SN w USA składa się z dziewięciu sędziów wyznaczanych przez prezydenta. Teoretycznie każdy może być sędzią. Prezydent nie ma określonego terminu, kiedy ma wyznaczyć nowego sędziego. Senat musi zatwierdzić propozycję prezydenta i też nie ma terminu. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, prezydent musi zaakceptować decyzję Senatu. Sędziowie są mianowani dożywotnio, cieszą się kolosalnym prestiżem, ale na ogół zwraca się uwagę na ich wiek w momencie nominacji, żeby ktoś nie był sędzią np. przez pół wieku. I tak Scalia był nim 30 lat. W ostatnich dekadach kilku sędziów zrezygnowało, kiedy wiek ich praktycznie wykluczał.

Republikanie wzywają Baracka Obamę, by zostawił nominację następnemu prezydentowi. To jednak potrwałoby co najmniej rok. Obama zdecydował się więc mianować nowego sędziego, chociaż Senat z przewagą republikanów może tę nominację zablokować. Na pewno odbędą się najpierw dyskretne rozmowy i Obama mianuje sędziego – jak się mówi w USA – liberalnego, ale umiarkowanie. Senat może go zablokować, ale ludzie patrzą, więc nie może to być blokada na zasadzie „nie, bo nie”, a tym bardziej „nie, bo my mamy większość”.

W obecnym SN jest po czterech konserwatystów i liberałów, więc łatwo o pat. Obama chce go uniknąć. Spory będą ostre, ale w końcu ktoś zostanie nominowany. Na tym przykładzie widać, jak bardzo polityczne jest stanowisko sędziego, a zarazem jak różnych sędziów nominują prezydenci, co sprawia, że sam sąd jest zawsze pluralistyczny. Sędziowie zaś zachowują swoje poglądy, jednak ich wewnętrzne batalie i decyzje są śledzone z wielką uwagą, bo to oni interpretują konstytucję. Ich decyzje są ostateczne, wyjąwszy poprawki do konstytucji, które je zmieniają.

Ten brak precyzji co do szczegółów wynika z przekonania, że mimo sporów sąd, prezydent i Senat znajdą rozwiązanie. I znajdują. Podobnie było z liczbą kadencji prezydenta. Nie było to nigdzie określone i dopiero gdy Franklin Roosevelt przekroczył wszystkie granice i wygrał wybory po raz czwarty (a wkrótce potem umarł), wprowadzono do konstytucji poprawkę głoszącą, że prezydent może być tylko dwie kadencje.

Władza sędziego SN jest w Ameryce kolosalna. I mimo że sędziowie są ludźmi, a więc popełniają wiele grzechów, trzeba wielkiego skandalu, żeby sędziego odsunąć, co zresztą nigdy się nie zdarzyło, bo bohaterowie wielkich skandali sami ustępowali. W historii USA sędzia nigdy nie został poddany procedurze zawieszenia i usunięcia. Zadziwiające, że nikt nie próbuje doprecyzować przepisów dotyczących SN. Tak jest dzięki przekonaniu, że najważniejsze są obyczaje demokratyczne, a nie szczegółowe prawo. Obawiam się, że władze w Polsce nigdy tego nie zrozumieją.