
Likwidacja ulgi na dzieci w PIT, o której przebąkuje rząd równoczesnie podnosząc podatki, to nie tylko realizacja zgubnej polityki antyrodzinnej, która zmniejszy i tak makabrycznie niską już dzietność. To także polityka zniechęcania do legalnej pracy, podwyższania podatków, obniżania płac netto i wpędzania ludzi w konieczność korzystania ze świadczeń socjalnych
Taka decyzja przyniesie opłakane skutki nie tylko w sferze polityki rodzinnej, o której wszyscy politycy tak gorąco mówią, a w sprawie której tak niewiele robią, ale także na gruncie twardych makroekonomicznych danych:
· obniży się wskaźnik aktywności zawodowej, który w Polsce jest niski – likwidacja odliczeń spowoduje, że wzrosną podatki i koszty pracy, zmaleje płaca netto. Efekt: osoby pracujące lub poszukujące pracy będą mieć mniejszą motywację do jej podejmowania. Niższe dochody na rękę oznaczają dla nich niższe wpływy do domowego budżetu, a ich kalkulacja decyduje o podjęciu pracy. Jeśli nie ma szans na uzyskanie odpowiedniego dochodu, aby utrzymać rodzinę lub różnica miedzy zarobkami, a kosztami koniecznymi do poniesienia z tytułu „wyjścia z domu” (niańka, korepetycje, czesne za przedszkole) jest zbyt mała maleje motywacja do pracy,
· wzrosną wydatki na pomoc socjalną – mniejszy dochód netto pozwoli na zejście poniżej kryterium dochodowego koniecznego do ubiegania się o świadczenia socjalne. Teraz, aby otrzymać zasiłek i dodatki na dzieci dochód na członka rodziny nie może przekroczyć 504 zł netto. Dzięki uldze jest wyższy, a tym samym mniej osób korzysta ze świadczeń, a więcej żyje z pracy. Ulga rodzinna jest więc nie tylko wskazana z powodu mniejszych wydatków na świadczenia socjalne, ale także z punktu widzenia swojej aktywizującej formuły – odliczysz, ale dopiero jak zapracujesz,
· zwiększy się szara strefa – zarówno z powodu mniejszej motywacji do pracy jak i wzrostu liczby osób korzystających ze świadczeń socjalnych więcej osób będzie pracować nielegalnie. Osoba zostająca w domu ze względu na obawę przekroczenia dochodu pozbawiającego prawa do świadczeń będzie podejmować pracę w szarej strefie, a nie legalną,
· firmy będą tracić konkurencyjność – obniżka płac netto zwiększy presję płacową. Osoba która starci straci nagle część dochodu będzie domagać się podwyżki. A te powodują mniejszą konkurencyjność pracodawców, bo rosną ich koszty,
· zwiększy się bieda rodzin, które są w Polsce i tak na nią najbardziej narażone – z danych GUS wynika, że na przykład co piąta rodzina wychowująca więcej niż troje potomstwa żyje w skrajnej nędzy – nie uzyskuje dochodów koniecznych do biologicznego przetrwania. Odebranie rodzinom ulgi w PIT obniży ich dochody - zwiększy więc ich biedą. I nie można tu ulec argumentacji, ze biedne rodziny i tak z ulgi nie korzystają. Robią to nawet najgorzej zarabiający. Dwie osoby z pensją 1400 zł (minimalna płaca w 2011 roku) odprowadzają rocznie do fiskusa prawie 1400 zł z tytułu PIT. Jeśli wychowują jedno dziecko odliczają całą ulgę (1112,04 zł), jeśli dwoje – nie płacą PIT zwiększając dochód netto.
Nie ma też żadnych argumentów z zakresu polityki społecznej, budżetowych, etycznych czy wręcz prawnych, aby likwidować tę ulgę.
Po pierwsze będzie to bardzo negatywny sygnał dla rodziców lub osób zastanawiających się nad decyzją o posiadaniu potomstwa, że państwo prowadzi antyrodzinną politykę. A to zakrawa o szaleństwo. W danych prezentowanych na Word Factbook wynika, że na 223 kraje Polska zajmuje 209 miejsce pod względem wskaźnika urodzeń. Przed nami są nawet Chiny, które prowadzą od lat politykę jednego dziecka. Trudno jest oczywiście udowodnić, że ulga powoduje wzrost dzietności (podobnie zresztą jak trudno zweryfikować tezę o tym, że w ogóle na nią nie wpływa), ale biorąc pod uwagę literaturę przedmiotu, w której mówi się o tym, że polityka rodzinna to cały szereg różnych działań, które mają za zadanie likwidowanie barier wstrzymujących decyzje o posiadaniu potomstwa to ulga wpisuje się jako jedno z nich. Jeśli ją zlikwidujemy wrócimy też do sytuacji gdy Polska jako jedyny kraj w OECD nie widziała w systemie podatkowym dzieci. Można oczywiście posądzać wszystkie kraje rozwinięte o zbiorowe szaleństwo, ale lepiej jest, gdy wszyscy coś robią, podejść do tego z refleksją.
Po drugie rządzący i tak roztrwonią pieniądze, które ewentualnie zaoszczędzi na uldze. Nie wierzę, aby przeznaczyli je np. na obniżanie deficytu, równoważenie budżetu czy obniżkę jakiś innych podatków. Pieniądze zostaną wydane, a licznik długu publicznego i tak nie zwolni. Wolę, żeby zostały w kieszeni rodziców.
Po trzecie system podatkowy, który nie uwzględnia ciężarów alimentacyjnych jakie mają rodzice narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa oraz zasadę ochrony małżeństwa i rodziny. System taki musi jest też niegodziwy, bo często prowadzi do opodatkowania dochodu koniecznego do godnego przeżycia dzieci podatnika.
Można oczywiście wyobrażać sobie modyfikację ulgi. Na przykład, aby rodziny posiadające więcej dzieci mogłyby odliczać więcej. Badania udowadniają, że może to mieć wpływ na zwiększenie dzietności. Nie wolno jednak robić zamachu na niemal jedyną, realną pomoc rodzicom. Tym bardziej, że na politykę rodzinną wydajemy makabrycznie mało. Z danych resortu pracy wynika, że łącznie na świadczenia społeczne wydajemy 15,1 proc. PKB. Z tego na politykę rodzinną - która jest wszak inwestycją - zaledwie 0,9 proc. PKB.
Co chwilę ktoś straszy nas biedaemeryturą. Wyniesie zaledwie 25 proc. naszej pensji – głoszą alarmiści. Tak rzeczywiście będzie, ale gdy nie będziemy dłużej pracować. I nie w tym nic dziwnego. Skoro żyjemy coraz dłużej, to nie możemy oczekiwać, że nasza emerytura będzie wysoka jeśli nie będziemy dłużej na nią odkładać. To elementarne prawo nie tylko ekonomii, ale i logiki.
Otto von Bismarck, który ponad 120 lat temu wprowadził w Niemczech pierwszy na świecie system emerytalny, ustalił wiek przejścia na świadczenie na 70 lat. A wtedy średnia długość trwania życia wynosiła 45 lat. Taki system miał więc gwarancję wypłacalności. Nieco, możnaby rzec, specyficzną. Bo mimo, że składki płacili wszyscy, bardzo nieliczni otrzymywali świadczenie. W Polsce ma miejsce sytuacja odwrotna. Żyjemy teraz zdecydowanie dłużej i oczekujemy wysokich emerytur, ale wcale nie chcemy dłużej pracować. Nie chcemy też oczywiście płacić wyższych składek. Nie wiadomo jak to pogodzić. ZUS nie rozmnoży przecież pieniędzy jak Chrystus chleb i ryby nad Jeziorem Galilejskim.
Stopa zastąpienia – to słowo zaczęło robić karierę od 1999 roku. Czyli od momentu wprowadzenia reformy emerytalnej. Określa stosunek wysokości pierwszej emerytury do ostatniej pensji jaką zarabia odchodząca na nią osoba. Do publicznej wiadomości, ale także powtarzają to komentatorzy i eksperci, przedostała się informacja o makabrycznie niskiej wysokości tej stopy w nowym systemie. Obecnie wynosi ona – dane ZUS za II kwartał tego roku - 63,4 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Ma zmaleć do 30-40 proc. Sęk w tym, że jest wciąż obliczana i szacowana dla wieku emerytalnego wynoszącego 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. A wtedy rzeczywiście będzie niska.
Jak czytamy w opublikowanym już w 2003 roku raporcie Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych dla kobiety zarabiającej 80 proc. średniej pensji i odchodzącej na emeryturę w wieku 60 lat wyniesie ona 39,3 proc. średniej płacy. W tym samym raporcie jest jednak wiele dający do myślenia inny szacunek. Jeśli taka kobieta będzie pracować do 65 lat jej stopa zastąpienia wzrasta do ponad 52 proc. średniej pensji. Jeśli odchodzi z rynku pracy mając 67 lat – stopa wynosi już 59,7 proc. czyli niemal tyle co obecnie.
Podobne szacunki przeprowadził prof.
Podniesienie wieku emerytalnego nie jest robieniem komuś na złość – jak starają się to przedstawić jego przeciwnicy czy związki zawodowe. Jest tak naprawdę zwykłą koniecznością wynikającą z tego, że żyjemy coraz dłużej. I nie można tu mylić dwóch pojęć: średniej dalszej trwania życia dla noworodka i osoby starszej. To dwie różne rzeczy. Na przykład rodzący się mężczyzna ma przed sobą 71,5 lat życia. Ale nie wnika z tego, że 65-latek zaledwie 6 lat. Z danych GUS wynika, że prawie 15 lat. Bo jeśli dożył już tego wieku to znaczy, że przeżył część swoich rówieśników i będzie żył dłużej niż wynika to prostej operacji odjęcia od szacowanej długości życie noworodka wieku, w którym odchodzi na emeryturę. Zapominają o tym w debacie publicznej nie tylko publicyści, ale także politycy, którzy się na ten temat wypowiadają. A to kluczowa sprawa. Nie można bowiem oczekiwać wysokiej emerytury za krótki okres opłacania składek. Na przykład 55-letnia kobieta żyje jeszcze średnio ponad 27 lat. A jeśli zaczęła pracę w wieku 25 lat to na świadczenie odkłada niewiele dłużej – 30 lat. Jak z 20 proc. odkładanej prze ten czas pensji (tyle wynosi składka na emeryturę) wypłacać jej przyzwoite świadczenie? Tego się nie da zrobić.
Jedynym sposobem na podwyższenie emerytur jest dłuższa praca. Chyba, że ktoś pogodzi się z tym, że będzie otrzymywał bardzo niewiele. Roszczenie wysokiego świadczenia przy obecnym wieku emerytalnym jest żądaniem nielogicznym. Chyba, że liczy się na cud.
