Czasami demokratyczne werdykty nie budzą naszej radości. Ale nie ogłupiajmy innych, twierdząc, że decyzja Wielkiej Brytanii o opuszczeniu UE – bezdyskusyjnie fatalna dla Polski – jest absurdalna. Niektórzy publicyści dyskredytują ją, zwracając uwagę, że: a) o wyniku referendum zdecydowali starsi ludzie, wpływając na przyszłość młodych; b) niektóre części kraju (Szkocja i Irlandia Północna) opowiedziały się za pozostaniem we Wspólnocie; c) za Brexitem padły głosy przeważnie ludzi słabiej wykształconych i gorzej sytuowanych, z małych miast i ze wsi; d) referendum nie ma formalnie charakteru wiążącego; e) próg bezwzględnej większości nie musi w takich głosowaniach odgrywać decydującej roli.

To są oczywiście fakty. Problem w niezwykle daleko idących wnioskach, jakie niektórzy z nich wyciągają – w tym wręcz o konieczności (a nie tylko możliwości) powtórzenia referendum. Owszem, demokratyczną decyzją można było zmodyfikować – wcześniej – umowę społeczną i zamienić wymóg bezwzględnej większości, np. na próg 60 proc. Można było także, choć to dopiero wydaje się niedorzeczne, wprowadzić cenzus wieku (gdzie powinna przebiegać granica?), majątku, miejsca zamieszkania lub wykształcenia (dyplomy których uczelni należałoby wziąć pod uwagę?). Albo ustalić, że wszystkie cieszące się autonomią części kraju muszą zgodnie podjąć decyzję, by była ona wiążąca.

To irytujące, gdy niektórzy publicyści i eksperci mówią mniej więcej tak: demokracja jest dobra, o  ile jej rozstrzygnięcia nam odpowiadają i zgadzają się z naszymi przekonaniami. Jeśli nie, lepszy byłby już nasz absolutyzm oświecony (oczywiście schowany za fasadą demokratycznych dekoracji), gdyż to my jesteśmy lepsi i mądrzejsi, i wiemy, jakie decyzje należy podejmować. To nic, że dla reszty to nie jest takie oczywiste. Z dwojga złego – absolutyzmu niektórych (zwykle tych, którzy sami przyznają sobie prawo do orzekania, a nawet decydowania za innych o tym, co jest najlepsze dla wszystkich) czy demokracji ogółu – wybieram tę drugą, zwłaszcza w brytyjskim wydaniu. Przynajmniej do czasu, gdy potrafi się ona bronić zarówno przed dyktaturą ciemniaków, jak i dyktaturą oświeconych.

Jest z tym jeszcze jeden kłopot. Ten ton: my wiemy (naj)lepiej i wiemy, jak uszczęśliwić pozostałych (to chyba Leszek Kołakowski pisał, że tych, którzy są przekonani, że znają receptę na uszczęśliwienie innych, należy bać się najbardziej, bo są najbardziej niebezpieczni) dominował w dyskusji na temat Unii i zaczyna dominować w rozmowie na temat zmian, których ona wymaga. To jest ton, który oznacza prostą kontynuację tego, co doprowadziło do głosowania na Wyspach. W ramach demokratycznych procedur, gdzie na końcu zawsze decyduje większość, jest to na dłuższą metę nie do utrzymania. Ludzie zagłosują nogami lub przy urnach. I wielu może zagłosować, niektórzy już głosują, na złość, nawet jeśli wizja Europy przebudzonych ze snu ksenofobów i demagogów wcale ich nie przekonuje.

Brytyjczycy zasługują na więcej szacunku. Pozwólmy, by sami wypili piwo, którego nawarzyli. Ani nasze dobre rady, ani nasze oburzenie na absurdalne ponoć rozstrzygnięcie nie są im do niczego potrzebne. Zapewne rozwiążą wszelkie podnoszone w kontekście wyniku referendum problemy natury prawnej (ich waga jest przeceniana). Mają w tym względzie doskonałe, w tym demokratyczne, tradycje, jak żaden inny kraj w Europie. Na własną odpowiedzialność zmierzą się też z europejskimi dążeniami Szkocji czy Irlandii Północnej. I z wizją własnej przyszłości.

Kontynent powinien się zaś skupić na tym, jak najkorzystniej dla wszystkich – w każdym ze scenariuszy – ułożyć relacje Unii Europejskiej ze Zjednoczonym Królestwem, zwłaszcza gospodarcze. Gdzie sensowna debata na ten temat? Gdzie konkretne propozycje? Czy nie powinny już leżeć na stole? Naprawdę arogancja establishmentu jest tak wielka, że Brexit nie mieścił mu się w  głowie? Oczywiście UE musi wreszcie poważnie porozmawiać o własnych wyzwaniach. Kluczowe wydaje się pytanie, czy nie jest już na to za późno. Czy da się jeszcze zmęczonych i zirytowanych Europejczyków, zwłaszcza z zachodniej części kontynentu, przekonać, że – paradoksalnie – potrzeba większej troski o wspólne interesy, więcej jedności, zrozumienia, wzajemnego szacunku i mniej toksycznego egoizmu (tak bardzo rozbudzonego na skutek kryzysu z 2007 r.) – mimo trudności ekonomicznych. Że unijna jedność ma swoją cenę, ale też że stawką jest coś więcej niż aktualny poziom życia. Że chodzi o bezpieczeństwo, pokój i dobrą przyszłość.

Najbardziej potrzeba wizji, która porwałaby wszystkich Europejczyków. Nie tylko politycznej. Także gospodarczej, bo tu jest źródło największych kłopotów. Nie wspomnę, że potrzeba jej również nowych twarzy i  przywódców z autorytetem. Kanclerz Angela Merkel zasługuje na szacunek, ale jej wizerunek mocno ucierpiał na skutek kryzysu migracyjnego; nadto w wielu krajach Wspólnoty nie budzi dobrych skojarzeń. No i jest jedna. Czy wspomniana wizja rodzi się na naszych oczach? Bynajmniej. Zamiast pilnego unijnego szczytu demonstrującego troskę o wspólne dobro, pokorę i jedność oglądamy relacje z licznych spotkań i narad z wieloma, niekiedy sprzecznymi wnioskami. To zły znak.

Najbardziej prawdopodobne jest dziś pęknięcie UE na kraje, które są gotowe do dalszej, bardzo daleko idącej integracji, nawet zmierzającej do budowy wspólnych instytucji fiskalnych czy – szerzej – państwowych. I na takie, które tego nie chcą lub są na to nieprzygotowane. To jednak nie będzie Unia Europejska, jakiej potrzebujemy (jeśli w ogóle to będzie jeszcze Unia). W której będzie więcej solidarności i jedności, a zarazem więcej szacunku dla odmienności i decyzji, które tej solidarności i jedności nie burzą.