
Dwadzieścia banków
przez trzynaście lat, w zaciszu swoich lustrzanych gabinetów, ustalało wysokość opłat za transakcje dokonywane
kartami płatniczymi. W końcu jednak Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zdobył
się na odwagę i zakwestionował nie tylko
bankierskie zmowy, ale przede wszystkim to, że ustalane opłaty bankierzy
biorą z lustrzanych sufitów a nie z
wolnego rynku. Gorycz z przegranej nie trwała jednak długo. Wczorajsze
orzeczenie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, w którym sędziowie uchylili
decyzję prezesa UOKiK, zaskoczyła nie tylko miliony szczęśliwych posiadaczy
kart płatniczych. Ci, zajęci zakupami ludzie, niezwykle skoncentrowani na
wstukiwaniu w ciągu dnia swoich pinów, być może nawet nie zauważyli tego jawnie antykonsumenckiego wyroku.
Dlatego śmiem twierdzić, że wczorajsze rozstrzygnięcie sądu, najbardziej
zaskoczyło samych bankowców. Jeszcze w ubiegłym tygodniu dla pełnomocników
banków szczytem marzeń było umorzenie przez sąd postępowania z przyczyn czysto
formalnych. Banki swoją linię obrony ograniczały w zasadzie do proceduralnych
kruczków i kwestionowały z uporem wartym lepszej sprawy, legitymację Polskiej
Organizacji Handlu i Dystrybucji do występowania ze skargą do prezesa UOKiK. Wczorajsze orzeczenie sądu
dało bankom coś więcej niż tylko satysfakcję z wygranej. I nie chodzi
nawet o to, że sąd bez zmrużenia oka
pobłogosławił opłaty pobierane od sprzedawców akceptujących karty płatnicze, choć
z pewnością wiedział, że w takich krajach jak Dania, Holandia, Finlandia czy
Norwegia opłat interchange w ogóle się nie pobiera. Znacznie gorsze jest to, że
sędziowie przeszli do porządku dziennego nad gabinetowym sposobem
ustalania wysokości tych nieszczęsnych
opłat. Na takie rozumienie konkurencji i ochrony konsumenta nie może być zgody.
Opłat interchange nie mogą wyznaczać
bankierskie zmowy. Muszą być one oparte na rzeczywistych, możliwych do
wykazania kosztach a nie na widzimisię prezesów. Wczoraj sąd zaprzepaścił
niestety doskonałą okazję by taki właśnie sygnał wysłać do konsumentów. Konsument, tak jak przed laty, tak i
teraz, bez żadnych skrupułów będzie mógł
powtarzać: nie wierzę w istnienie bogini Temidy. Zwycięża ten, kto wykaże
wyższy kunszt.
Andrzej Jankowski
Dwadzieścia banków przez trzynaście lat, w zaciszu swoich lustrzanych gabinetów, ustalało wysokość opłat za transakcje dokonywane kartami płatniczymi. W końcu jednak Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zdobył się na odwagę i zakwestionował nie tylko bankierskie zmowy, ale przede wszystkim to, że ustalane opłaty bankierzy biorą z lustrzanych sufitów a nie z wolnego rynku. Gorycz z przegranej nie trwała jednak długo. Wczorajsze orzeczenie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, w którym sędziowie uchylili decyzję prezesa UOKiK, zaskoczyła nie tylko miliony szczęśliwych posiadaczy kart płatniczych. Ci, zajęci zakupami ludzie, niezwykle skoncentrowani na wstukiwaniu w ciągu dnia swoich pinów, być może nawet nie zauważyli tego jawnie antykonsumenckiego wyroku. Dlatego śmiem twierdzić, że wczorajsze rozstrzygnięcie sądu, najbardziej zaskoczyło samych bankowców. Jeszcze w ubiegłym tygodniu dla pełnomocników banków szczytem marzeń było umorzenie przez sąd postępowania z przyczyn czysto formalnych. Banki swoją linię obrony ograniczały w zasadzie do proceduralnych kruczków i kwestionowały z uporem wartym lepszej sprawy, legitymację Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji do występowania ze skargą do prezesa UOKiK. Wczorajsze orzeczenie sądu dało bankom coś więcej niż tylko satysfakcję z wygranej. I nie chodzi nawet o to, że sąd bez zmrużenia oka pobłogosławił opłaty pobierane od sprzedawców akceptujących karty płatnicze, choć z pewnością wiedział, że w takich krajach jak Dania, Holandia, Finlandia czy Norwegia opłat interchange w ogóle się nie pobiera. Znacznie gorsze jest to, że sędziowie przeszli do porządku dziennego nad gabinetowym sposobem ustalania wysokości tych nieszczęsnych opłat. Na takie rozumienie konkurencji i ochrony konsumenta nie może być zgody. Opłat interchange nie mogą wyznaczać bankierskie zmowy. Muszą być one oparte na rzeczywistych, możliwych do wykazania kosztach a nie na widzimisię prezesów. Wczoraj sąd zaprzepaścił niestety doskonałą okazję by taki właśnie sygnał wysłać do konsumentów. Konsument, tak jak przed laty, tak i teraz, bez żadnych skrupułów będzie mógł powtarzać: nie wierzę w istnienie bogini Temidy. Zwycięża ten, kto wykaże wyższy kunszt.
Andrzej Jankowski
Z badań prowadzonych w resorcie sprawiedliwości wynika, że w pierwszym miesiącu tymczasowego aresztowania w sprawach aresztanckich dzieje się tak naprawdę bardzo niewiele. Izolacja podejrzanego zamiast mobilizować organy ścigania do szybkiego gromadzenia dowodów jego winy, wywołuje skutek wręcz odwrotny, spowolnia czynności prokuratorskie. A jakże często areszt stosuje się po wielomiesięcznym śledztwie czy dochodzeniu, kiedy to ryzyko matactwa bądź ukrywania się podejrzanego nie jest wysokie? Zupełnie odrębnym problemem są areszty w sprawach błahych: student przyłapany w pociągu za jazdę bez biletu, nauczyciel uzależniający od łapówki wystawienie pozytywnej oceny. Tę zaskakującą skłonność naszych prokuratorów i sędziów trudno oceniać inaczej, jak tylko w kategoriach zwyczajnej łatwizny czyli dążenia za wszelką cenę do ułatwiania sobie życia w pracy. ”Trochę posiedzi, to zacznie mówić” - niestety straty moralne i społeczne, jakie niesie z sobą tego rodzaju strategia dochodzeniowo - śledcza są w wielu wypadkach większe niż szkodliwość społeczna popełnionych występków.
Decyzje dotyczące tymczasowego aresztowania nie mogą pozbyć się jeszcze jednej wyjątkowo nieciekawej cechy - rutyny i związanego z nią automatyzmu. W ten sposób rok w rok dziewięćdziesiąt procent prokuratorskich wniosków o areszt jest uwzględniane przez nasze sądy. A przecież, chociażby w przypadku przestępstw gospodarczych, gdzie podejrzani i sprawcy dysponują z reguły znacznym majątkiem, bardzo często wystarczającym zabezpieczeniem procesowej sprawności, zamiast aresztu może być na przykład poręczenie majątkowe i zakaz opuszczania kraju. Że taki pozbawiony wnikliwości automatyzm nie wychodzi naszemu wymiarowi sprawiedliwości na zdrowie, świadczą nie tylko sprawy najcięższego kalibru, takie jak pamiętne sprawy Wieczerzaka, Jamrozego, czy doktora. G. ale również sprawy drobne , jak chociażby ta z Olsztynka. To właśnie tam, Bogu ducha winna wychowawczyni z Domu Dziecka została bezpodstawnie aresztowana i oskarżona o zamordowanie kilkunastomiesięcznego podopiecznego. Kobiecie, której życie z dnia na dzień legło w gruzach, sąd przyznał 10 tys. zł. zadośćuczynienia za bezpodstawne aresztowanie.
Znowelizowane po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z lipca 2006 r. przepisy o tymczasowym aresztowaniu weszły w życie całkiem niedawno. Zostały więc skrojone na miarę naszych czasów. Również sędziowie ze Strasburga nie mają większych zastrzeżeń do przepisów. Zbulwersowani są bardziej praktyką naszych sędziów i prokuratorów. Szkoda, że w naszym wymiarze sprawiedliwości nie zawsze przestrzegana jest zasada mówiąca, że sprawy z aresztem mają pierwszeństwo przed wszystkimi innymi sprawami. Gdy jest areszt nie powinno dopuszczać się do jakichkolwiek przestojów. Proces w takiej sprawie powinien toczyć się bardzo szybko, bez żadnej zwłoki. Czasem jednak wszystko rozbija się o nieumiejętność prowadzenia postępowań karnych. Policji wciąż brakuje ludzi z nosem detektywa. Dlatego będziemy przegrywać coraz więcej spraw w Strasburgu. Ostatnio rzecznik praw obywatelskich widząc, jak prokuratorzy i sędziowie nie radzą sobie z wydłużającymi się aresztami, które coraz częściej tylko z nazwy są aresztami tymczasowymi, wystąpił z wnioskiem do ministra sprawiedliwości by ten zainicjował zmianę przepisów. Rzecznik proponuje by po upływie dwóch lat areszt kończył się nieodwołalnie z mocy samego prawa. Nie wiem, czy taka gilotyna, pozbawiająca sędziów możliwości gruntownej analizy konkretnego przypadku jest najlepszym rozwiązaniem. Problem raczej w tym by ta sędziowska analiza była rzeczywiście gruntowna i krytyczna. Ta analiza musi być szczególnie wnikliwa i wszechstronna przy podejmowaniu decyzji z sprawie przedłużania tymczasowego aresztowania. To właśnie tutaj, najczęściej na szczeblu sądu apelacyjnego areszt traci swój tymczasowy charakter.
Istnieje w Polsce takie rozporządzenie, które łamane jest po kilka razy na dzień. Nikt oczywiście takich statystyk nie prowadzi ale po wypowiedziach urzędników widać, że resortowe służby legislacyjne najchętniej zapomniałyby, że takie rozporządzenie w ogóle istnieje. Rozporządzenie nie jest oczywiście nie z tego świata, nie jest ani hermetyczne ani bełkotliwe. Wydano je dokładnie 20 czerwca 2002 r. i opublikowano w Dzienniku Ustaw nr. 100 pod pozycją 908 . Sekret tego rozporządzenia tkwi w tym, że dotyczy ono zasad techniki prawodawczej. Pierwsza z brzegu zasada zamieszczona w tym rozporządzeniu stanowi, że ”Jeżeli zmiany wprowadzane w ustawie miałyby być liczne albo miałyby naruszać konstrukcję lub spójność ustawy albo gdy ustawa była już poprzednio wielokrotnie nowelizowana, opracowuje się projekt nowej ustawy”. Inny paragraf głosi że: ”Ustawa powinna być tak skonstruowana , aby od przyjętych w niej zasad nie trzeba było wprowadzać licznych wyjątków”. W cytowanym rozporządzeniu znalazł się i taki zapis: ”Jednocześnie z projektem ustawy przygotowuje się projekty rozporządzeń o znaczeniu podstawowym dla jej funkcjonowania”. Już te pierwsze z brzegu wybrane przepisy , że nasze prawo tworzone jest niestety pod prąd tym racjonalnym zasadom. Odwieczna zasada racjonalnego ustawodawcy, która niezliczoną ilość razy wybawiała z kłopotów interpretacyjnych stosujący prawo, stanęła dziś pod dużym znakiem zapytania. Ten znak zapytania jest tym większy, że stawiamy go w przededniu głosowań nad samorozwiązaniem Sejmu. Los tych głosowań nie jest wcale taki pewny. Pewne jest za to, że słabość dzisiejszego prawa odzwierciedla wszystkie słabości naszego państwa. Nim żeśmy się obejrzeli zamiast państwem prawa, staliśmy się państwem przepisów, złych przepisów.
Nie ma dziś na rynku gazety, w której zabrakłoby rubryki: z perspektywy prawa. Nawet tabloidy, które w konflikt z prawem wchodzą średnio po kilka razy na dzień, regularnie dociekają odpowiedzi na to niewinnie brzmiące pytanie: co na to prawo? ”Łapówki są dzisiaj płacone w Polsce z większą regularnością niż pensje” - co na to prawo? ”Grupka dziennikarzy nie chce się zlustrować” - co na to prawo? ”Wicepremier cytuje przed kamerami fragmenty protokołów z postępowania przygotowawczego, które jest objęte tajemnicą śledztwa” - co na to prawo?
W ten paradoksalny sposób im bardziej oddalamy się od państwa prawa, tym bardziej stajemy się państwem prawników. To od nich oczekują dziś wszyscy, że wysilą swoje szare komórki i napiszą jeszcze więcej ustaw, jeszcze więcej rozporządzeń, które sprawią, że kraj w ciągu kilku lat zacznie żyć pomyślnie, że służba zdrowia będzie leczyć pacjentów a nie strajkować, że przestępcy będą trafiać za kratki a nie na stanowiska państwowe. Dlaczego tak się jednak nie dzieje, dlaczego prokurator zamiast w ciszy swojego gabinecie porównywać zachowanie osób publicznych z kodeksem karnym, porównuje je przed telewizyjną kamerą ? Dlaczego z takim trudem przychodzi nam budować państwo oparte na prawie?
Czy chcemy może osiągnąć założone cele zbyt szybko, na skróty, w sposób rewolucyjny? A jak to się udało np. w Ameryce, na Dzikim Zachodzie? Jak wymierzającego sprawiedliwość cowboya z Dzikiego Zachodu udało się tam zastąpić autorytetem ławy przysięgłych, autorytetem sędziego? To co rzuca się od razu w oczy nie jest wcale zaskakujące. Z trzech władz wyodrębnionych przez Monteskiusza: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, ta ostatnia odgrywa u nas rolę ubogiego krewnego. W Stanach Zjednoczonych, kiedy pojawia się jakaś prawnicza nowinka, weźmy na przykład matkę noszącą w swoim łonie cudze dziecko czy pacjentkę, którą chce się odłączyć od podtrzymującego życie respiratora, Amerykanin zwraca oczy w kierunku orzecznictwa sądów. Walka o życie sparaliżowanej Amerykanki Terri Schiavo była dwa czy trzy lata temu tego najlepszym dowodem. Ani wyposażony w potężne prerogatywy prezydent ani nie mniej potężny Kongres nie zdecydowali się na łamanie prawa i konstytucyjny konflikt ze stanowymi sądami.
Natomiast nasz obywatel w podobnej sytuacji wyciąga za każdym razem ręce albo w kierunku państwa albo w kierunku referendum. Liczy, że na Wiejskiej wydadzą jeszcze jedną ustawę, która ureguluje nowe zagadnienie prawne. W ten sposób w Polsce prawnicy przede wszystkim reprodukują prawa, podczas, gdy prawnicy amerykańscy je ożywiają na sali sądowej. Skutek jest taki, że tydzień w tydzień, po każdym posiedzeniu Sejmu czy rządu, otrzymujemy potężną dawkę instrukcji obsługi nieomal każdej cząstki naszego życia społecznego i gospodarczego.
W ten sposób prawo traktowane jest w Sejmie ale także przez obywateli, którzy niestety przyzwyczaili się niedobrego rytuału, jako narzędzie do uzyskiwania doraźnych korzyści. Jego tworzenie nie jest podporządkowane spójnej, całościowej wizji państwa, tylko raczej ogólnikowym, grupowym komunałom.
Kompromis między pełnymi dyskrecji, tajemnymi działaniami policji a ingerencją w życie prywatne zwykłych obywateli wyczerpał się. W każdym razie do takiego wniosku doszli autorzy projektu ustawy o działaniach operacyjnych i rozpoznawczych policji, do którego dotarła Gazeta Prawna. ( patrz GP z 9 marca ). Jak ważne są to sprawy dla postrzegania praworządności w państwie, najlepiej świadczy fakt, że propozycje rządowe spotkały się z natychmiastową kontrakcją parlamentarnej opozycji, która w tej samej sprawie przygotowała własny projekt. Dlatego, jak sądzę, ze szczególną uwagą warto monitorować prace nad tymi jakże wrażliwymi ustawami. To one będą regulowały granice policyjnej prowokacji, sięgną też zapewne do tajemnicy naszej korespondencji i podsłuchów. Ale poruszane tutaj sprawy są dla nas ważne jeszcze z innego powodu. Otóż między działaniami operacyjno - rozpoznawczymi a czynnościami procesowymi istnieje wyraźna granica. Te pierwsze są działaniami zasadniczo poufnymi, charakteryzują się też znacznie mniejszym formalizmem. Czynności procesowe wymagają sporządzenia protokołu, podpisania go przez zainteresowanego. Natomiast działania operacyjne zadowalają się zwykłą notatką służbową. Często wystarczy lakoniczny meldunek lub raport.
Dlatego procedury, które wzmocnią siłę dowodów w procesach karnych, procedury, które policyjnym prowokacjom zablokują drogę na manowce bezprawia, mogą liczyć na nasze wsparcie. Wszędzie jednak tam, gdzie ustawodawca, wodzony na pokuszenie przez polityków, będzie ograniczał sądową kontrolę nad tajemnymi działaniami policji, gdzie sprawy dla obywatela najbardziej wrażliwe, ukryje w tajemnych, służbowych instrukcjach a nie ustawach, musimy zacząć głośno krzyczeć. Może wspólnymi siłami uda nam się tym razem być mądrym przed szkodą.
Tego jeszcze nie było, prokurator krajowy z Al. Ujazdowskich przenosi się do gabinetu na ul. Rakowiecką, skąd pokieruje bezpośrednio resortem spraw wewnętrznych i administracji. Do tej pory przyzwyczajeni byliśmy do tego, że ruch między Al. Ujazdowskimi a Rakowiecką odbywał się raczej w odwrotnym kierunku. Zmiana kierunku ruchu, która wczoraj dokonała się na naszych oczach, nie jest wcale symboliczna lecz ma, jak sądzę, głębsze uzasadnienie merytoryczne. Prokurator na Rakowieckiej to przede wszystkim istotne wzmocnienie legalizmu działania naszych służb wewnętrznych. Zmiana kierunku ruchu na odcinku Rakowiecka – Al. Ujazdowskie, gwarantuje jednak przede wszystkim lepszą koordynację pracy między policją, służbami specjalnymi i prokuraturą. Minister spraw wewnętrznych usiłował bronić dotychczasowej organizacji tego ruchu, chwalił się wzrostem wykrywalności przestępstw i spadkiem zagrożenia przestępczością. Ale to nie wystarczyło. Miejsce policji w procesie karnym, podobnie, jak służb specjalnych, jest miejscem wykonawczym a nie decyzyjnym. Tym razem premiera przekonały, jak sądzę, racjonalne argumenty ministra sprawiedliwości. Nie może być przecież tak, że oto prokurator prowadzący śledztwo dostaje na stół tylko takie dowody, jakie zechce mu tam położyć policja. Dzisiaj to policja ocenia jakie dowody są ważne dla sprawy, o jakich dowodach powie prokuratorowi a jakie fakty przed nim ukryje. Jednym słowem, prokuratorzy nie mają dzisiaj wglądu do materiałów operacyjnych policji. Na taka organizacją ruchu nie chciał się , jak sądzę, zgodzić minister sprawiedliwości. Jak tylko pamięcią sięgam wstecz, zawsze w konflikcie resortu spraw wewnętrznych i wymiaru sprawiedliwości, prokuratorzy i sędziowie okazywali się tymi, którzy musieli ustępować służbom wewnętrznym. Konflikty te mają zresztą swoją długą, czarną historię, od sprawy przemyka i procesu toruńskiego w sprawie zabójstwa księdza Popiełuszki poczynając a kończąc na aferze starachowickiej i śledztwie w sprawie zabójstwa gen. Papały. Prokurator na ul. Rakowieckiej daje mimo wszystko lepszą gwarancję, że teraz w procesie karnym zarówno pierwsze jak i ostatnie słowo będzie należało do prokuratury a nie do policji.
Nieznani sprawcy niszczą na niespotykaną dotąd skalę akta sądowe i prokuratorskie. Sędzia Andrzej Kryże wiceminister sprawiedliwości mówi dziś w GP o kompromitacji w Pałacu Sprawiedliwości. To bardzo mocne słowa i dobrze, że przy okazji opisanej przez nas sprawy znikających akt one padają . Nikt mnie nie przekona, że 300 akt, które każdego roku zapada się w sądach pod ziemię, to rezultat zwykłego bałaganu i urzędniczego niechlujstwa. Z pewnością za wieloma z tych zniknięć kryją się wyrafinowane działania przestępcze obliczone na zacieranie dowodów i unikanie odpowiedzialności. Kiedy jako aplikant sądowy zszywałem akta, za każdą zawieruszoną „zwrotkę” z poświadczeniem odbioru pisma procesowego czy wezwania, groziła dyscyplinarka. Nie z całą pewnością, panie ministrze, nie ma co czekać na ustawę o urzędnikach sądowych. Potrzebne są działania doraźne, natychmiastowe. Nasze czasy wiążą się z podwyższonym wskaźnikiem wymagań i oczekiwań co do funkcjonowania każdej władzy, również, a może przede wszystkim władzy sadowniczej. Dziś nie wystarczy już złożyć raz w życiu ślubowanie przed prezydentem i mieć święty spokój aż do upragnionego stanu spoczynku. Od każdej władzy, także władzy sądowniczej, oczekuje się, że będzie się sprawdzała w codziennym działaniu a nie na papierze. Jeżeli tego zaniechamy w naszych sądach i prokuraturach model pszczyński zadomowi się na stałe. A model pszczyński to niesłychanie groźny syndrom. Ostatnio co najmniej 70 śledztw, prowadzonych w prokuraturze w Będzinie nie znalazło finału przed sądem, bo jej pracownicy ukrywali w szafach akta tych spraw. Kontrolę w Będzinie rozpoczęto po wykryciu podobnego procederu w prokuraturze w Pszczynie. To właśnie tam jakiś prokuratorski Archimedes zaczął wykazywać w statystykach sprawy jako zakończone, podczas, gdy w rzeczywistości leżały ona gdzieś rozgrzebane głęboko w dolnej szufladzie. Niestety model pszczyński okazał się wyjątkowo zaraźliwy. Jego udoskonalone wersje przenikają do sądów i prokuratur z wydajnością dobrego powielacza. Dlatego naprawdę panie ministrze, nie ma co oglądać się na posłów, nie ma co oglądać się na jeszcze jedną ustawę. Model pszczyński potrzebuje natychmiastowej szczepionki. W przeciwnym razie będziemy mieć prawdziwą epidemię. Epidemię na skalę, o której wymiar sprawiedliwości jeszcze nie słyszał.
Sąd Lustracyjny oczyszczając Małgorzatę Niezabitowską od wszelkich podejrzeń o współpracę ze służbami specjalnymi PRL-u, przywołał w ustnym uzasadnieniu swojego wyroku zasadę in dubio pro reo. Ta fundamentalna dyrektywa każdego współczesnego procesu karnego oznacza, że wszelkie niedające się usunąć wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego. Ponieważ zgodnie z prezydenckim projektem nowelizacji ustawy lustracyjnej sprawy tego rodzaju toczyć się będą jednak według procedury karnej, a nie jak chcieli posłowie według procedury cywilnej, warto, jak sądzę, przypomnieć w tym miejscu czym dyrektywa in dubio pro reo nie jest. Otóż z całą pewnością dyrektywa ta ( art. 5 par. 2 kodeksu postępowania karnego ) nie jest po to by ułatwiać pracę sądu. Wręcz przeciwnie art. 5 par 2 k.p.k. zobowiązuje sąd, a także oskarżyciela publicznego, do znacznie większego wysiłku. Przepis ten mówi wprost, nie pozostawiając cienia wątpliwości, że nie dających się usunąć wątpliwości nie należy tłumaczyć na niekorzyść oskarżonego. W praktyce oznacza to, ze zanim sąd sięgnie po tę jakże użyteczną zasadę musi pierw przeprowadzić staranne i dociekliwe postępowanie dowodowe. Musi dojść do miejsca, w którym dla każdego kto się tam znajdzie będzie jasne, że wszystkie dopuszczone przez prawo dowody zostały wyczerpane i dalsze ich mnożenie jest robotą nieracjonalną.
Ale zasada in dubio pro reo mówi jeszcze coś więcej. Otóż zasada ta zakazuje mnożenia zarówno w akcie oskarżenia, jak i w wyroku, ustaleń alternatywnych. Sąd nie może więc stwierdzić beztrosko w wyroku, że osoba, która siedzi na ławie oskarżonych popełniła zarzucany jej czyn albo go nie popełniła. Tymczasem pan sędzia Rafał Kaniok w ustnym uzasadnieniu wyroku w sprawie Małgorzaty Niezabitowskiej stwierdził z rozbrajającą szczerością, że "nie da się wykluczyć, że Małgorzata Niezabitowska nie była agentem SB i nie da się wykluczyć, że nim była, dlatego wątpliwości należy rozstrzygnąć na korzyść lustrowanego". Nie chciałbym tutaj rzecz jasna łapać pana sędziego za słówka. Nie wątpię, że w pisemnym uzasadnieniu wyroku postawi w sprawie Niezabitowskiej kropkę nad i. Ale panie sędzio, w ten sposób nie można uzasadniać lustracyjnych wyroków, zresztą wszelkich rozstrzygnięć zapadających na sali sądowej. Nie można zwłaszcza wtedy, kiedy zaraz w następnym zdaniu przywołuje się zasadę in dubio pro reo. Opieranie się na takich alternatywnych ustaleniach wprowadza do wyroku element niepewności, relatywizację prawdy. A przecież ludzie przychodzący do sądu po sprawiedliwość oczekują dokładnie czegoś odmiennego: pewności i stabilności. Dlatego trudno się dziwić, że pierwsze reakcje po wyroku w sprawie M. Niezabitowskiej koncentrowały się na dalszym dociekaniu prawdy. Trzeba sprawdzić to, trzeba ustalić tamto, skoro sąd nie wyklucza fałszerstwa to dlaczego tego nie ustali? Trudno tym głosom odmówić racji. Czy przy dzisiejszym rozwoju kryminalistyki wymiar sprawiedliwości musi bezradnie rozkładać ręce nad dokumentami wytworzonymi przez SB? Czy nie może z przekonaniem, z przekonaniem graniczącym z pewnością, stwierdzić co jest prawdą a co jest fałsze?
Nie z całą pewnością, wyroki w naszych sądach nie mogą na każdym kroku chować się za pajęczyną domniemań utkanych z kierkegaardowskiego albo - albo. Jeżeli wyroki lustracyjne podążą tą drogą zamiast orzeczeń przynoszących prawdę otrzymywać będziemy coraz częściej na salach rozpraw czczą publicystykę.
Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało gruntowną reformę procedury cywilnej. Autorzy projektu chcą usprawnić przebieg rozpraw w sądach cywilnych oraz zmniejszyć formalizm, który od jakiegoś czasu stał się częstym gościem sal sądowych. Rozprawy będą mogły być odraczane maksymalnie na jeden miesiąc. Sąd będzie mógł odroczyć ogłoszenie wyroku tylko jeden raz, na czas do dwóch tygodni. Dyscyplinowani też będą adwokaci i radcowie prawni. W przypadku stwierdzenia przez sąd rażącego naruszenia przez nich obowiązków procesowych będzie można pełnomocnika ukarać grzywną porządkową do 20 tys. zł. ( obecnie do tysiąca złotych. Proponowane przez resort sprawiedliwości zmiany zmierzają w dobrym kierunku. Propozycja polegająca na tym, aby rozprawy były odraczane maksymalnie na jeden miesiąc jest bardzo trafna. Dzięki temu praca w sądach stanie się bardziej efektywna. Również ograniczenie możliwości odroczenia ogłoszenia orzeczenia tylko do jednego razu jest posunięciem trafnym, choć beż wątpienia jest to rozwiązanie rygorystyczne. Ale prawda jest też taka, że sędziowie bardzo często odraczają ogłoszenie wyroku naprawdę z błahych powodów. Nie wyobrażam sobie jak bardzo skomplikowana musiałaby być sprawa, żeby nie można było ustalić treści orzeczenia w ciągu dwóch tygodni.
To co mnie jednak niepokoi, to częstotliwość zmian wprowadzanych ostatnio do naszych kodeksów. W tej chwili praktycznie co miesiąc nowelizuje się przynajmniej jeden z kodeksów, przez co tracą one swoją pierwotną przejrzystość i spójność. W prawie dominują dziś zmiany fragmentaryczne, doraźne, wprowadzane pod wpływem chwili. W tych zmianach gubią się już nie tylko zwykli ludzie ale sami prawnicy.
Odnoszę wrażenie, że rozporządzenie Rady Ministrów z 2002 r. o zasadach techniki prawodawczej, jest dzisiaj najczęściej łamanym aktem prawnym w naszym kraju. Jego autorów, podobnie jak twórców wielu innych rozporządzeń i ustaw zgubiła ta sama bezgraniczna wiara w moc regulacji prawnych. Po raz nie wiem już który okazało się, że nie wystarczy drobiazgowo wytyczyć każdemu drogę z domu do szkoły, żeby wyeliminować wagary. Żadne szczegółowe instrukcje obsługi, do których coraz częściej upodabnia się współczesne prawo, nie uwolnią nas niestety ani od głęboko zakorzenionych nawyków i przyzwyczajeń ani od mechanizmów, które niejako samoczynnie nakręcają nam inflację norm prawnych. Zawartość Dzienników Ustaw jaka jest każdy widzi. Z całą pewnością w ciągu ostatnich lat nasze prawo rozrosło się do granic obywatelskiej wytrzymałości. Cierpi na tym również, a może właśnie przede wszystkim, jakość stanowionych przepisów. Prawnicy zostali w tym procesie sprowadzeni niestety do roli techników, którzy zręcznie przerabiają na paragrafy podejmowane za ich plecami decyzje. Skutki widoczne są gołym okiem. Czasami zastanawiam się, czy czasy wielkich kodeksów, na których wychowywały się całe pokolenia ludzi, minęły bezpowrotnie. Czy ktoś w ogóle jeszcze oczekuje od naszego prawa gwarancji etycznych, wartości, które L. Fuller określał moralnością praw? A przecież bez tych elementarnych wymogów fair play w procesie stanowienia ustaw, coraz trudniej będzie nam sprostać rygorom państwa prawa. Zwłaszcza, jeśli w tym jakże trudnym i złożonym procesie „ucierania” prawa w parlamencie, będziemy rozmawiali nie o fair play, tylko o kupowaniu ustaw.
Bałagan kompetencyjny, który każdego dnia daje o sobie znać na pograniczu administracji rządowej i samorządowej ma nowe punkty zapalne. Wczorajsza wymiana zdań w Sejmie ujawniła, że rząd nie ma jasnej, klarownej koncepcji, jakie uprawnienia mają należeć do wojewody a jakie do samorządu wojewódzkiego. Wywołany do tablicy przez posłów minister administracji Ludwik Dorn, odpowiedział jednym niezrozumiałym zdaniem, że rząd jest za „nierozespolaniem administracji rządowej”. Swoje trzy grosze dorzucił do tego sporu również premier, który zakazał wojewodom stosowania weta do inwestycji samorządowych z unijnych pieniędzy. To decyzja bez wątpienia słuszna, słuszna politycznie, tyle tylko, że moratorium premiera nie ma z prawnego punktu widzenia żadnego znaczenia. Złe przepisy ustawy rząd powinien wymieniać a nie zawieszać, do czego nie ma najzwyczajniej w świecie prawa. Gdyby wojewodowie się zbuntowali i wbrew zakazowi premiera zaczęli wetować decyzje inwestycyjne samorządów wydawane w ramach polityki rozwoju, decyzje te byłyby ważne. Wcześniej czy później, tacy niepokorni wojewodowie straciliby z pewnością swój urząd ale to już jest zupełnie inna sprawa. W tym wszystkim rzeczą najważniejszą jest jednak to, że podanie przez ustawodawcę decyzji samorządu województwa prewencyjnemu i nie do końca jednoznacznie sprecyzowanemu nadzorowi wojewody, burzy symetrię partnerstwa i zasadę równości stron zawierających kontrakt regionalny. Wyposażenie wojewody w prawo weta bez określenia choćby ram i zasad tego środka nadzoru przeczy zasadzie przejrzystości działania administracji publicznej . A wyeliminowanie w ustawie o zasadach polityki rozwoju możliwości odwoływania się od decyzji urzędniczych do sądu, ogranicza prawo zainteresowanych do sądu. Wyłączenie przez ustawodawcę drogi sądowej z pewnością nie spodoba się ani naszemu Trybunałowi Konstytucyjnemu ani Trybunałowi Sprawiedliwości w Luksemburgu, który stoi na straży przestrzegania prawa Wspólnotowego. Cena centralizacji władzy może być więc dla nas wysoka.
Redakcja ”Gazety Prawnej” zwróciła się do ponad trzystu losowo wybranych adwokatów by ocenili rolę i znaczenie jaką odgrywa dzisiaj samorząd adwokacki. W tle tych ankiet, o czym wszyscy zainteresowani bardzo dobrze wiedzą, kłębią się zakrojone na szeroką skalę reformy ministra sprawiedliwości, które oprócz nowych, sztywnych ministerialnych taryfikatorów za adwokackie opłaty i wyraźnie podkręconych obowiązków za sprawność postępowań sądowych, przynoszą także wyprowadzenie sądownictwa dyscyplinarnego z samorządowego matecznika wprost pod miecz sądownictwa powszechnego. A co więcej, oskarżać adwokatów przed tymi sądami miałby nie kto inny tylko prokuratorzy. Adwokaci, co zresztą nie trudno zgadnąć są zdecydowanymi przeciwnikami takich eksperymentów. A nawet jeśli ten i ów patrzy na pomysły ministra Ziobry z większą wyrozumiałością, to już z całą pewnością nikt nie może darować ministrowi, że zakrojona na tak szeroką skalę operacja reformatorska, wprowadzana jest w życie bez konsultacji ze środowiskiem. Tworzy to, zdaniem adwokatów, ”atmosferę niepotrzebnej wrogości i wzajemnej nieufności”. Tak więc z jednej strony zmiany proponowane w prawie przez resort sprawiedliwości są odbierane przez adwokatów jako zamach na ich samorządową niezależność, z drugiej jednak strony, co również ujawniły nasze badania ankietowe, sami adwokaci nie bardzo dzisiaj wiedzą co z tym swoim samorządem mają zrobić by był on uszyty rzeczywiście na miarę konstytucyjnie gwarantowanej niezależności. To co rzuca się w oczy najbardziej to fakt, że 8 proc. badanych ( wszystkie osoby z Warszawy ) nie mają żadnego kontaktu z samorządem a 52 proc. stwierdza, że ich kontakt z korporacją jest sporadyczny. Nie chciałbym tutaj odwoływać się do magii liczb ale jakby na to wszystko nie patrzyć 60 proc. badanych adwokatów nie widzi potrzeby częstych spotkań ze swoim samorządem. Co więcej, nie zawsze też taką potrzebę widzą organy adwokackiego samorządu. W kilku ankietach spotkałem się na przykład. z taką oto odpowiedzią: organy adwokatury często komunikują się z członkami korporacji w sprawach dotyczących ogółu poprzez pocztę elektroniczną. Czy Internet, ten specyficzny nośnik informacji, ta cudowna, wyśniona kraina szybkiego komunikowania się ma zastąpić teraz pochłaniające cenny czas zebrania, szkolenia, pogadanki i panelowe dyskusje? Nie stanie się to z pewnością z dnia na dzień ale trudno nie zauważyć, że Internet zaczyna powoli konkurować z samorządem. Problem w tym by była to konkurencja oparta na zdrowych zasadach służąca wzmocnieniu i unowocześnianiu zawodowych korporacji a nie ich zastępowaniu i osłabianiu. Wśród adwokatów, dla których samorząd jest czymś więcej niż tylko elitarnym klubem pojawiają się naprawdę interesujące propozycje. Najczęściej osoby badane zwracają uwagę na potrzebę permanentnego szkolenia z uwagi na „żenujący poziom czasami poziom pełnomocników w zakresie nowo obowiązujących przepisów prawa”. Jeżeli sami adwokaci widzą ten problem w sposób tak jaskrawy to aż strach pomyśleć o opiniach na ten temat zwykłych ludzi, którym przyszło spędzać czas w sądowych korytarzach.
Komornicy protestują, nie pozostawiając suchej nitki na każdym, kto ośmieli się zakwestionować egzekucyjne status quo. Ale te cierpkie, pełne emocji słowa nie są dla mnie ani zaskakujące ani odkrywcze. Podobnie na próby otwarcia zawodu reagowali całkiem niedawno adwokaci, radcowie prawni i notariusze. Może tylko mniej było tam korporacyjnego zacietrzewienia..
Teraz na słowo konkurencja zareagowali z oburzeniem komornicy. Nic tu ująć, nic dodać. Trudno doprawdy o lepszą ilustrację korporacyjnego szowinizmu. Ziobro chory, a Jankowski, który go popiera, chory jest jeszcze bardziej. Tylko egzekucja komornicza świeci przykładem. Ale ta biała piana na twarzy komorniczych dyskutantów to najlepszy dowód na to, że zmiany proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości podążają w dobrym kierunku. Oczywiście, komornicy woleliby pewnie by minister Ziobro zamiast w nieograniczoną liczbę komorniczych rewirów wyposażył ich w karabiny maszynowe. Ale właśnie takie myślenie cofa nas nieuchronnie w mroki średniowiecza. To nie pomysły Ziobry są chore, chora jest nasza dzisiejsza egzekucja uprawiana w ciepełku 638 komorniczych kancelarii. A chora jest między innymi dlatego, że ma tak ciężko doświadczonych komorników, którzy za obronę chorego status quo gotowi są wyzbyć się resztek zdrowego rozsądku. Niech przemówią fakty. Liczba zaległych spraw w komorniczych kancelariach przekroczyła już 2 mln. i wciąż rośnie. W 2000 r. na jednego komornika przypadało 3 650 spraw a w 2004 r. było już ich blisko dwa razy więcej. Komornicy załatwiają dzisiaj mniej niż 50 proc. egzekucyjnego wpływu. Minister Ziobro chce poprawić skuteczność tak mizernie prezentującej się egzekucji, pragnie również zwiększyć efektywność komorniczego nadzoru. Dla komorników konkurencja w zawodzie, to jednak tylko wciąż chore pomysły ministra Ziobry. Nic więcej.
