Rząd przyjął dzisiaj projekt ustawy zakładający, że
zamiast waloryzacji świadczeń dla 9,9 mln osób 6,5 mln z nich otrzyma
jednorazowe dodatki. Ten pomysł jest moim zdaniem (jak pisałem już wcześniej)
niesprawiedliwy i zły.
A oto argumenty:
- świadczenia – co do zasady - są odzwierciedleniem
wcześniejszego wkładu do systemu. Im więcej się pracowało tym wyższą ma się
emeryturę, rentę; dlatego wypłata dodatków tylko dla osób otrzymujących niskie
świadczenia jest karaniem za zapobiegliwość i pracowitość osób, które mają nieco wyższe świadczenia,
- wszelkie statystyki mówią, że w Polsce ponadprzeciętnie
dużo pomaga się osobom po 50 roku życia, ponadprzeciętnie mało rodzinom
wychowującym dzieci; w efekcie ci pierwsi są prawie najmniej, a ci ostatni
najbardziej narażeni na ubóstwo,
- wypłata dodatków może prowadzić do kompletnej
aberracji, poniżej 3 przykłady:
Przykład 1. Osoba prowadzi działalność
gospodarczą. Wpłacała do ZUS (zgodnie z obowiązującym prawem) niskie składki i
teraz ma najniższą emeryturę (597,46 zł). Równocześnie, ponieważ interesy idą
świetnie dorobiła się domu, kilku mieszkań, a wiedząc, że jej emerytura będzie
niska odłożyła na starość 0,5 mln zł. Z wynajmu mieszkań i odsetek ma teraz
miesięczny dochód sięgający kilku tys. zł. Ponieważ jednak otrzymuje niską
emeryturę otrzyma dodatek.
Przykład 2. Przez 25 lat osoba pracowała w
Polsce później wyjechała do USA. Tam dorobiła się majątku i wróciła z
pieniędzmi do Polski. Z ZUS otrzymuje najniższą emeryturę (taka jej się
należy), ale na koncie ma 1 mln zł, więc z odsetek ma około 50 tys. rocznie.
Taka osoba też otrzyma dodatek.
Przykład 3. Było dwóch sąsiadów. Jeden przez
40 lat wstawał do pracy, zarabiał nieco ponad średnią krajową, w międzyczasie się dokształacał i teraz otrzymuje z ZUS emeryturę
w wysokości 1250 zł. Drugi całe życie popijał pod miejscowym sklepem, od czasu
do czasu pracował, dorabiał, był na lewej rencie i ostatecznie uzbierał 25 lat
okresów składkowych i nieskładkowych. ZUS ustalił mu emeryturę, ponieważ jednak
składek było za mało - do minimalnego świadczenia dopłaca co miesiąc budżet.
Ten drugi otrzymuje z ZUS dotowaną, najniższą emeryturę, a teraz dodatkowo
otrzyma dodatek. Ten pierwszy nie dostanie nic.
- dodatki ograniczają
bodźce do pracy bo pracujący wiedząc, że tylko niska emerytura będzie
rosnąć, nie będzie mieć motywacji do aktywności i uzyskania wyższej emerytury,
a szczególnie w Polsce, gdzie pracuje zaledwie co czwarta osoba w wieku 55-64
lata, powinniśmy wydłużać aktywność zawodową,
- nie rośnie tzw. podstawa wymiaru – świadczeniobiorcy czują
się niepewnie, bo wszystko zależy od jednorazowych decyzji,
- takie protezy, zamiast rozwiązań systemowych, powodują, że co roku politycy kłócą się o sposób podwyższania świadczeń - zamiast rzeczowej argumentacji kwitnie populizm,
- świadczenia osób, które nie otrzymają podwyżki będą tracić
na wartości – nawet do 2009 roku kiedy będzie następna waloryzacja,
- system ubezpieczeń społecznych nie jest też narzędziem
do pomagania najuboższym, od pomocy socjalnej jest pomoc społeczna –
umiejscowiona w gminie, znająca sytuację majątkową poszczególnych osób, mogąca
przeprowadzić wywiad środowiskowy i skierować pomoc do potrzebujących (a propos
przykładów),
- 3,5 mln osób nie otrzyma żadnych pieniędzy,
ale za to dodatki otrzyma 1,3 mln świadczeniobiorców KRUS (80 proc. wszystkich świadczeniobiorców KASY), mających niskie świadczenia bo opłacających wcześniej makabrycznie
niskie składki, do których i tak budżet dopłaca 15 mld zł rocznie.
Można rozważyć dodatkowe kryterium dodatku: liczba lat pracy.