statystyki

Katastrofy górnicze: Gdy strop pocałuje spąg

autor: Karolina Baca-Pogorzelska17.06.2016, 07:18; Aktualizacja: 17.06.2016, 14:40
górnik-kopalnia-przemysł

23 czerwca 2016 r. mija rok od zakończenia najdłuższej akcji ratowniczej w polskim górnictwie.źródło: ShutterStock

Zastępowy Piotr Obłój z kopalni Wujek za kilka tygodni idzie na emeryturę. Nie odlicza do niej dni. Choć o domku w Bieszczadach mówi częściej niż rok temu. 23 czerwca 2016 r. mija rok od zakończenia najdłuższej akcji ratowniczej w polskim górnictwie.

Odlicza już pan dni do emerytury? – pytam 7 czerwca 2016 r., gdy spotykamy się na dole. – Spokojnie, pani Karolino, spokojnie – odpowiada Piotr Obłój tym swoim niezwykle tubalnym głosem, który wszędzie bym poznała.

Pierwszy raz spotkaliśmy się w styczniu 2015 r., gdy z fotografem Tomaszem Jodłowskim przygotowywałam książkę „Ratownicy. Pasja zwycięstwa”. Wtedy, 1050 m pod ziemią, zastępowi Piotr Obłój oraz Piotr Dossmann opowiadali mi o katastrofie w kopalni Wujek (ruch Śląsk) z września 2009 r. Zginęło wtedy 20 górników. Obaj brali udział w akcji ratowniczej, byliśmy zresztą niedaleko miejsca tego zdarzenia. Ale nikt z nas nie myślał, że za kilka miesięcy będziemy rozmawiać o zupełnie innej katastrofie, która wydarzyła się niemal w tym samym rejonie.

Tylko w 2009 r. jej przyczyną był metan, a w 2015 r. wstrząs o sile 4,2 stopnia w skali Richtera. Jeden z najsilniejszych w historii polskiego górnictwa.

18 kwietnia 2015 r.

Kilka minut po północy, gdy przychodzi kolejny SMS, myślę, że to zaległe życzenia urodzinowe. Lecz to informacja z Katowickiego Holdingu Węglowego o potężnym wstrząsie w Rudzie Śląskiej, w dzielnicy Kochłowice, na tzw. ruchu Śląsk (formalnie to część kopalni zespolonej, ale tak naprawdę to zupełnie osobny zakład) kopalni Wujek. Pierwsze informacje są chaotyczne. Ale w końcu jest ta, której nikt nigdy nie chce usłyszeć: „Nie mamy kontaktu z dwoma górnikami”. Moja pierwsza myśl wędruje do „naszych” ratowników. Rano dowiaduję się, że obaj biorą udział w akcji.

Po wstrząsie w jednym z chodników utworzył się ogromny zawał. Jak mawiają górnicy, strop (sufit) pocałował spąg (podłogę). Dość szybko okazało się, że ratownicy nie mają szans przebrać ręcznie rumowiska. Bo gdy szuka się żywych ludzi (a zawsze jest takie założenie), trudno używać ciężkiego sprzętu, bo to może np. doprowadzić do wstrząsów wtórnych. Jednak tu ręcznie niewiele da się zrobić, bo zacisk skał jest olbrzymi. A przecież liczy się każda chwila. Więc sztab akcji ratowniczej decyduje o przerzuceniu kombajnu, który ma pomóc w przebrnięciu przez zawał, z ruchu Wujek na ruch Śląsk. Z kolei z powierzchni drążony jest otwór ratunkowy – w miejsce, gdzie przypuszczalnie mogą się znajdować poszkodowani. Wszyscy walczą, choć czas ucieka. – Bo po nas też ktoś zawsze przyjdzie – powtarza Piotr Obłój, gdy pytam po kilku tygodniach akcji, co daje mu siłę do tej pracy.

Akcja ratownicza, którą śledziła cała Polska, trwała ponad dwa miesiące. Ba, zaczęły się pojawiać głosy, że jest specjalnie (sic!) przedłużana, by ratownicy mogli więcej zarobić (akcja kosztowała Katowicki Holding Węglowy ok. 21 mln zł). – Większych bzdur to chyba nigdy nie słyszałem. Nonsens – zżyma się Obłój. Jego zdaniem skoro górnicy na dół zjechali, to musieli – żywi lub martwi – powrócić na powierzchnię, bo czekały na nich rodziny, które modliły się o jak najszybszy koniec udręki.


Pozostało jeszcze 83% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie