W wieczornej audycji ZDF "Co teraz?" Steinmeier nie zaprzeczył, że wraz ze swoim francuskim kolegą pracuje nad projektem dotyczącym przyszłości UE po Brexicie, zastrzegł jednak, że nie jest to projekt "Europy dwóch prędkości".

"Jakie jest przesłanie, z którym wejdziemy w najbliższe dni i miesiące? Uważam, że wynik brytyjskiego referendum nie pozwala nam na to, by teraz po prostu zignorować przesłanie i zrobić kolejny duży krok w kierunku integracji. To się nie uda" - powiedział Steinmeier.

"Musimy wsłuchać się w nasze społeczeństwa, także tam, gdzie nie odbyły się referenda, rozmawiać z innymi krajami europejskimi" - tłumaczył.

Szef niemieckiej dyplomacji wskazał na trzy obszary, co do których 27 krajów UE wyraża podobne oczekiwania: problem bezpieczeństwa, o którym mówią zarówno Francja i Belgia, jak i kraje wschodnioeuropejskie, polityka azylowa i migracyjna oraz bezrobocie i wzrost gospodarczy, co podnoszą przede wszystkim kraje z Południa.

Zdaniem Steinmeiera nie należy się obawiać reakcji łańcuchowej. "Nie znam żadnego kraju europejskiego, który chce iść tą (brytyjską) drogą" - powiedział.

Steinmeier wypowiedział się zdecydowanie przeciwko referendum o Unii Europejskiej w Niemczech. "Nigdy nie byłem zwolennikiem plebiscytów na szczeblu ogólnonarodowym" - zauważył minister. "Mówię jednoznacznie: Nie" - podkreślił. Niemiecka konstytucja dopuszcza możliwość takiego referendum tylko w przypadku zmian terytorialnych obszaru Niemiec.

Steinmeier obarczył brytyjski rząd odpowiedzialnością za wyjście kraju z UE. Jak przypomniał, pomysł referendum był wynikiem konfliktu w Partii Konserwatywnej. "Rząd igrał z europejskim losem i się doigrał" - powiedział Steinmeier.

Szef niemieckiej dyplomacji ostrzegł Europejczyków przed "histerią i pochopnymi działaniami, ale także paraliżem". Jego zdaniem wśród przedstawicieli 27 krajów istnieje wola "uczynienia UE ponownie silną".