólnie znane i w debacie publicznej mają już swoje miejsce – niska aktywność zawodowa Polaków, zatrważająca jeśli chodzi o osoby starsze, dramatycznie niski wskaźnik urodzeń, bieda polskich rodzin, zwłaszcza wychowujących dzieci, ogromne zapóźnienie jeśli chodzi o infrastrukturę, konieczność dywersyfikacji dostaw energii – autorzy Raportu zwracają uwagę na rzadziej poruszane w debacie (zwłaszcza w mediach), ale niezmiernie ważne aspekty funkcjonowania państwa.
Oto kilka przykładów i cytatów. Jak wynika z danych zawartych w raporcie dwie szwajcarskie firmy Roche i Novartis, które nie są wcale liderami nakładów na badania i rozwój wydają na ten cel ponad 16 razy więcej niż środki jakie przeznacza na to Polska (odpowiednio 8,16 mld euro do 0,49 mld euro).
Polska należy do najmniej innowacyjnych krajów Europy.
Wskaźniki tzw. kapitału społecznego w naszym kraju należy do najniższych w Europie. Jedynie co dziesiąty Polak ufa innym ludziom.
Polaków charakteryzuje niska aktywność obywatelska.
Polski sektor pozarządowy jest niewielki, organizacje pozarządowe niestabilnie, mają niepewną sytuację finansową i organizacyjną.
Prawie połowa Polaków wyraża niskie zainteresowanie troską o dobro wspólne, a wskaźnik ten wyraźnie obniżył się w porównaniu z 2005 r.
Autorzy Raportu piszą też, że przez cały okres transformacji wymiar sprawiedliwości nie był gruntownie reformowany, a jego obecne problemy są wynikiem m.in. nieefektywnego zarządzania sądami, podatnych na nadużycia i nieprzystających do tempa obrotu gospodarczego procedur postępowania sądowego, wzrostu liczby spraw w sądach głównie w wyniku nadregulacji prawa.
Tak szeroki horyzont wyzwań, który proponują autorzy raportu, to bez wątpienia jego główna zaleta.
Brakuje zdrowia i armii
W moim odczuciu podstawowym brakiem raportu, jest pominięcie tematu bezpieczeństwa. Niewspółmiernie mało, do wagi problemu, jego autorzy zajmują się też systemem ochrony zdrowia.
Szczególnie zadziwiające jest zupełne pominięcie kwestii bezpieczeństwa zwianego z potencjałem naszego kraju do obrony granic. W raporcie nie ma ani słowa o koniecznej restrukturyzacji armii, ogromnych nakładach jakie trzeba ponieść z tego tytułu. A wydaje się to dziwne, zwłaszcza w perspektywie doświadczeń Polski z ostatnich 250 lat, kiedy trzykrotnie traciliśmy suwerenność. Nie wiem czy autorzy raportu uznają, że nasza obecna sytuacja strategiczna pozwala zupełnie zapomnieć o potencjale armii i obrony terytorium. Gdyby tak było - byłaby to wiara naiwna.
Raport stosunkowo niewiele miejsca poświęca też systemowi ochrony zdrowia. Mimo, że jego autorzy wskazują, że wraz ze starzeniem się społeczeństwa i koniecznym wydłużaniem aktywności zawodowej (w Raporcie pojawia się kilkakrotnie określenie silver economy) musi tez poprawić się kondycja zdrowotna Polaków.
Konieczne działania
Kompleksowe spojrzenie na obecny stan naszego państwa, próba odpowiedzi na pytanie gdzie jesteśmy i spojrzenia na wyzwania jakie nas czekają to ogromna wartość Raportu. Powinien się z nim, w moim odczuciu, zapoznać każdy, komu na sercu leży rozwój naszego kraju i kto chce w tej sprawie zabierać głos.
Mam jednak nadzieję, że nie skończy się na postawieniu diagnozy i ogólnych wskazaniach co trzeba zrobić. Zalecenia trzeba zmienić w działanie. Inaczej pozostanie kolejnym tzw. strategicznym dokumentem, z którego niewiele w praktyce wynika.
Nie ma też, na co też zwracają uwagę autorzy, specjalnie dużo czasu na wprowadzanie koniecznych zmian. Jeśli na przykład nie poprawimy szybko dramatycznej kondycji materialnej rodzin wychowujących dzieci - prawie 20 proc. rodzin wychowujących czworo lub więcej potomstwa, żyje poniżej minimum egzystencji - to wychowywane tam klika milionów dzieci będzie miało ogromnie utrudnione szanse na normalny rozwój.
W ubiegłym tygodniu w Sejmie odbyła się cicha próba "skoku na kasę przyszłych" emerytów z OFE.
Do drugiego czytania trafiła, forsowana przez posła Janusza Cichonia (PO) wersja ustawy, która uszczuplała, w porównaniu propozycją rządu, konta emerytalne klientów OFE (tj., zwiększała przychody zarządzających nimi) o 35 mld zł. Przeciwna temu była oczywiście opozycja, ale co ciekawe także rząd i koalicjant PO – PSL.
Ostatecznie tę hojną dla zarządzających OFE wersję zmienili posłowie. W portfelach klientów OFE zostanie więc w latach 2010-2040 ponad 57 mld zł. Co ciekawe chciał też tego (tak głosował) poseł Cichoń. Mówi, że przekonała go argumentacja rządu.
Ta sprawa każe się zastanowić nad sposobem stanowienia prawa. Eksperci i praktycy od dawna postulują, aby poprawki zgłaszane w trakcie prac w Sejmie zawierały tzw. ocenę skutków regulacji. Czyli po prostu przedstawiały zyski i starty zmian dla różnych stron (casus słynnego lub czasopisma). Gdyby nie to, że rząd w tym konktetnym przypadku przygotował szybko na własną rękę szacunki tej niewinnie wyglądającej poprawki, a opozycja ją wychwyciła, emerytalne portfele byłyby chudsze o 35 mld zł.
Podana własnie przez GUS oficjalna stopa bezrobocia zmalała z 11,2 proc. w marcu, do 11 proc. w kwietniu. To dobra informacja. Niestety nie napawa optymizmem mniej chętnie cytowane przez media, ale zdecydowanie bardziej pogłębione Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności. Z najnowszych danych BAEL wynika, że w ciągu zaledwie 3 miesięcy tego roku firmy zwolniły 328 tys. osób. Powinno to podziałać na rząd jak kubeł zimnej wody.
Firmy likwidują, i to w stosunkowo szybkim tempie, miejsca pracy. Jeszcze w IV kwartale 2008 roku pracowało w Polsce 16,0 mln osób. Był to najlepszy wynik w historii. W I kwartale tego roku było ich 15,7 mln osób. W ciągu zaledwie 3 miesięcy o 291 tys. zmalała więc liczba pracujących. Gorzej jest jeśli analizuje się sytuację osób zatrudnionych na etatach. Okazuje się, że to oni w pierwszej kolejności tracą pracę. W IV kw. ubiegłego roku firmy zatrudniały 12,48 mln pracowników najemnych. W I kw. tego roku – 12,12 mln. Etaty straciło więc prawie 330 tys. osób. Z tej liczby 240 tys. to osoby zatrudnione wcześniej na podstawie umów na czas określony i aż 88 tys. pracujący na stałe. Spadek ogólnej liczby pracujących jest mniejszy niż tych, którzy tracą etaty, ze względu na duży wzrost liczby osób, które GUS zalicza do kategorii pracodawcy i pracujący na własny rachunek. W ciągu I kwartału przybyło ich aż 80 tys.. Część osób tracących etat szuka więc alternatywy w postaci założenia firmy, ale narasta też zapewne zjawisko tzw. fikcyjnego samozatrudnienia.
Te dane powinny być dla rządu zdecydowanym bodźcem do działania. Nie da się dłużej prowadzić polityki zapewniania o lepszej kondycji naszej gospodarki niż innych gospodarek regionu czy UE. Fakt, że bezrobocie wynosi u nas (wg Eurostatu) 7,7 proc., a np. w Hiszpanii, Litwie i Łotwie ponad 15 proc. nie jest powodem, aby nie przeciwdziałać skutecznie pogorszeniu sytuacji na rynku pracy. Dobrze więc, że rząd skierował wreszcie (po miesiącach uzgodnień) do Sejmu specjalny projekt ustawy antykryzysowej. Choć wydaje się że to wciąż za mało, ma ona pomagać firmom w kłopotach i zapobiegać zwolnieniom zatrudnionych tam osób.
Dziwi tylko dlaczego rządzący prawie zawsze tak długo debatują, ustalają i konsultują najbardziej istotne dla obywateli projekty. Gdy trzeba przez rząd i Sejm „przepchać” np. ustawę medialną (za poprzedniej kadencji) czy ustawę o finansowaniu partii (obecnie) wystarczy kilka dni.
