rssdodaj RSS
---Andrzej Jankowski - Wpisy z Marzec 2007
12 marca 2007

Grupowe komunały w imieniu prawa

Nie ma dziś na rynku gazety, w której zabrakłoby rubryki: z perspektywy prawa. Nawet tabloidy, które w konflikt z prawem wchodzą średnio po kilka razy na dzień, regularnie dociekają odpowiedzi na to niewinnie brzmiące pytanie: co na to prawo? ”Łapówki są dzisiaj płacone w Polsce z większą regularnością niż pensje” - co na to prawo? ”Grupka dziennikarzy nie chce się zlustrować” - co na to prawo? ”Wicepremier cytuje przed kamerami fragmenty protokołów z postępowania przygotowawczego, które jest objęte tajemnicą śledztwa” - co na to prawo?

W ten paradoksalny sposób im bardziej oddalamy się od państwa prawa, tym bardziej stajemy się państwem prawników. To od nich oczekują dziś wszyscy, że wysilą swoje szare komórki i napiszą jeszcze więcej ustaw, jeszcze więcej rozporządzeń, które sprawią, że kraj w ciągu kilku lat zacznie żyć pomyślnie, że służba zdrowia będzie leczyć pacjentów a nie strajkować, że przestępcy będą trafiać za kratki a nie na stanowiska państwowe. Dlaczego tak się jednak nie dzieje, dlaczego prokurator zamiast w ciszy swojego gabinecie porównywać zachowanie osób publicznych z kodeksem karnym, porównuje je przed telewizyjną kamerą ? Dlaczego z takim trudem przychodzi nam budować państwo oparte na prawie?

Czy chcemy może osiągnąć założone cele zbyt szybko, na skróty, w sposób rewolucyjny? A jak to się udało np. w Ameryce, na Dzikim Zachodzie? Jak wymierzającego sprawiedliwość cowboya z Dzikiego Zachodu udało się tam zastąpić autorytetem ławy przysięgłych, autorytetem sędziego? To co rzuca się od razu w oczy nie jest wcale zaskakujące. Z trzech władz wyodrębnionych przez Monteskiusza: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, ta ostatnia odgrywa u nas rolę ubogiego krewnego. W Stanach Zjednoczonych, kiedy pojawia się jakaś prawnicza nowinka, weźmy na przykład matkę noszącą w swoim łonie cudze dziecko czy pacjentkę, którą chce się odłączyć od podtrzymującego życie respiratora, Amerykanin zwraca oczy w kierunku orzecznictwa sądów. Walka o życie sparaliżowanej Amerykanki Terri Schiavo była dwa czy trzy lata temu tego najlepszym dowodem. Ani wyposażony w potężne prerogatywy prezydent ani nie mniej potężny Kongres nie zdecydowali się na łamanie prawa i konstytucyjny konflikt ze stanowymi sądami.

Natomiast nasz obywatel w podobnej sytuacji wyciąga za każdym razem ręce albo w kierunku państwa albo w kierunku referendum. Liczy, że na Wiejskiej wydadzą jeszcze jedną ustawę, która ureguluje nowe zagadnienie prawne. W ten sposób w Polsce prawnicy przede wszystkim reprodukują prawa, podczas, gdy prawnicy amerykańscy je ożywiają na sali sądowej. Skutek jest taki, że tydzień w tydzień, po każdym posiedzeniu Sejmu czy rządu, otrzymujemy potężną dawkę instrukcji obsługi nieomal każdej cząstki naszego życia społecznego i gospodarczego.

W ten sposób prawo traktowane jest w Sejmie ale także przez obywateli, którzy niestety przyzwyczaili się niedobrego rytuału, jako narzędzie do uzyskiwania doraźnych korzyści. Jego tworzenie nie jest podporządkowane spójnej, całościowej wizji państwa, tylko raczej ogólnikowym, grupowym komunałom.

 

12 marca 2007

Infiltracja po Polsku

Kompromis między pełnymi dyskrecji, tajemnymi działaniami policji a ingerencją w życie prywatne zwykłych obywateli wyczerpał się. W każdym razie do takiego wniosku doszli autorzy projektu ustawy o działaniach operacyjnych i rozpoznawczych policji, do którego dotarła Gazeta Prawna. ( patrz GP z 9 marca ). Jak ważne są to sprawy dla postrzegania praworządności w państwie, najlepiej świadczy fakt, że propozycje rządowe spotkały się z natychmiastową kontrakcją parlamentarnej opozycji, która w tej samej sprawie przygotowała własny projekt. Dlatego, jak sądzę, ze szczególną uwagą warto monitorować prace nad tymi jakże wrażliwymi ustawami. To one będą regulowały granice policyjnej prowokacji, sięgną też zapewne do tajemnicy naszej korespondencji i podsłuchów. Ale poruszane tutaj sprawy są dla nas ważne jeszcze z innego powodu. Otóż między działaniami operacyjno - rozpoznawczymi a czynnościami procesowymi istnieje wyraźna granica. Te pierwsze są działaniami zasadniczo poufnymi, charakteryzują się też znacznie mniejszym formalizmem. Czynności procesowe wymagają sporządzenia protokołu, podpisania go przez zainteresowanego. Natomiast działania operacyjne zadowalają się zwykłą notatką służbową. Często wystarczy lakoniczny meldunek lub raport.

Dlatego procedury, które wzmocnią siłę dowodów w procesach karnych, procedury, które policyjnym prowokacjom zablokują drogę na manowce bezprawia, mogą liczyć na nasze wsparcie. Wszędzie jednak tam, gdzie ustawodawca, wodzony na pokuszenie przez polityków, będzie ograniczał sądową kontrolę nad tajemnymi działaniami policji, gdzie sprawy dla obywatela najbardziej wrażliwe, ukryje w tajemnych, służbowych instrukcjach a nie ustawach, musimy zacząć głośno krzyczeć. Może wspólnymi siłami uda nam się tym razem być mądrym przed szkodą.

---