rssdodaj RSS
---Bartosz Marczuk - Wpisy z Kwiecień 2009
07 kwietnia 2009

W krajach UE zatrważająco szybko rośnie bezrobocie

Wskaźnik bezrobocia w Polsce jest niższy niż w 11 krajach UE. Zatrważająco szybko bezrobocie rośnie w Hiszpanii, Irlandii, oraz na Litwie i Łotwie.

Wskaźnik bezrobocia w 27 krajach Unii Europejskiej wyniósł w lutym 7,9 proc. – podał właśnie Eurostat. Bez pracy w krajach UE pozostaje 19,2 mln osób. W 16 krajach strefy euro wskaźnik bezrobocia sięgnął 8,5 proc. Najniższe bezrobocie notują Holandia, Cypr Austria i Słowenia. Nie przekracza tam ono poziomu 5 proc., a w Holandii wynosi zaledwie 2,7 proc.

Najwyższy wskaźnik bezrobocia notuje Hiszpania, Łotwa, Litwa i Irlandia. Wszędzie tam jest on dwucyfrowy. Wynosi odpowiednio 15,5 proc., 14,4 proc., 13,7 proc. i 10 proc. Ponadto bezrobocie rośnie tam w niezwykle szybkim tempie. Rok wczesnej (w lutym 2008 roku) wynosiło ono odpowiednio 9,3 proc., 6,1 proc., 4,4 proc. i 4,8 proc. Na Litwie wzrosło więc ono w ciągu zaledwie 12 miesięcy ponad trzykrotnie (z 4,4 proc. do 13,7 proc.). Podobne wzrosty notuje Łotwa. Ponad dwukrotnie więcej osób bez pracy, niż rok wcześniej, jest w Irlandii.

W Polsce wskaźnik bezrobocia (7,4 proc.) jest poniżej średniego w UE. A przypomnijmy, że w 2004 roku bezrobocie w Polsce wynosiło 19 proc. i był to wynik dwukrotnie gorszy niż średnia dla UE, która wynosiła wtedy 9 proc. W Polsce bezrobocie malało w ostatnim czasie najszybciej ze wszystkich krajów UE. Polska jako jeden z siedmiu krajów UE odnotowała też w okresie luty 2008 / luty 2009 spadek bezrobocia. W 19 krajach UE nastąpił jego wzrost, a w jednym pozostał na niezmienionym poziomie.

Eurostat nieco inaczej określa wskaźnik bezrobocia niż poszczególne kraje (u nas robi to GUS). Definiując bezrobotnego bierze pod uwagę zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy i opiera się na założeniu, że bezrobotnym jest osoba w wieku 15-74 lata, która pozostaje bez pracy, jest w stanie podjąć ją w ciągu najbliższego tygodnia i w ciągu ostatnich czterech tygodni aktywnie jej poszukiwała. Taka definicja pozwala na obiektywne porównywanie wyników.

06 kwietnia 2009

Wysokie zyski zarządzających OFE doprowadzą do demontażu systemu emerytalnego

Trwa właśnie dyskusja na temat obniżania zysków PTE - instytucji zarządzających środkami przyszłych emerytów gromadzonych w OFE. Oto mój głos w tej sprawie:

II filar ubezpieczeń społecznych jest drogi. Za drogi. Utrzymywanie obecnego stanu rzeczy może doprowadzić do rozpadu systemu emerytalnego i ostatecznej kompromitacji idei partnerstwa publiczno-prywatnego.

            Ze 120 mld zł, które wpłynęły w ciągu ostatnich 10 lat do OFE zarządzające nimi powszechne towarzystwa emerytalne (PTE) pobrały jako wynagrodzenie ponad 10,5 mld zł. To prawie 9 proc. przelanych do funduszy składek przyszłych emerytów.

            Systemowy błąd w sposobie wynagradzana firm zarządzających OFE - ich przychody niemal w ogóle nie zależą od tego co najważniejsze dla ich klientów czyli zysków z inwestycji - najbardziej uzmysławia sytuacja z 2008 roku. Aktywa przyszłych emerytów stopniały o 22 mld zł, a zarządzający OFE pobrali tytułem opłat rekordową kwotę 1,8 mld zł. Z tej kwoty 740 mln zł to ich zysk. Też rekordowy. Dla porównania ZUS, który jest uważany za drogą instytucję, ale wykonuje nieskończenie więcej zadań niż PTE, kosztował nas w ubiegłym roku zaledwie 3,35 mld zł.

            Taka sytuacja jest nie do zaakceptowania. I to nie tylko z powodu konieczności dbania o interes klientów czy bezpieczeństwo wypłacalności systemu emerytalnego - wszak gwarantem wypłat minimalnych świadczeń jest skarb państwa. Wbrew pozorom jej zmiana jest też w interesie zarządzających OFE. Jeśli wciąż będą alergicznie, a czasem wręcz histerycznie reagować na próby obniżenia ich zysków, może się to skończyć całkowitym odwrotem od II filara. Coraz częściej pojawia się postulat jego dobrowolności (np. ostatnia propozycja OPZZ) czy wręcz likwidacji.

Manufakturowy biznes

            Fabryka zysków. Takim mianem są nazywane w dużych grupach kapitałowych - zajmujących się jeszcze np. ubezpieczeniami życiowymi, majątkowymi czy inwestowaniem - działające tam PTE. Ryzyko prowadzenia tego biznesu jest bliskie zeru. Przede wszystkim zapewniony jest stały dochód. Pracujący klient, który musi być członkiem OFE (podobnie jak opłacać składki do ZUS) co miesiąc wpłaca do funduszu ponad 37 proc. swojej składki emerytalnej. A to marzenie każdej firmy, która w normalnych, rynkowych warunkach musi walczyć o przetrwanie, klienta i przychody.

            Zagrożenia są minimalne. Polegają na nieosiągnięciu tzw. wymagalnej stopy zwrotu (wtedy akcjonariusze muszą dopłacić za tzw. niedobór z własnej kieszeni) oraz przejęciu części klientów przez konkurencję (wtedy maleją przychody). Bardzo łatwo też określić konieczne do poniesienia koszty. Wynikają głównie z obowiązków nałożonych przez ustawodawcę. np. konieczność wysłania do klientów informacji o stanie konta, obowiązków informacyjnych czy kosztów ponoszonych na rzecz nadzoru czy ZUS. PTE ponoszą też koszty operacyjne, wynikające m.in. z obrotu papierami wartościowymi czy zatrudnienia. Reszta zależy od decyzji akcjonariuszy. Jeśli chcą np. prowadzić agresywną politykę przejęć klientów rosną koszty akwizycji.

            Prowadzenie tego biznesu nie jest więc skomplikowane.

Gra zerojedynkowa

            Mimo tego PTE nie konkurują ze sobą praktycznie o klienta wysokością kosztów, jakie musi ponieść. Liczy się tutaj wysokość prowizji od wpływającej do funduszu składki oraz tzw. opłata za zarządzenie. A im są wyższe, tym mniej pozostaje na koncie przyszłego emeryta. Droższy fundusz oznacza więc niższą emeryturę.

Na początku reformy, w 1999 roku, OFE konkurowały ze sobą wysokością prowizji. Same ustalały ich wysokość. Większość redukowała je w miarę upływu czasu, w którym klient należał do OFE. Tak było do kwietnia 2004 roku. Wprowadzona wtedy zmiana określiła maksymalne limity opłaty od składki. Docelowo, ale dopiero od 1 stycznia 2014 r., OFE nie będą mogły z pieniędzy przekazywanych im z ZUS zabrać więcej niż 3,5 proc. Do tej daty maksymalny limit opłaty jest ustalany różnie. Na przykład w latach 2004-2010 roku wynosi 7 proc. Niestety wraz ze zmianą przepisów wszystkie OFE (poza Allianz Polska OFE) ustaliły wysokość prowizji na maksymalnym 7 proc., dopuszczalnym poziomie. Co więcej niektóre, wykorzystując okazję i nieprecyzyjne przepisy, złamały wręcz dane klientom słowo. Nie obniżyły im prowizji w sposób obiecany w momencie zapisywania się przez nich do OFE.

Podobnie jest z opłatą za zarządzanie, pobieraną przez PTE bezpośrednio z aktywów OFE, czyli pieniędzy przyszłych emerytów. Wszystkie ustaliły ją na maksymalnie wysokim poziomie.

To m.in. dlatego resort pracy zaproponował przyspieszenie terminu redukcji prowizji (od 2010 roku mają wynosić maksymalnie 3,5 proc.) i wprowadzenie ostrzejszych limitów od opłaty za zarządzanie. Projekt odpowiedniej ustawy trafił już do Sejmu. W efekcie przychody PTE w latach 2010–2050 zamiast 197,7 mld zł mają wynieść 140,5 mld zł. Z kolei zysk 86,7 mld zł, a nie 144,1 mld zł. Ta propozycja wzbudziła ogromny sprzeciw zarządzających OFE. Dopominają się też, i słusznie, innych zmian – takich jak wielofunduszowość, zmiany w sposobie akwizycji czy rozszerzenie możliwości inwestycyjnych. Ale główny ciężar argumentacji odnosi się do opłat.

W poszukiwaniu równowagi

            Jest oczywiste, że interes akcjonariuszy PTE i ich klientów jest różny. Im niższe przychody PTE, tym wyższe świadczenia przyszłych emerytów, a niższe zyski akcjonariuszy towarzystw. Nie ma jednak nic zdrożnego w tym, że zarządzający OFE, którzy zainwestowali w rozpoczęcie emerytalnego biznesu kapitał, chcą osiągać zyski. Nie wolno też oczekiwać, że PTE będą skutecznie zarządzać emerytalnymi pieniędzmi jeśli nie będą miały środków na opłacanie najlepszych specjalistów czy będą oszczędzać na analizach rzeczywistości.

            Jednak w normalnej sytuacji stosunek kosztów do zysków reguluje rynek. To konkurencja wymusza na firmie redukcję kosztów, ale także zmusza ją do wyprodukowania najlepszego z możliwych produktów czy usługi. Jeśli będą złe nikt ich nie kupi.

            Obecna sytuacja na emerytalnym rynku nie jest jednak normalna. Zawodzi konkurencja. Fundusze nie rywalizują w praktyce o klienta wysokościami opłat, stosują też zbliżoną politykę inwestycyjną.

            W sytuacji gdy zawodzą rynkowe zachęty zmuszające zarządzających OFE do obniżenia swoich zysków - zwłaszcza wobec ogromnych strat jakie ponieśli w ostatnim czasie klienci OFE – ustawodawca powinien wprowadzić rozwiązanie administracyjnie do tego ich zmuszające. Choć nie powinien też zapominać, że to nie jedyny sposób na podwyższenie emerytur.

            Niepodjęcie żadnych działań może doprowadzić do demontażu obecnego systemu emerytalnego. Po pierwsze zgromadzone tam ponad 130 mld zł (a kapitał ten będzie rósł) jest łakomym kąskiem dla polityków. Każdy z nich chciałby móc dysponować takim kapitałem. Po drugie obecna sytuacja jest społecznie nie do zaakceptowania. Ludzie czują, że coś jest nie tak. Skoro OFE tracą to dlaczego zarządzające nimi firmy osiągają rekordowe zyski. A polityczna wola „rozprawienia się” z zarządzającymi i brak akceptacji dla II filaru wcześniej czy później doprowadzi do jego likwidacji.

            Brak reakcji spowoduje też kompromitację idei partnerstwa publiczno-prywatnego. A pożądany jest przecież układ, w którym państwo tworzy prawne ramy i odpowiada za jakieś zadanie publiczne, ale jego realizację zleca lepiej zazwyczaj działającym prywatnym podmiotom.

---