28 listopada 2006
Autorytet sędziowskiej togi
Nie przypuszczałem, że życie tak szybko dopisze do tego zakończenia tak wyrazistą puentę. Oto niekwestionowany sędziowski autorytet, jeden z najbardziej cenionych cywilistów, sędzia Sądu Najwyższego nie wyłączył się ze sprawy o ochronę dóbr osobistych między członkami spółdzielni, których wcześniej szkolił z prawa spółdzielczego. Nie powiadomił też Pierwszego Prezesa SN, do czego zobowiązywała go ustawa o Sądzie Najwyższym, o prowadzonych odpłatnych szkoleniach spółdzielców. Sąd dyscyplinarny przed którym stanął sędzia nie dopatrzył się naruszenia zasad sędziowskiej etyki i uniewinnił sędziego Sądu Najwyższego od dyscyplinarnego deliktu. Sąd dyscyplinarny uznał, że skoro szkolenia zarządu spółdzielni odbywały się z prawa spółdzielczego a spór sądowy dotyczył ochrony dóbr osobistych, to bezstronność sędziego nie ucierpiała i tak naprawdę nie ma żadnej sprawy.
Trudno mi się zgodzić z takim rozstrzygnięciem. Tam gdzie w grę wchodzi sędziowska niezawisłość, tam nie ma miejsca na tak daleko idące kompromisy. Nie mam wątpliwości, ze ów sędzia jest kryształowo uczciwym człowiekiem ale czy wydając kasacyjny wyrok uniknął wszystkiego co mogło osłabić zaufanie do jego bezstronności? Emerytowana dziennikarka, która była przez pewien czas członkiem rady nadzorczej pewnej śląskiej spółdzielni, została pozwana przez zarząd tej właśnie spółdzielni o naruszenie dóbr osobistych ( dziennikarka w spółdzielczej gazetce zakładowej pisała teksty, w których zarzucała niegospodarność w spółdzielni ). Zarówno w pierwszej jak i drugiej instancji dziennikarka wygrała z zarządem spółdzielni. Ale w Sądzie Najwyższym, do którego spółdzielnia wniosła kasację, dziennikarka sprawę przegrała. Trzyosobowy skład sędziowski, pod przewodnictwem sędziego, który wcześniej prowadził w powodowej spółdzielni szkolenia z prawa spółdzielczego, uchylił niekorzystny dla spółdzielni wyrok i sprawę przekazał do ponownego rozpoznania. Przy czwartym podejściu dziennikarka sprawę przegrała.
To prawda, że niezawisłość zależy przede wszystkim od samych sędziów. Sędzia z charakterem będzie niezawisły. Taki, któremu zabraknie stanowczości i charakteru niezawisłym nie będzie. Lekkomyślnością byłoby jednak lekceważenie gwarancji będących rezultatem przemyśleń i ostrożności ustawodawcy konstytucyjnego. Licho przecież nie śpi a spraw podobnych do spółdzielczego precedensu może być w praktyce życia codziennego niewyobrażalnie dużo. Czy wszystko to prowadzi do wniosku, że sędzia powinien zamknąć się w przysłowiowej wieży z kości słoniowej, nie brać szkoleń, stronić od wszelkiej aktywności w życiu publiczny? Sądzę, że nic bardziej mylącego. Zamknięty sam w sobie organizm sądowniczy uległby wcześniej czy później izolacji i skostnieniu. Oderwani od rzeczywistości sędziowie bardzo szybko popadaliby w grzech zawodowej rutyny. Diabeł tkwi jednak jak zwykle w szczegółach. I dlatego jeśli sędzia zaryzykuje wyjście poza krąg murów wymiaru sprawiedliwości musi unikać wszystkiego co by mogło później osłabić jego bezstronność i niezawisłość w orzekaniu. W tej sprawie tak się moim zdaniem niestety nie stało. Byłoby pożałowania godnym, gdyby powroty z tych sędziowskich eskapad poza świat wymiaru sprawiedliwości ludzie w togach przepłacali posądzeniem ich o stronniczość. Wtedy skórka nie byłaby z całą pewnością warta tej wyprawki. Niestety w opisanej tutaj sprawie sędziowska bezstronność została wystawiona na bardzo ciężką próbę. Sędzia Sądu Najwyższego został w prawdzie uniewinniony przez sąd dyscyplinarny ale błędy jakie popełnił pozostały. Takie orzeczenia dyscyplinarne nie budują, jak sądzę, prestiżu naszego wymiaru sprawiedliwości. Tam, gdzie niezawisłość i sędziowska bezstronność tam koleżeńska wyrozumiałość nie może zastepować surowości prawa.