rssdodaj RSS
---Bartosz Marczuk - Wpisy z Styczeń 2007
30 stycznia 2007

Polska w urodzeniowej depresji

GUS podał właśnie pełne dane dotyczące liczby urodzin w 2006 roku. Okazuje się, że w ubiegłym roku urodziło się 374 tys. dzieci - o nieco 10 tys. więcej niż rok wcześniej (w 2005 roku urodziło się 364,4 tys. dzieci).

Jak pisałem 26 stycznia ten wzrost to przede wszystkim efekt zmian demograficznych zachodzących w Polsce, a nie jak chce minister pracy i polityki społecznej Anna Kalata działania becikowego. W danych GUS nie ma też mowy o wzroście liczby urodzin o 60 tys. tak jak ogłosiła to w Berlinie minister. Jednak na stronie kierowanego przez nią ministerstwa wciąż widnieje informacja, że o 60 tys. , a nie o 10 tys. wzrosła w ubiegłym roku liczba urodzeń. Może pani minister korzysta z innych, tajnych źródeł?

Zmiany mające wpływ na wzrost liczby urodzeń to przede wszystkim fakt, że przybywa – to efekt dużej liczby urodzeń w latach 70-tych i początku lat 80-tych - kobiet w wieku 20-24 lata oraz 25-29 lat, a to one rodzą najwięcej dzieci. Dane demograficzne wskazują też na przesuwanie się w górę wieku najwyższej płodności kobiet. O ile w 1990 roku 36,4 proc. dzieci rodziły kobiety w wieku 20-25 lata, a 29,3 proc. w wieku 25-29 lat, tak obecnie proporcje te się odwróciły. 37,7 proc. dzieci jest rodzonych przez kobiety z drugiego przedziału wiekowego, a 26,2 z pierwszego. Na większa liczbę urodzin może mieć też wpływ poprawiająca się też sytuacja na rynku pracy i wzrost dochodów ludności.

Jak szacują demografowie m.in. dzięki tym zmianom jeszcze do 2010 roku możemy liczyć na nieznaczny wzrost liczby urodzeń. W 2006 roku dzięki wyższej ich liczbie po raz pierwszy od 2001 roku zanotowaliśmy dodatni przyrost naturalny. Innymi słowy więcej Polaków się urodziło niż zmarło.

Nie oznacza to jednak, że jest czy będzie świetnie. GUS pisze, że mimo rosnącej liczby urodzeń w dalszym ciągu poziom reprodukcji nie gwarantuje prostej zastępowalności pokoleń (będzie nas więc coraz mniej), a od 1989 roku utrzymuje się w Polsce okres głębokiej urodzeniowej depresji. Współczynnik dzietności wynosi 1,24 proc., a najbardziej korzystną sytuację demograficzną określa współczynnik kształtujący się na poziomie 2,1-2,15 tj. kiedy w danym roku na jedną kobietę w wieku 15-49 lat przypada średnio 2 dzieci.

Dlatego nie wolno wysyłać w świat informacji jak jest świetnie dzięki becikowemu, tylko trzeba stworzyć kompleksowy program polityki rodzinnej.

26 stycznia 2007

Przekroczone granice niekompetnacji - apel do minister Kalaty

Apeluję do pani Anny Kalaty, minister pracy i polityki społecznej, aby nie kompromitowała siebie, dorobku resortu którym kieruje i naszego kraju. Skąd ten apel? Śpieszę z wyjaśnieniem.

Otóż na stornie ministerstwa kierowanego przez panią minister zawieszona jest nota o berlińskim spotkaniu ministrów pracy UE. Jest tam relacja z tego co mówiła pani minister. Znajduje się tam następujący fragment. Minister (przyp. BM) ...wskazała również na pierwsze efekty wprowadzonego przez Rząd RP pod koniec 2005 roku specjalnego dodatku z tytułu urodzenia dziecka - w 2006 roku urodziło się ok. 60 tys. dzieci więcej niż w roku poprzednim.

Skąd ta rewelacja – po prostu nie wiem. Zaglądam więc do danych GUS dotyczących liczby urodzeń w poprzednim roku. Z danych za okres styczeń-listopad (prawie pełnych) wynika, że w 2006 roku urodziło się w tym czasie 347,6 tys. dzieci. Rok wcześniej liczba ta wyniosła 338,1 tys. W 2006 roku w ciągu 11 miesięcy urodziło się więc o 9,5 tys. więcej dzieci niż rok wcześniej w tym samym okresie. Nie jest w żaden sposób możliwe, żeby w grudniu zamiast około 30 tys. dzieci (tak jak rodzi się w Polsce przeciętnie co miesiąc) urodziło się nagle ponad 80 tys. dzieci (o 50 tys. więcej), aby zadość uczynić szacunkom pani minister mówiącej, że w ubiegłym roku liczba urodzeń wzrosła o 60 tys.

Oprócz oczywistego błędu wynikającego po prostu z niesprawdzenia ogólnie dostępnych danych statystycznych, w informacji pani minister pojawia się też błąd logiczny i brak podstawowej znajomości procesów demograficznych.

Co do logiki. Jak już pisałem (zobacz wpis z 15 stycznia) o wypłacaniu becikowego zdecydowano na sam koniec grudnia 2005 roku. Jest wiec oczywiste, że jest za wcześnie, aby ocenić czy mogło ono mieć jakikolwiek wpływ na liczbę urodzeń w całym 2006 roku. Nawet gdyby przyszli rodzice rozpoczęli starania o dziecko w styczniu ubiegłego roku - zaraz po tym jak było wiadomo, że becikowe wejdzie w życie - to poczęte w ten sposób dzieci urodziłyby się na przełomie października i listopada. Nie można więc ocenić na ile to becikowe ma wpływ na nieco wyższą liczbę urodzeń w 2006 roku.

Co do wiedzy. Każdy kto choć odrobinę orientuje się w procesach demograficznych wie, że nie można spodziewać się iż mają one dużą dynamikę. Podobnie jak sytuacja na rynku pracy cechują się dużą tzw. inercją. Zmiana trendów to wypadkowa wielu czynników i na pewno nie można twierdzić, że becikowe w ciągu zaledwie jednego roku wywołało wzrost liczby urodzeń o ponad 16 proc.

Co do faktów. W najbliższych latach możemy liczyć na nieznaczny wzrost liczby urodzeń w Polsce. Wynika to z procesów demograficznych. Rośnie liczba kobiet w tzw. wieku rozrodczym, zwłaszcza w tych przedziałach (20-24 lata, 25-29 lat), które rodzą najwięcej dzieci. To demograficzny trend, który trwa już od trzech lat, a nie cudowne działanie becikowego.

Ponawiam więc apel. Zanim się coś powie lepiej rzecz sprawdzić lub zapytać innych (bardziej kompetentnych).

23 stycznia 2007

O niesprawiedliwych dodatkach raz jeszcze

Rząd przyjął dzisiaj projekt ustawy zakładający, że zamiast waloryzacji świadczeń dla 9,9 mln osób 6,5 mln z nich otrzyma jednorazowe dodatki. Ten pomysł jest moim zdaniem (jak pisałem już wcześniej) niesprawiedliwy i zły.

A oto argumenty:

  • świadczenia – co do zasady - są odzwierciedleniem wcześniejszego wkładu do systemu. Im więcej się pracowało tym wyższą ma się emeryturę, rentę; dlatego wypłata dodatków tylko dla osób otrzymujących niskie świadczenia jest karaniem za zapobiegliwość i pracowitość osób, które mają nieco wyższe świadczenia,
  • wszelkie statystyki mówią, że w Polsce ponadprzeciętnie dużo pomaga się osobom po 50 roku życia, ponadprzeciętnie mało rodzinom wychowującym dzieci; w efekcie ci pierwsi są prawie najmniej, a ci ostatni najbardziej narażeni na ubóstwo,
  • wypłata dodatków może prowadzić do kompletnej aberracji, poniżej 3 przykłady:
Przykład 1. Osoba prowadzi działalność gospodarczą. Wpłacała do ZUS (zgodnie z obowiązującym prawem) niskie składki i teraz ma najniższą emeryturę (597,46 zł). Równocześnie, ponieważ interesy idą świetnie dorobiła się domu, kilku mieszkań, a wiedząc, że jej emerytura będzie niska odłożyła na starość 0,5 mln zł. Z wynajmu mieszkań i odsetek ma teraz miesięczny dochód sięgający kilku tys. zł. Ponieważ jednak otrzymuje niską emeryturę otrzyma dodatek.

Przykład 2. Przez 25 lat osoba pracowała w Polsce później wyjechała do USA. Tam dorobiła się majątku i wróciła z pieniędzmi do Polski. Z ZUS otrzymuje najniższą emeryturę (taka jej się należy), ale na koncie ma 1 mln zł, więc z odsetek ma około 50 tys. rocznie. Taka osoba też otrzyma dodatek.

Przykład 3. Było dwóch sąsiadów. Jeden przez 40 lat wstawał do pracy, zarabiał nieco ponad średnią krajową, w międzyczasie się dokształacał i teraz otrzymuje z ZUS emeryturę w wysokości 1250 zł. Drugi całe życie popijał pod miejscowym sklepem, od czasu do czasu pracował, dorabiał, był na lewej rencie i ostatecznie uzbierał 25 lat okresów składkowych i nieskładkowych. ZUS ustalił mu emeryturę, ponieważ jednak składek było za mało - do minimalnego świadczenia dopłaca co miesiąc budżet. Ten drugi otrzymuje z ZUS dotowaną, najniższą emeryturę, a teraz dodatkowo otrzyma dodatek. Ten pierwszy nie dostanie nic.

  • dodatki ograniczają bodźce do pracy bo pracujący wiedząc, że tylko niska emerytura będzie rosnąć, nie będzie mieć motywacji do aktywności i uzyskania wyższej emerytury, a szczególnie w Polsce, gdzie pracuje zaledwie co czwarta osoba w wieku 55-64 lata, powinniśmy wydłużać aktywność zawodową,
  • nie rośnie tzw. podstawa wymiaru – świadczeniobiorcy czują się niepewnie, bo wszystko zależy od jednorazowych decyzji,
  • takie protezy, zamiast rozwiązań systemowych, powodują, że co roku politycy kłócą się o sposób podwyższania świadczeń - zamiast rzeczowej argumentacji kwitnie populizm,
  • świadczenia osób, które nie otrzymają podwyżki będą tracić na wartości – nawet do 2009 roku kiedy będzie następna waloryzacja,
  • system ubezpieczeń społecznych nie jest też narzędziem do pomagania najuboższym, od pomocy socjalnej jest pomoc społeczna – umiejscowiona w gminie, znająca sytuację majątkową poszczególnych osób, mogąca przeprowadzić wywiad środowiskowy i skierować pomoc do potrzebujących (a propos przykładów),
  • 3,5 mln osób nie otrzyma żadnych pieniędzy, ale za to dodatki otrzyma 1,3 mln świadczeniobiorców KRUS (80 proc. wszystkich świadczeniobiorców KASY), mających niskie świadczenia bo opłacających wcześniej makabrycznie niskie składki, do których i tak budżet dopłaca 15 mld zł rocznie.
18 stycznia 2007

Reformy mile widziane

Powiało optymizmem. Przeciętna pensja przekroczyła w grudniu magiczny poziom 3 tys. zł., przybywa etatów, a rząd chce obniżyć koszty pracy i podatki.

GUS podał właśnie (porównaj wpis z 15 grudnia Przybywa etatów rosną pensje), że przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw (firmach zatrudniających powyżej 9 pracowników) wzrosła w grudniu do 3027,51 zł. To o prawie 10 proc. więcej niż w listopadzie i o 8,5 proc. więcej niż przed rokiem. Oczywiście zawsze w grudniu firmy notują skokowy wzrost pensji (wypłacają dodatkowe wynagrodzenia na koniec roku), ale ten proces jest już tendencją.

Przybywa też miejsc pracy. W sektorze przedsiębiorstw ich liczba prawie przekroczyła barierę 5 mln osób. W grudniu pracowało tam 4,994 mln osób, o 4,1 proc. niż rok wcześniej. Doświadczamy więc stałego ożywienia polskiej gospodarki, wynikającego przede wszystkim z wcześniejszej restrukturyzacji przedsiębiorstw, dobrej koniunktury na światowych rynkach, przyciągania zagranicznych inwestycji. Nie jest to jednak efektem podjętych reform.

Teraz więc czas na rząd. Dobrze się stało, że wczoraj premier Zyta Gilowska podtrzymała wcześniejsze zapowiedzi obniżenia w latach 2008-2009 składek rentowych. Przypomnijmy, że w 2009 roku mają też zmaleć podatki. Jeśli uda się te reformy zrealizować, a do tego m.in. zmniejszyć biurokrację, usprawnić działanie sądów, wygasić drogie przywileje emerytalne, zreformować KRUS to polska gospodarka ma przed sobą niezłe perspektywy.

15 stycznia 2007

Czy becikowe działa?

W 2006 roku urodzi się nieco więcej dzieci. Informacje, że to wpływ becikowego, to nieporozumienie.

W listopadzie posłowie LPR, uważający się za ojców chrzestnych becikowego (nomen omen) ogłosili, że zaczęło ono działać bo rodzi się więcej dzieci. Problem polega na tym, że tej informacji nie potwierdza ani podstawowa wiedza o procesach demograficznych, ani elementarna logika.

Zacznijmy od logiki. Becikowe jest wypłacane od lutego, a o jego wprowadzeniu zdecydowano na sam koniec grudnia 2005 roku. Jest wiec oczywiste, że jest za wcześnie, aby ocenić czy mogło ono mieć jakikolwiek wpływ na liczbę urodzeń w całym 2006 roku. Nawet gdyby przyszli rodzice rozpoczęli starania o dziecko w styczniu ubiegłego roku - czyli zaraz po tym jak było wiadomo, że becikowe wejdzie w życie - to poczęte w ten sposób dzieci urodziłyby się na przełomie października i listopada. Nie można więc ocenić na ile to becikowe ma wpływ na nieco wyższą liczbę urodzeń w 2006 roku.

Z najnowszych danych GUS dotyczących liczby urodzeń wynika, że w ciągu 10 miesięcy 2006 roku urodziło się 316,9 tys. dzieci. Rok wcześniej w tym samym okresie urodziło się 308,9 tys. dzieci. Różnica wynosi więc 8 tys., czyli około 800 dzieci miesięcznie. Nie ma jeszcze danych za cały ubiegły rok nie można więc przesądzić jak będzie wyglądać liczba urodzin w całym 2006 roku, ale nawet gdyby liczba ta wzrosła jeszcze bardziej to nie można stwierdzić, że to efekt działania becikowego. Po prostu – ze względów o których wyżej - jest na to za wcześnie. Ponadto mają tu znaczenie inne niż becikowe czynniki.

Każdy kto choć odrobinę orientuje się w procesach demograficznych wie, że nie można spodziewać się iż mają one dużą dynamikę. Podobnie jak sytuacja na rynku pracy cechują się dużą tzw. inercją. Zmiana trendów to wypadkowa wielu czynników i na pewno nie można stwierdzić, że becikowe w ciągu zaledwie jednego roku wywołało wzrost liczby urodzeń. Pomijając demografię takie twierdzenie jest też uwłaczające dla rodziców dzieci – starali się o dziecko wyłącznie po to by otrzymać 1000 zł?

W ciągu najbliższych lat możemy liczyć na nieznaczny wzrost liczby urodzeń w Polsce. Nie wynika to jednak z wprowadzenia becikowego, ale z procesów demograficznych. Po trwającym od 1984 roku spadku liczby urodzeń 2006 rok jest trzecim, w którym odnotowuje się zwiększenie ich liczby. Wynika to m.in. z tego, że przybywa kobiet w tzw. wieku rozrodczym, zwłaszcza w tych przedziałach (20-24 lata, 25-29 lat), które rodzą najwięcej dzieci. Nie bez znaczenia jest też poprawa sytuacji na rynku pracy. To demograficzny trend, który trwa już od trzech lat, a nie cudowne działanie becikowego.

Oczywiście państwo może próbować wpływać na zwiększenie liczby urodzeń, ale na pewno aby odniosło to skutek potrzeba kompleksowego programu obejmującego politykę rynku pracy, mieszkaniową, zdrowotną, edukacyjną, socjalną i podatkową, a nie jednorazowych upominków.

12 stycznia 2007

Licytacja na podwyżki

Posłowie wciąż nie przesądzili dzisiaj o waloryzacji emerytur i rent prawie 10 mln osób. Decyzje odłożyli o kolejne 2 tygodnie mimo, że podwyżki mają się odbyć już w marcu. To dlatego, że wszystkie ugrupowania polityczne, mając na uwadze potężny elektorat, chcą uchodzić za autorów rozwiązań zapewniających wyższe świadczenia.

Do tej licytacji włączył się rząd, zmieniając dzisiaj niespodziewanie wcześniejsze plany podwyżek. Proponuje, aby nie objęły one wszystkich, ale te osoby, które otrzymują niskie emerytury i renty. Pomysł ten ma niewiele wspólnego z logiką, sprawiedliwością i zdrowym rozsądkiem.

Wysokość emerytury, co do zasady, odzwierciedla wcześniejszy wkład w formie składek. Kwotowe podwyżki są więc krzywdzące dla tych, którzy długo pracując i odprowadzając wyższe składki, zapracowali na wyższe świadczenia. Można sobie wyobrazić sytuację, że jedna osoba pracowała przez 40 lat i ma teraz emeryturę w wysokości 1000 zł. Druga pracowała niewiele, była na „lewej rencie” teraz jest emerytem i dostaje 700 zł. Pierwsza nie dostanie nic. Druga podwyżkę. Podwyżki kwotowe będą więc karać osoby pracowitsze i zapobiegliwsze. Ich świadczenia będą wręcz tracić na wartości.

Takie podwyżki ograniczają też bodźce do pracy. Pracujący wiedząc, że tylko niska emerytura będzie rosnąć, nie będzie mieć motywacji do dalszej pracy i uzyskania wyższej emerytury. A szczególnie w Polsce, gdzie pracuje zaledwie co czwarta osoba w wieku 55-64 lata (najniższy wskaźnik w UE), powinniśmy zmierzać do wydłużania aktywności zawodowej.

Najlepiej, aby waloryzacja była przeprowadzona o wskaźnik procentowy, uwzględniający na pewno poziom inflacji. To gwarantuje, że świadczenia nie tracą na wartości. Możliwe jest też uwzględnienie części wzrostu wynagrodzeń, a rozwiązanie szczegółowe powinno zależeć od możliwości budżetu państwa. Jeśli ktoś natomiast otrzymuje świadczenie ponadprzeciętnie wysokie za to, że służył na przykład w SB i miał z tego tytułu specjalne przywileje, to trzeba je weryfikować indywidualnie, a nie karać na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej wszystkich uczciwie pracujących.

System ubezpieczeń społecznych nie jest też narzędziem do pomagania najuboższym. Od pomocy socjalnej jest pomoc społeczna – umiejscowiona w gminie, znająca sytuację majątkową poszczególnych osób, mogąca przeprowadzić wywiad środowiskowy i skierować określoną pomoc.

08 stycznia 2007

Więcej pracy w Polsce i Unii

Najnowsze dane Eurostatu dotyczące bezrobocia wskazują na poprawiającą się sytuację na polskim i europejskim rynku pracy. Polska ma wprawdzie wciąż najwyższe bezrobocie wśród 27 krajów UE, ale nie odbiega już ono od średniej unijnej tak znaczącą jak wcześniej.

W grudniu 2005 roku wskaźnik bezrobocia w Polsce wynosił 17,1 proc. i był dwukrotnie wyższy niż średnia dla Unii (8,6 proc.). Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że bezrobocie w UE wyniosło w listopadzie ubiegłego roku 7,7 proc., a w Polsce 13,6 proc. (jest ono liczone nieco inaczej niż robi to polski GUS). Nie ma już więc tak znaczącej dysproporcji jak rok wcześniej. Dwucyfrowy poziom bezrobocia notuje poza Polską wyłącznie Słowacja (12,3 proc.). W pozostałych krajach UE wskaźnik ten waha się od 8,7 proc. w Grecji i 8,6 proc. we Francji do 3,3 proc. i 3,6 proc. odpowiednio w Danii i Holandii.

W UE odczuwalna jest więc poprawa sytuacji na rynku pracy związana z ożywieniem gospodarczym. Szacuje się, że w 2006 roku wzrost PKB liczony dla krajów UE przyspieszył do 2,8 proc. z 1,7 proc. zanotowanego w 2005 roku. Maleje też wskaźnik bezrobocia – w ciągu ubiegłego roku z 8,6 proc. do 7,7 proc. Najszybciej w Estonii, Danii, Słowacji i Polsce. Jedynie 3 kraje UE odnotowały jego wzrost. Były to Wielka Brytania, Luksemburg i Węgry.

Także polskie szacunki wskazują na poprawiającą się sytuację na naszym rynku pracy. Jak podaje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej bez pracy na koniec grudnia było 2,31 mln osób. Wskaźnik bezrobocia wyniósł na koniec ubiegłego roku 14,9 proc. i był o 0,1 proc. wyższy niż w listopadzie. Mimo grudniowego wzrostu ubiegły rok przyniósł znaczą poprawę sytuacji na polskim rynku pracy. Od stycznia 2006 roku liczba bezrobotnych spadła o ponad 462 tys. Wskaźnik bezrobocia, który w grudniu 2005 roku wynosił 17,6 proc. spadł o 2,7 pkt. proc. To najniższy notowany w grudniu wskaźnik bezrobocia od 1999 (wynosił wtedy 13,1 proc.).

To najlepszy czas na reformy. Teraz rząd powinien zacząć obniżać koszty pracy, ułatwić prowadzenie biznesu, uprościć system podatkowy, zmniejszyć biurokrację, usprawnić działanie sądów i pośrednictwa pracy. Wprowadzenie tych zmian pozwoliłoby utrwalić na stałe poprawiającą się sytuację.

03 stycznia 2007

Polska – wzór do naśladowania

Decyzja polskiego rządu, który chce pełnego otwarcia naszego rynku pracy dla wszystkich 27 krajów UE jest godna naśladowania. Powinni nią podążyć pozostali członkowie Unii.

Rząd chce, aby w Polsce mogli bez zezwoleń pracować obywatele wszystkich 25 krajów Unii oraz Bułgarii i Rumunii. Dotychczas mogą pracować u nas bez ograniczeń tylko obywatele krajów, które także dla nas otworzyły rynki pracy. Dotyczy to 8 z 9 krajów tzw. nowej Unii, które razem z nami przystąpiły do UE (za wyjątkiem Malty), oraz 8 z 15 krajów tzw. starej Unii (Wielkiej Brytanii, Irlandii, Szwecji, Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, Grecji i Finlandii). Pozostali członkowie UE są objęci tzw. zasadą wzajemności. Stanowi, że obywatele krajów, które nie otworzyły dla nas rynków pracy nie mogą bez ograniczeń pracować u nas. Rząd chce znieść tę zasadę.

Dzięki tej decyzji to Polska – od niespełna 3 lat kraj członkowski – w pełni realizuje 4 wolności rynku UE. A są to wolność przepływu towarów, usług, kapitału oraz ludzi. Ta ostania, najczęściej ograniczana oznacza prawo do pracy, życia, osiedlania się i korzystania ze wszystkich dóbr socjalnych w miejscu pobytu na terytorium UE, bez względu na przynależność państwową.

Znaczenie tej decyzji nie będzie miało wielkiego zacznie praktycznego (zobacz debata w GP). Zarobki w naszym kraju są zbyt niskie żeby masowo przyciągnąć emigrantów z krajów UE. Ale jej wydźwięk jest bardzo korzystny. Oto Polska kraj o najwyższym bezrobociu w UE, niedawny jej członek decyduje się na praktyczną i pełną realizację idei wolności, które powinny przyświecać całej Unii. Jak jednak wiadomo przez egoizmy i zdecydowane stawianie własnych interesów poszczególnych krajów ponad interes ogółu (niedawny przykład tzw. dyrektywy usługowej) póki co nie do końca się to udaje.

---