Janusz Piechociński: Gospodarka ma się świetnie, fundamenty są stabilne...

Magdalena Rigamonti: Cytuje pan swojego następcę, ministra Morawieckiego.

Bo mam nadzieję, że nie tylko on kojarzy, kto był jego poprzednikiem, dzięki komu ta gospodarka ma się tak świetnie, a fundamenty są stabilne.

Ale nikt o panu nie wspomina.

Wie pani, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Proszę poczekać, jeszcze niektórzy wspomną.

To groźba?

Nie, im dalej od wyborów, od utworzenia PiS-owskiego rządu, tym bardziej będzie się ceniło to, co było przed, tym bardziej się będzie tęskniło. 3,5-proc. PKB i 7-proc. wzrost eksportu to sukces.

Za koalicją PO-PSL będzie się tęskniło?

Zobaczy pani. Za tą Polską w ruinie będzie się tęskniło. Przecież to jest żadna tajemnica, że ludzie się zmęczyli jedną władzą, a zawierzyli drugiej. Do tego zostali kupieni za 500 zł, bo to jest 266 puszek piwa.

Teraz obraża pan ludzi.

Nie, nie obrażam, znam takie przypadki i wiem, że nie są one odosobnione.

Ale to chyba nie tu, u pana, w bogatej części podwarszawskich przedmieść.

Znam takie przypadki i w tym, wydawałoby się, zasobnym rejonie. Niektórzy już te pieniądze przepili na poczet tych 500 zł na dziecko. Jak pani wie, na koniec 2014 r. 5 mln Polaków wykazało, że ich roczny dochód to mniej więcej 10 tys. zł. Część zapewne funkcjonuje w szarej strefie, ale jest wielu, którym się nie przelewa. Ale jak pani też wie, Trybunał Konstytucyjny uznał, że minimum egzystencji to jest więcej niż 3600 zł kwoty wolnej od podatku, więc trzeba podwyższać tę kwotę wolną. I ja o to zabiegałem. Jeszcze Polacy będą wspominać okres 2007–2014 jako czas wyjątkowej stabilności.

Od kiedy pan datuje upadek? Od afery taśmowej czy od momentu, kiedy Ewa Kopacz została premierem?

Ten okres stabilności też był nasączony konfliktem politycznym, wstydem i kompromitowaniem się niektórych ludzi, ale nie wszystkich i wszystkiego.

Przypominam sobie ten czerwiec 2014 r. i pana słowa, że jeśli premier Tusk nie wyjaśni afery, to pan zrywa koalicję rządową. I co? Nic.

Wtedy Donald Tusk nie chciał nikogo karać, nikogo wyrzucać z rządu, wszyscy mieli zostać. Nie wytrzymałem i na początku lipca, w dość nerwowej rozmowie w cztery oczy powiedziałem mu: to znaczy, że jesienią się spakujemy i nie będziesz tym, kim masz być.

Prezydentem Europy. Wtedy już pan wiedział?

Od lutego wiedziałem. Rozszyfrowałem, że szykuje się do skoku do Europy. Kibicowałem mu nawet.

Ale głośno pan o tym nie mówił.

A po co miałem mówić? Żeby zepsuć?

W jakim sensie zepsuć?

Trzeba było poczekać na oficjalne informacje. Gdyby Kaczyński miał szansę być przewodniczącym Parlamentu Europejskiego albo Rady lub innym bardzo wysokim rangą urzędnikiem UE, to też bym go popierał. Polaka bym popierał. Wtedy widziałem, że Donald Tusk kończy się emocjonalnie, psychicznie, zdrowotnie. I było wiadomo, że na tej grządce premiera nic z siebie nie wyszarpie. A przecież wszyscy wiemy, że najlepszą metodą pozbywania się polityka jest awans. Była potrzeba odświeżenia idei Unii przez Europę Środkowo-Wschodnią. Wiadomo też było, że Niemcy nie mogą wprost wskazać przewodniczącego, bo to może spowodować kłopoty, ale dobrze by było, gdyby to był ktoś, kto ma dobre relacje z Niemcami i jest z pierwszej półki. Tusk był oczywistym kandydatem. Zachowałem sobie takiego SMS-a. To był mecz z Niemcami. 30 sierpnia 2014 r. Wtedy przyszła wiadomość, że Tusk zostanie przewodniczącym Rady Europejskiej. Proszę przeczytać.

Janusz Piechociński pokazuje mi ekran telefonu. Nokia klawiszowa, stara. „Januszu, jesteś wielki, dziękuję za te słowa. D.T.”. Potem w autoryzacji nie chce cytować słów Tuska. Ja nie zgadzam się na taką ingerencję.

W tygodniu przed wyborem ktoś publicznie zapytał mnie, czy Tusk będzie sterował PO z tylnego siedzenia. Odpowiedziałem, że tych, którzy na to liczą, Tusk zabije śmiechem i powie, że odpowiedzialność jest tam, gdzie władza, a władza jest tam, gdzie odpowiedzialność.

Ale Donald Tusk też o panu nie pamięta, zresztą tak jak inni politycy. Piechocińskiego nie ma – mówią.

Nie oczekiwałem i nie oczekuję pamiętania i wdzięczności. Cieszę się, że Polak jest tam, gdzie jest. Lubię ludzi, zapominam urazy, złośliwości, pamiętam, co dobre, nie mszczę się nigdy, choć mógłby przeczekać, skoczyć i dobić, kiedy ktoś jest słabszy. Ale nigdy tego nie robiłem, nie dorzynałem żadnej watahy. Ani w życiu prywatnym, ani w politycznym.

Cały wywiad z Januszem Piechocińskim w piątkowym wydaniu Magazynu DGP.