
ZUS nie powinien być zmuszany do wysyłania na koszt ubezpieczonych listów do tych, którzy z własnej niefrasobliwości nie wybrali OFE.
Każdego roku ZUS wysyła ponad 0,5 mln poleconych listów do osób, które powinny samodzielnie wybrać OFE, ale tego nie zrobiły. ZUS wzywa ich – taki obowiązek nakłada na niego ustawa – do zawarcia umowy z funduszem. Koszt tej operacji w samym tylko 2006 roku ZUS szacuje na kwotę 1,7 mln zł.
Tak naprawdę za niefrasobliwość tych osób płacą pozostali ubezpieczeni w ZUS. Zakład nie ma co do zasady własnych pieniędzy, ale działa z tzw. odpisu na finansowanie swojej działalności. To nic innego jak określony procent ze składek, które do niego wpływają. W przyszłym roku odpis ten (zgodnie z planem finansowym Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – patrz str. 126-129 ) wyniesie około 3,1 mld zł.
Poza kosztami, dodatkowym argumentem za tym, aby nie nakładać na ZUS takiego obowiązku jest możliwość nadużyć. Dla funduszy emerytalnych i osób w nich pracujących dotarcie do listy osób, które nie wybrały II filara to łakomy kąsek. Każda podpisana umowa to prowizja dla agenta i korzyść dla funduszu. Lista osób, które nie wybrały OFE powinna być po prostu „zawieszona” przez ZUS w internecie. Wtedy młoda osoba ma możliwość sprawdzenia czy grozi jej losowanie, a wszystkie OFE mogą na takich samych zasadach walczyć o klienta.
Ktoś powie, że to ujawnianie danych osobowych. Po pierwsze można je ograniczyć do niezbędnego minimum (imię, nazwisko, data urodzenia) po drugie każda osoba, która rozpoczyna pracę może po prostu samodzielnie wybrać OFE i na takiej liście się nie znaleźć.
Twórcy reformy emerytalnej nałożyli na ZUS obowiązek informowania o konieczności wyboru OFE dlatego, że był to system nowy i z definicji mało znany. Jednak po 8 latach funkcjonowania wiedza na jego temat jest na pewno większa i można zrezygnować z wysyłania wezwań. W celu obniżenia kosztów, większej przejrzystości oraz dlatego, że każdy w jak największym stopniu powinien odpowiadać za siebie.
Opublikowane właśnie przez GUS dane dotyczące sytuacji na rynku pracy mogą zarazić optymizmem nawet najgorszych pesymistów.
Zgodnie z wynikami Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), którego wyniki są rezultatem powadzonych przez GUS badań ankietowych, w Polsce pracuje prawie 15 mln osób. O ponad 560 tys. więcej niż przed rokiem i prawie 1 mln !!! więcej niż przed dwoma laty.
Szybko maleje też wskaźnik bezrobocia. Według BAEL (dane te różnią się od tzw. bezrobocia rejestrowanego) wynosi on 13 proc. Bez pracy pozostaje 2,23 mln Polaków. W okresie zaledwie roku ich liczba zmniejszyła się o 780 tys. Jeszcze dwa lata temu bez pracy było 3,1 mln osób, a wskaźnik bezrobocia wynosił 18,2 proc.
Ubywa też osób tzw. biernych zawodowo. Jeszcze dwa lata temu ich liczba przewyższała liczbę pracujących. Biernych było 14,06 mln, pracujących 13,97 mln. Obecnie tych pierwszych jest 14,3 mln, a drugich 14,93 mln.
A teraz
trochę dziegciu. Mimo poprawiającej się sytuacji na rynku pracy wciąż notujemy
bardzo niski wskaźnik zatrudnienia. Wynosi 47,4 proc. co oznacza, że pracuje
niespełna połowa Polaków powyżej 15 roku życia. A to jeden z podstawowych
wskaźników opisujących sytuację na rynku pracy. W sektorze publicznym, który
jest zazwyczaj mniej wydajny niż prywatny, jest zatrudnionych aż 4,3 mln osób.
Nie wzbudza też optymizmu, że w rolnictwie wciąż pracuje prawie 2,5 mln osób
tj. prawie 17 proc. wszystkich pracujących.
Odnotować
też trzeba to, że przybywa osób pracujących na czasowych kontraktach. Spośród
11,3 mln pracowników najemnych 3,2 mln ma umowy zawarte na czas określony. Dwa lata temu było ich 2,4 mln.
Twórcami tych optymistycznych wieści, jak pisałem 15 grudnia, są przedsiębiorcy i pracujący w nich ludzie. Niestety politycy nie ułatwiają im życia. Wciąż czekamy więc na konieczne reformy (dobrym ich zwiastunem jest zapowiedź wicepremier Gilowskiej o planowanym na lata 2008-2009 obniżeniu składki rentowej), dzięki którym poprawa na rynku pracy będzie zjawiskiem trwałym, a Polska będzie się rozwijać zdecydowanie szybciej.
Sejm zdecydował właśnie o przeznaczeniu 100 mln zł na tzw. senioralne. Jednak wypłacanie tego rodzaju świadczeń niewiele ma wspólnego z logiką, sprawiedliwością i zdrowym rozsądkiem. To zwykła hucpa. W zamyśle posłów senioralne mają otrzymać osoby najbardziej ubogie. Tyle tylko, że osoby których świadczenia są najniższe nie muszą nimi być.
Dlaczego?
Oto przykład nr 1. Wyobraźmy sobie osobę prowadzącą w okresie swojej aktywności zawodowej działalność gospodarczą. Wpłacała do ZUS (zgodnie z obowiązującym prawem) bardzo niskie składki i teraz ma najniższą emeryturę (597, 46 zł). Równocześnie, ponieważ interesy szły świetnie, osoba taka dorobiła się domu, kilku mieszkań, a wiedząc, że jej emerytura będzie niska odłożyła na starość 0,5 mln zł. Z wynajmu mieszkań i odsetek ma teraz miesięczny dochód sięgający kilku tys. zł. Ponieważ jednak otrzymuje niską emeryturę otrzyma senioralne. Logiczne? Nie, bez sensu.
Przykład 2. Przez 25 lat osoba pracowała w Polsce później wyjechała do USA. Tam dorobiła się majątku i wróciła z pieniędzmi do Polski. Z ZUS otrzymuje najniższą emeryturę (taka jej się należy), ale na koncie ma 1 mln zł, więc z odsetek ma około 50 tys. rocznie. Taka osoba też otrzyma z woli posłów senioralne. Czy to realizacja idei pomocniczości państwa, które powinno pomagać najbardziej potrzebującym, którym nie mogą pomóc najbliżsi? Nie.
Przykład 3. Żyło sobie dwóch sąsiadów. Jeden przez 40 lat wstawał do pracy, zarabiał przeciętnie i teraz otrzymuje z ZUS emeryturę w wysokości 800 zł. Drugi całe życie popijał pod miejscowym sklepem, od czasu do czasu pracował, dorabiał i ostatecznie (łącznie z okresem nauki i pobieraniem renty) uzbierał 25 lat okresów składkowych i nieskładkowych. ZUS ustalił mu emeryturę, ponieważ jednak składek było za mało - do minimalnego świadczenia dopłaca co miesiąc budżet. Ten drugi otrzymuje z ZUS dotowaną, najniższą emeryturę, a teraz dodatkowo otrzyma senioralne. Ten pierwszy nie dostanie nic. Sprawiedliwe? Nie i to bardzo.
Te przykłady, które można mnożyć dowodzą, że system ubezpieczeń społecznych nie jest dobrym narzędziem, aby pomagać najuboższym. Wszak wypłacane z niego świadczenia są – co do zasady - pochodną wcześniejszej zapobiegliwości, pracowitości i wysokości odprowadzonych składek. Osoby pracowitsze nie otrzymując senioralnego są więc karane za swoje wcześniejsze wysiłki.
Od pomocy socjalnej jest pomoc społeczna – umiejscowiona w gminie, znająca sytuację majątkową poszczególnych osób, mogąca przeprowadzić wywiad środowiskowy.
Zwracam uwagę na opublikowane dzisiaj dane GUS dotyczące pensji i zatrudnienia. Przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw (czyli firmach zatrudniających powyżej 9 pracowników) wzrosła w listopadzie do kwoty sięgającej prawie 2760 zł. To o 3,1 proc,. więcej niż przed rokiem i 3,8 proc. więcej niż przed miesiącem. Dwa lata temu płaca ta była o ponad 250 zł niższa i wynosiła 2504,99 zł.
Przybywa też miejsc pracy. W sektorze przedsiębiorstw pracuje już prawie 5 mln osób - o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Dwa lata temu pracowało tam 4,69 mln - o ponad 300 tys. mniej niż dzisiaj.
Dane te świadczą o:
To optymistyczne wieści, a ich sprawcą są przedsiębiorcy i pracujący w nich ludzie. Pesymizm budzi to, że politycy wciąż nie ułatwiają im życia. Nadal więc czekamy na faktyczne i głębokie (często bolesne) reformy, dzięki którym Polska mogłaby się rozwijać w znacznie szybciej. Trzeba mieć nadzieję, że w końcu - po zakończeniu ponad rocznego maratonu wyborczego - ich się doczekamy.
Powszechne przekonanie o tym, że to emerytom w Polsce żyje się najgorzej jest mitem. Najgorszą sytuację mają rodziny wychowujące dzieci. Zwłaszcza te bardziej liczne.
GUS bada jakim
dochodem dysponują poszczególne grupy społeczne. Z najnowszych danych wynika, że statystyczny Polak w 2005 roku miał do dyspozycji prawie 761 zł
miesięcznie. Najlepiej – co pewnie nie jest zaskoczeniem - wiodło się osobom
pracującym na własny rachunek. Dysponowali kwotą 977,1 zł.
Później pojawia się niespodzianka. Kolejną grupą dysponującą wyższym niż przeciętny dochodem są emeryci i renciści. Miesięcznie mogli wydać 800,3 zł na osobę. I uwaga – podobnie jak w poprzednich latach – wyprzedzają pod względem dochodu osoby utrzymujące się z pracy. Dochód tych ostatnich wynosi 770 zł miesięcznie. Jeśli weźmiemy pod uwagę samych emerytów (bez rencistów) to ich dochód wynosi już 883 zł miesięcznie. To o ponad 100 zł więcej niż pracowników i ponad 120 zł więcej niż średnia.
Co ważne emeryci, po przedsiębiorcach to grupa najmniej narażona na życie w ubóstwie. Poniżej poziomu egzystencji (zwane minimum biologicznym bo uzyskanie dochodów na tym poziomie umożliwia fizyczne przetrwanie) żyje 5,9 proc. To mniej niż wśród osób utrzymujących się z pracy (8,5 proc.) i wszystkich Polaków (11,1 proc.).
W największej biedzie w Polsce żyją rodziny wychowujące dzieci. Od kilku lat trwa dramatyczny proces ich pauperyzacji. GUS podaje, że w 1997 r. poniżej minimum egzystencji żyło 3,7 proc. rodzin składających się z dwóch osób dorosłych i dwojga dzieci (najbardziej popularny model rodziny), a w 2005 r. 10,4 proc. Wśród rodzin wychowujących troje dzieci liczba ta wzrosła z 7,4 proc. w 1997 r. do 22 proc. w 2005 r. Co piąta z nich żyje w skrajnej nędzy. W takiej sytuacji znajduje się też niemal co druga rodzina z czworgiem i większą liczbą dzieci.
Emeryci pod względem zamożności nie więc tak dyskriminowaną grupą społeczną, jak się powszechnie uważa. Skąd zatem przeświadczenie o ich biedzie? Po pierwsze, może ono wynikać ze skali odniesienia. W Polsce ogólny poziom zamożności i płac jest niski, więc uzyskiwanie nawet nieco wyższych od średniej dochodów wcale nie musi oznaczać wysokiego standardu życia. Z danych Eurostatu wynika, że polskie emerytury w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia są wyższe niż przeciętnie w krajach Unii. Tyle tylko że tam wynagrodzenie w odniesieniu do koniecznych do poniesienia kosztów jest o wiele wyższe. Drugi argument jest natury aksjologicznej. Emeryci twierdzą - nie bez racji - że wypłacane im świadczenia nie są jałmużną fundowaną ze składek obecnie pracujących. Byli wcześniej obarczeni koniecznością opłacania składek na ubezpieczenie, stąd mają prawo do świadczeń gwarantujących im określony poziom życia. Trzeci powód może wynikać z metodologii porównań. W większości opracowań, ale także w powszechnej świadomości, emerytów łączy się z rencistami. A ci ostatni jako mało zamożni zaniżają średnią liczoną dla tych dwóch grup. Nawet sam GUS w cytowanym opracowaniu w miejscu, w którym omawia zagrożenie ubóstwem, analizuje te dwie grupy jako jedną kategorię i mówi o tym, że to właśnie emeryci i renciści są grupą szczególnie narażoną na biedę. Gdy się je rozdzieli, okazuje się, że emeryci są ponadprzeciętnie zamożni, a renciści ponadprzeciętnie ubodzy. Trzeba też dodać, że emeryci więcej pieniędzy niż inne grupy przeznaczają na opiekę zdrowotną i leki, co bardziej niż u innych powoduje ubożenie ich portfeli. Są też grupą, która mniej niż pozostałe pracuje lub dorabia w szarej strefie.
Po co o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, że kołdra zawsze jest za krótka. Tą kołdrą są pieniądze w budżecie. Ich podział powinien więc zależeć nie od siły politycznej danego elektoratu, ale od rzeczywistej diagnozy sytuacji. Tymczasem w Sejmie pojawiają się kolejne pomysły wypłacania emerytom specjalnych dodatków, hojnej waloryzacji czy przyznawania w nieskończoność przywilejów na przechodzenia na wcześniejsze emerytury. A ulga podatkowa dla rodzin wychowujących dzieci ma wynieść 10 zł (sic) miesięcznie! Ale jak wiadomo emeryci i renciści to zdyscyplinowany i liczny elektorat. Dzieci tymczasem (jak ryby) głosu nie mają.
Takie podejście może doprowadzić do autentycznego konfliktu pokoleń (takie zagrożenie dostrzega m. in. w raporcie Instytut Sobieskiego) bo to za pieniądze osób obecnie pracujących są finansowane świadczenia. Nie ma w tym nic dziwnego gdy proporcje są zdrowe. Jednak gdy pojawia się zbyt duża dysproporcja może to doprowadzić do konfliktów.
Doniesienia mediów, że rząd zlikwiduje po przejściu na emeryturę możliwość dziedziczenia pieniędzy gromadzonych w OFE są nieporozumieniem. Nikt nigdy zakładał, że będzie taka możliwość. Pieniądze w OFE są i miały być dziedziczone tylko do czasu przejścia na emeryturę.
W momencie skorzystania ze świadczenia
klient OFE przekazuje środki z II filara do instytucji, w której nabywa
dożywotnie świadczenie. Nie ma więc już indywidualnego rachunku z kapitałem, a
za pieniądze kupuje prawo do świadczenia. Gdy umiera, wygasa zobowiązanie
nakazujące instytucji wypłacanie emerytury. Nie ma też ona obowiązku wypłacania
żadnych pieniędzy jego spadkobiercom. To tak jakby ktoś za odłożone w banku
pieniądze kupował w firmie ubezpieczeniowej prawo do tzw. dożywotniej renty. Do
momentu skorzystania ze świadczenia jego bliscy dziedziczą kapitał z lokaty, od
czasu przejścia na rentę już nie.
W kapitałowych systemach emerytalnych
takie rozwiązanie jest oczywiste. Pieniądze, które trafią do instytucji
wypłacającej emeryturę, są przez jej aktuariuszy kalkulowane tak, aby
sfinansować dożywotnie świadczenie ustalane według przewidywanej dalszej
długości trwania życia. Jeśli ktoś żyje dłużej, mimo że nie zgromadził
odpowiednich środków do sfinansowania świadczenia, będzie je otrzymywał. Prawda
jest więc taka, że z pieniędzy osób żyjących krócej są finansowane świadczenia
tych, którzy żyją dłużej. Każdy z nas ma jednak takie same szanse, aby być
„wygranym”, a nie „przegranym” tego rozwiązania. Instytucja kalkulująca
świadczenie zbankrutowałaby, gdyby oprócz wypłacania dożywotnich świadczeń
musiała przekazywać na przykład dzieciom kapitał w razie śmierci emeryta.
Istnieją oczywiście produkty emerytalne dające zabezpieczenie bliskim. Omawia ja m.in. solidny raport KNUiFE. Ich wysokość musi być jednak niższa od klasycznej dożywotniej, indywidualnej emerytury. Firmy je kalkulujące biorą bowiem pod uwagę koszty dodatkowego ryzyka. Takim świadczeniem jest na przykład emerytura małżeńska czy z gwarantowanym okresem wypłaty. W pierwszym przypadku małżonek-emeryt może zabezpieczyć współmałżonka w ten sposób, że w razie jego śmierci świadczenie będzie wypłacane do czasu śmierci współmałżonka. W drugim, jeśli okres gwarancji trwałby na przykład 10 lat to nawet gdyby emeryt zmarł po roku jeszcze przez 9 lat świadczenie po nim otrzymywaliby wskazani przez niego bliscy. Nie jest to jednak klasyczne dziedziczenie pieniędzy pozostałych po zmarłym, ale umowa ubezpieczeniowa. Jeśli zajdzie określone zdarzenie (w tym wypadku śmierć) to firma zobowiązuje się do określonego świadczenia, a klient za to płaci.
Można też sobie wyobrazić, że przyszły emeryt otrzyma pod pewnymi warunkami cały (lub przynajmniej) część kapitału zgromadzonego w OFE i zrobi z nim co chce. Na takie rozwiązanie nie zgodzą się jednak zapewne nasi politycy, którzy wiedzą lepiej co jest dla nas dobre.
Pieniądze na emerytury gromadzone w OFE powinny z powrotem trafić do ZUS - twierdzi Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Założenia do ustawy o wypłatach pieniędzy z OFE przewidują, że to ZUS obliczy wysokość świadczenia, weźmie na siebie finansową odpowiedzialność za jego wypłatę i będzie zarządzać środkami przyszłych emerytów. A chodzi o niebagatelną kwotę, sięgającą docelowo 150 mld zł. Tak - według ministerstwa - ma być najtaniej i najbardziej efektywnie.
Jednak monopol ZUS może być dla przyszłych emerytów i podatników zabójczy. Dyskutowali o tym w Gazecie Prawnej eksperci i praktycy ubezpieczeniowi. Do racji resortu przekonywał wiceminister Romuald Poliński.
Główne zagrożenia związane z monopolem państwa wynikają z tego, że:
Do tego dochodzi jeszcze kwestia kardynalna. W systemie emerytalnym miało być mniej państwa. Na przykład wysokość emerytur miała zależeć nie od decyzji Sejmu, ale od tego ile uzbieramy składek, a pieniądze w OFE miały być realnym kapitałem. Tymczasem kolejny raz to państwo chce mieć decydujący wpływ na to co dzieje się z naszymi pieniędzmi.
