rssdodaj RSS
---Andrzej Jankowski - Wpisy z Grudzień 2006
27 grudnia 2006

Jak sądzić dyktatorów?

Dziewięcioosobowa izba apelacyjna utrzymał we wtorek wyrok śmierci dla Saddama Husajna, skazanego 5 listopada przez Wysoki Trybunał Iracki na karę śmierć przez powieszenie za zbrodnie przeciwko ludzkości i zgładzenie 148 szyitów z miejscowości Dudżail niedaleko Bagdadu w odwecie za zamach na dyktatora dokonany tam w 1982 roku. Egzekucja byłego prezydenta zgodnie z prawem irackim powinna nastąpić w ciągu 30 dni, licząc od 27 grudnia. W swym 97 stronicowym raporcie Międzynarodowa organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch (HRW) uznała, że proces nie był bezstronny. HRW zwróciła uwagę, że przedstawiciele rządu irackiego swoimi publicznymi wypowiedziami wywierali presję na sędziów, a obrońcy nie mogli zadać pytań części świadków oskarżenia. Również prawni eksperci ONZ zarzucili trybunałowi "poważne uchybienia proceduralne" i zaapelowali do władz Iraku, aby nie wykonywać wyroków śmierci. Indywidualna odpowiedzialność karna legalnie wybranych przywódców państwowych i dyplomatów, zawsze elektryzowała opinię publiczną. Jak społeczność międzynarodowa ma dobrać się do skóry zbrodniarzom - głowom państwa korzystającym zgodnie z konwencją wiedeńską pod każdą szerokością geograficzną z immunitetu jurysdykcyjnego w sprawach karnych, cywilnych i administracyjnych. Jak sądzić takich dyktatorów, jak Augusto Pinochet, Slobodan Milosewicz czy Saddam Hussajn? Alternatywą dla "trybunału zwycięzców" jest międzynarodowy trybunał karny powołany ad hoc przy zaangażowaniu ONZ. Tak stało się w przypadku b. Jugosłwii i Rwandy. Obecnie działają dwa takie trybunały: Międzynarodowy Trybunał Karny do spraw zbrodni w b.Jugosławi z siedzibą w Hadze, który sądził m.in. Slobodana Milosewicza oraz powołany na wniosek rządu Rwandy Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy z siedzibą w Aruszy w Tanzanii. Trybunały te zostały powołane na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Sędziowie do tych trybunałów zostali wybrani przez Zgromadzenie Ogólne ONZ, z listy skompletowanej przez Radę Bezpieczeństwa. Ich statuty zawierają podstawowe zasady indywidualnej, międzynarodowej odpowiedzialności karnej za zbrodnie ludobójstwa, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. I tak, jurysdykcja wymienionych wyżej trybunałów międzynarodowych ma pierwszeństwo w stosunku do jurysdykcji sądów krajowych ale jej nie wyłącza. Trybunał, w każdej fazie postępowania może jednak zażądać od sądu krajowego przekazania mu sprawy. W postępowaniu przed trybunałami nie obowiązuje też immunitet jurysdykcyjny, przysługujący tradycyjnie głowie państwa i członkom rządu. Sprawcy nie zwalnia z odpowiedzialności karnej działanie na rozkaz oraz posłuszeństwo, jeśli osoba ta wiedziała lub miała wszelkie podstawy by taką wiedzę posiąść, że posłuszeństwo i subordynacja prowadzi do popełnienia zbrodniczych czynów. Wykluczona została także możliwość stosowania kary śmierci. Obecnie działa jeszcze jeden trybunał specjalny dla Serra Leone. W odróżnieniu od dwóch pozostałych trybunałów powstał on na podstawie umowy międzynarodowej pomiędzy rządem Serra Leone a ONZ . ( państwo to zwróciło się do Sekretarza Generalnego ONZ o pomoc w utworzeniu takiego sądu ). Trybunał dla Serra Leone posiada mieszaną jurysdykcję. Również składy orzekające mają charakter mieszany: część sędziów jest wyznaczana przez rząd Serra Leone a część przez ONZ. Np. w trzyosobowym składzie sądu pierwszej instancji występuje zawsze jeden sędzia krajowy i dwóch międzynarodowych. Jak postępować z obalonymi dyktatorami jest dla państw zwycięskich zagadnieniem wielce złożonym i to nie tyle ze względów politycznych, co przede wszystkim prawnych. I dyktatorzy byli przecież suwerenami we własnym kraju, tak jak był nim Hitler, Pinochot czy Saddam Hussajn. A ci, którzy są suwerenami nie podlegają rozkazodawstwu drugiego państwa. Suwerenność była dla nich systemem bezalternatywnym, była niepodzielna, jak punkt w geometrii. Pogląd ten przynajmniej od połowy XVII w. a dokładnie od Traktatu Westfalskiego z 1648 r. stał się na długie wieki wszechobecną zasadą w stosunkach między państwami. W epoce absolutyzmu zasada ta ukorzeniła się i suwerenne państwa a wraz z nimi ich suwerenni władcy stali się zarówno z punku widzenia prawnego jak i moralnego instytucjami absolutnymi. Nikomu nie przychodziło do głowy by pytać, ani tym bardziej, by sądzić władcę za to, jakimi środkami dochodził do celu. Nieodpowiedzialność władcy była czymś tak naturalnym, jak następujące po sobie pory roku. To on był najwyższym sędzią w państwie. Na długie lata odpowiedzialność głowy państwa została przeniesiona do konfesjonału spowiednika. Ale przecież zbrodnie jedynowładcy pozostawały zbrodniami. Jak długo prawo mogło pozostawać wobec nich obojętne? Do pierwszej znaczącej konfrontacji między pokonanym suwerenem a odpowiedzialnością przed zwycięskim państwem za popełnione zbrodnie doszło w 1815 r., po klęsce Napoleona pod Waterloo. Bonaparte - "Bóg wojny", wygnany z Francji, nie chcąc wpaść w ręce sprzymierzonych mocarstw lądowych, oddał się w ręce Anglii, swojego największego lecz nie pokonanego wroga. Kiedy na pokładzie liniowego okrętu Bellerophon przybył do portu Plymouth, okazało się jednak, że Anglicy nie pozwalają mu zejść na ląd. Napoleon zrozumiał wtedy, że był ich jeńcem wojennym. Istotnie, po kilku dniach przybył do niego admirał Keith i oznajmił , że państwa sprzymierzone w interesie utrzymania pokoju w Europie wyznaczyli gen. Bonaparte mieszkanie na środku Atlantyku, na wyspie św. Heleny, taki dzisiejszy, odpowiednik amerykańskiego, silnie strzeżonego obozu dla międzynarodowych terrorystów w Zatoce Guantanamo. Legalność zesłania cesarza na wyspę św. Heleny nie została nigdy skonfrontowana z obowiązującym wówczas prawem. Nie kwapili się do tego ani Francuzi, odmawiając byłemu cesarzowi jakiejkolwiek formy ochrony, ani Anglicy, którzy byli zdeterminowani nie dopuścić do procesu Napoleona przed sądami Jej Królewskiej Mości. Problem indywidualnej odpowiedzialności karnej rządzących wyłonił się ponownie po I wojnie światowej. Wszystko wskazywało na to, że Lloyd George, Clemenceau a nawet Wilson przychylą się do żądań Europy: "Kajzer na szubienicę". Traktat Wersalski przewidywał indywidualną odpowiedzialność karną za pogwałcenie praw i zwyczajów wojennych. Specjalna komisja zaproponowała utworzenie międzynarodowego trybunału, którego zadaniem było osądzenie zbrodni wojennych popełnionych podczas I wojny światowej. Do powołania takiego trybunału jednak nie doszło a zdetronizowany cesarz niemiecki, którego tłumy widziały już na ławie oskarżonych, uzyskał schronienie w neutralnej Holandii, która nie godziła się na jego ekstradycję. W ten sposób resztę swojego życia cesarz spędził w pokoju pod holenderską pieczą. Problemy z odpowiedzialnością karną za zbrodnie wojenne powróciły ze zdwojoną siłą po II wojnie światowej. Zbrodnie Hitlera i jego sprzymierzeńców: Benito Mussoliniego oraz cesarza Hirohito wymagały ukarania. Część z tych problemów rozwiązało samo życie: samobójstwa A.Hitlera, H. Himmlera, J.Goebbelsa, czy skazanego na śmierć H.Goringa, powieszenie przez partyzantów włoskich Mussoliniego. Ale ich śmierć nie ucięła prawniczych dyskusji. Jak prawo miało postąpić z ich najbliższymi współpracownikami? Jeden z nich, Admirał Karl Donitz, jako następca Hitlera, stał przez siedem dni na czele państwa niemieckiego ( podpisał kapitulację niemieckich sił zbrojnych ). Prawnym rozwiązaniem dylematu odpowiedzialności za zbrodnie wojenne okazało się powołanie Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze. Jego utworzenie przez zwycięskie mocarstwa było kamieniem milowym na drodze do indywidualnej odpowiedzialności karnej rządzących. Admirał Donitz zasłaniający się podczas norymberskiego procesu suwerennym immunitetem przysługującym głowie państwa, został skazany w Norymberdze na 10 lat pozbawienia wolności. Sędziowie uzasadniając wyrok stwierdzili, że skazują go za czyny przypisane Donitzowi, jako dowódcy wojskowemu, a nie jako przywódcy państwa hitlerowskiego. Jednak na Dalekim Wschodzie, gdzie w Tokio również powołano międzynarodowy trybunał do osądzenia zbrodni wojennych , cesarzowi Hirohito oszczędzono goryczy oskarżeń i kar . Ceną była rezygnacja z prerogatyw cesarskiej "boskości" oraz wprowadzenie w Japonii monarchii konstytucyjnej. Pół wieku później niemieccy sędziowie rozpoznając sprawę E. Honeckera przywódcy b. NRD, oskarżonego o wydanie rozkazu strzelania do uciekających na Zachód mieszkańców b. NRD, uznali, że immunitet głowy państwa wygasa po upadku tego państwa. E. Honecker został oskarżony przed niemieckim sądem ale do skazania nie doszło. Początkowo schronienia udzieliła mu Moskwa, po powrocie do Niemiec byłego przywódcę zwolniono z aresztu ze względu na zły stan zdrowia. Pozwolono mu opuścić Niemcy, skąd wyjechał do Chile, do córki, gdzie zmarł w 1994 r. na raka wątroby. Zły stan zdrowia przyszedł również w sukurs byłemu chilijskiemu prezydentowi, ściganemu przez hiszpańskiego sędziego Baltasara Garzona za zbrodnie popełnione w Chile na obywatelach hiszpańskich. W 1998 r. wszystko wskazywało na to, że wysiłki sędziego B. Garzona doprowadzą do międzynarodowego precedensu. Oto gen. Augusto Pinochet w przekonaniu, że poza granicami swego kraju chroni go prawo do nietykalności przysługujące głowie państwa, wybrał się na leczenie do Wielkiej Brytanii. Ale wówczas Hiszpania postanowiła skorzystać z okazji i wystąpiła o jego ekstradycję. Izba Lordów odmówiła uznania immunitetu Pinocheta. Konsekwencją takiego orzeczenia była możliwość aresztowania Pinocheta i przekazania go Hiszpanii. I rzeczywiście, 8 października 1999 r. londyński sąd orzekł, że władze brytyjskie mogą wydać gen. Pinocheta Hiszpanii. Po tygodniu rząd Chile zwrócił się jednak z prośbą o uwolnienie generała ze względów humanitarnych i odesłanie go do domu. Na propozycję rządu brytyjskiego niezależna komisja lekarska zbadała Pinocheta. Badania wykazały, że były dyktator Chile jest bardzo chory. W marcu 2000 r. gen. Augusto Pinochet powrócił do Chile. Jeszcze tego samego miesiąca obie izby parlamentu Chile uchwaliły poprawkę do konstytucji, zgodnie z którą byli prezydenci kraju zamiast korzystać z godności dożywotniego senatora, będą teraz korzystać z dożywotniego immunitetu. Gen. Augusto Pinochet zmarł w grudniu 2006 r. nie doczekawszy sięprocesu. Mniej szczęścia miał prezydent Panamy Manuel Noriega. Po ataku zbrojnym wojsk USA na Panamę Amerykanie uprowadzili M. Noriegę i postawili go przed sądem w Miami. Twierdzili wówczas, że z punktu widzenia prawa wewnętrznego Panamy M.. Noriega nie mógł być uznany za prezydenta tego kraju a jego stanowisko nie zostało potwierdzone w wyborach powszechnych. Tym samym M. Noriega nie mógł powoływać się przed sądem na immunitet jurysdykcyjny. M. Noriega został oskarżony o szantaż, handel narkotykami i pranie brudnych pieniędzy. Sąd w Miami skazał go na karę 40 lat pozbawienia wolności. Dla Saddama Husajna Amerykanie wybrali inną ścieżkę do sprawiedliwości. Jeżeli teraz w ciągu najbliższych 30 dni Saddama Husajna zostanie powieszony, to kolejny proces, tym razem o ludobójstwo Kurdów odbędzie się bez jego udziału. Dyktator będzie sadzony przez iracki trybunał zaocznie.
15 grudnia 2006

Cena centralizacji

Bałagan  kompetencyjny, który każdego dnia daje o sobie znać na pograniczu administracji rządowej i samorządowej ma nowe punkty zapalne. Wczorajsza wymiana zdań w Sejmie ujawniła, że rząd nie ma jasnej,  klarownej koncepcji, jakie uprawnienia mają  należeć do wojewody a jakie do samorządu wojewódzkiego. Wywołany do tablicy przez posłów minister administracji Ludwik Dorn, odpowiedział jednym niezrozumiałym zdaniem, że rząd jest za „nierozespolaniem administracji rządowej”.  Swoje trzy grosze dorzucił do tego sporu również premier, który zakazał wojewodom stosowania weta do inwestycji samorządowych z unijnych pieniędzy. To decyzja bez wątpienia słuszna, słuszna politycznie,  tyle tylko, że  moratorium premiera nie ma z prawnego punktu widzenia żadnego znaczenia. Złe przepisy ustawy rząd powinien wymieniać a nie zawieszać, do czego nie ma najzwyczajniej w świecie prawa. Gdyby wojewodowie się zbuntowali i wbrew zakazowi premiera zaczęli wetować decyzje inwestycyjne samorządów wydawane w ramach polityki rozwoju, decyzje te byłyby ważne.  Wcześniej czy później, tacy niepokorni wojewodowie straciliby  z pewnością  swój urząd ale to już jest zupełnie inna sprawa. W tym wszystkim rzeczą najważniejszą jest  jednak to, że podanie przez ustawodawcę decyzji samorządu województwa prewencyjnemu i nie do końca jednoznacznie sprecyzowanemu nadzorowi wojewody,  burzy symetrię partnerstwa i  zasadę równości  stron zawierających kontrakt regionalny. Wyposażenie wojewody w prawo weta bez określenia choćby ram i zasad tego środka nadzoru przeczy zasadzie przejrzystości działania administracji publicznej . A wyeliminowanie  w ustawie o zasadach polityki rozwoju  możliwości odwoływania się od decyzji urzędniczych do sądu, ogranicza  prawo zainteresowanych do sądu. Wyłączenie przez ustawodawcę drogi sądowej z pewnością nie spodoba się ani naszemu Trybunałowi Konstytucyjnemu ani  Trybunałowi Sprawiedliwości w Luksemburgu, który stoi na straży przestrzegania prawa Wspólnotowego. Cena centralizacji władzy może być więc dla nas wysoka.

11 grudnia 2006

Czy internet zastąpi adwokacki samorząd

Redakcja ”Gazety Prawnej” zwróciła się do ponad trzystu losowo wybranych adwokatów by ocenili rolę i znaczenie jaką odgrywa dzisiaj samorząd adwokacki. W tle tych ankiet, o czym wszyscy zainteresowani bardzo dobrze wiedzą, kłębią się zakrojone na szeroką skalę reformy ministra sprawiedliwości, które oprócz nowych, sztywnych ministerialnych taryfikatorów za adwokackie opłaty i wyraźnie podkręconych obowiązków za sprawność postępowań sądowych, przynoszą także wyprowadzenie sądownictwa dyscyplinarnego z samorządowego matecznika wprost pod miecz sądownictwa powszechnego. A co więcej, oskarżać adwokatów przed tymi sądami miałby nie kto inny tylko prokuratorzy. Adwokaci, co zresztą nie trudno zgadnąć są zdecydowanymi przeciwnikami takich eksperymentów. A nawet jeśli ten i ów patrzy na pomysły ministra Ziobry z większą wyrozumiałością, to już z całą pewnością nikt nie może darować ministrowi, że zakrojona na tak szeroką skalę operacja reformatorska, wprowadzana jest w życie bez konsultacji ze środowiskiem. Tworzy to, zdaniem adwokatów, ”atmosferę niepotrzebnej wrogości i wzajemnej nieufności”. Tak więc z jednej strony zmiany proponowane w prawie przez resort sprawiedliwości są odbierane przez adwokatów jako zamach na ich samorządową niezależność, z drugiej jednak strony, co również ujawniły nasze badania ankietowe, sami adwokaci nie bardzo dzisiaj wiedzą co z tym swoim samorządem mają zrobić by był on uszyty rzeczywiście na miarę konstytucyjnie gwarantowanej niezależności. To co rzuca się w oczy najbardziej to fakt, że 8 proc. badanych ( wszystkie osoby z Warszawy ) nie mają żadnego kontaktu z samorządem a 52 proc. stwierdza, że ich kontakt z korporacją jest sporadyczny. Nie chciałbym tutaj odwoływać się do magii liczb ale jakby na to wszystko nie patrzyć 60 proc. badanych adwokatów nie widzi potrzeby częstych spotkań ze swoim samorządem. Co więcej, nie zawsze też taką potrzebę widzą organy adwokackiego samorządu. W kilku ankietach spotkałem się na przykład. z taką oto odpowiedzią: organy adwokatury często komunikują się z członkami korporacji w sprawach dotyczących ogółu poprzez pocztę elektroniczną. Czy Internet, ten specyficzny nośnik informacji, ta cudowna, wyśniona kraina szybkiego komunikowania się ma zastąpić teraz pochłaniające cenny czas zebrania, szkolenia, pogadanki i panelowe dyskusje? Nie stanie się to z pewnością z dnia na dzień ale trudno nie zauważyć, że Internet zaczyna powoli konkurować z samorządem. Problem w tym by była to konkurencja oparta na zdrowych zasadach służąca wzmocnieniu i unowocześnianiu zawodowych korporacji a nie ich zastępowaniu i osłabianiu. Wśród adwokatów, dla których samorząd jest czymś więcej niż tylko elitarnym klubem pojawiają się naprawdę interesujące propozycje. Najczęściej osoby badane zwracają uwagę na potrzebę permanentnego szkolenia z uwagi na „żenujący poziom czasami poziom pełnomocników w zakresie nowo obowiązujących przepisów prawa”. Jeżeli sami adwokaci widzą ten problem w sposób tak jaskrawy to aż strach pomyśleć o opiniach na ten temat zwykłych ludzi, którym przyszło spędzać czas w sądowych korytarzach.

04 grudnia 2006

W obronie komorniczego status quo

Komornicy protestują, nie pozostawiając suchej nitki na każdym, kto ośmieli się zakwestionować egzekucyjne status quo. Ale te cierpkie, pełne emocji słowa nie są dla mnie ani zaskakujące ani odkrywcze. Podobnie na próby otwarcia zawodu reagowali całkiem niedawno adwokaci, radcowie prawni i notariusze. Może tylko mniej było tam korporacyjnego zacietrzewienia..

Teraz na słowo konkurencja zareagowali z oburzeniem komornicy. Nic tu ująć, nic dodać. Trudno doprawdy o lepszą ilustrację korporacyjnego szowinizmu. Ziobro chory, a Jankowski, który go popiera, chory jest jeszcze bardziej. Tylko egzekucja komornicza świeci przykładem. Ale ta biała piana na twarzy komorniczych dyskutantów to najlepszy dowód na to, że zmiany proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości podążają w dobrym kierunku. Oczywiście, komornicy woleliby pewnie by minister Ziobro zamiast w nieograniczoną liczbę komorniczych rewirów wyposażył ich w karabiny maszynowe. Ale właśnie takie myślenie cofa nas nieuchronnie w mroki średniowiecza. To nie pomysły Ziobry są chore, chora jest nasza dzisiejsza egzekucja uprawiana w ciepełku 638 komorniczych kancelarii. A chora jest między innymi dlatego, że ma tak ciężko doświadczonych komorników, którzy za obronę chorego status quo gotowi są wyzbyć się resztek zdrowego rozsądku. Niech przemówią fakty. Liczba zaległych spraw w komorniczych kancelariach przekroczyła już 2 mln. i wciąż rośnie. W 2000 r. na jednego komornika przypadało 3 650 spraw a w 2004 r. było już ich blisko dwa razy więcej. Komornicy załatwiają dzisiaj mniej niż 50 proc. egzekucyjnego wpływu. Minister Ziobro chce poprawić skuteczność tak mizernie prezentującej się egzekucji, pragnie również zwiększyć efektywność komorniczego nadzoru. Dla komorników konkurencja w zawodzie, to jednak tylko wciąż chore pomysły ministra Ziobry. Nic więcej.

---