Jeszcze niedawno mówiło się, że Polska jest zieloną wyspą na europejskim morzu niepokoju ekonomicznego. Wskaźniki rosły, władza cieszyła się poparciem społeczeństwa, a rządząca partia jako jedyna w historii dwa razy z rzędu wygrała wybory. Jako jedyni w Europie uniknęliśmy recesji po kryzysie finansowym. „Teraz jednak gospodarka zwalnia, bezrobocie wzrosło do 13,2 proc., a niezadowoleni Polacy krytykują rząd za brak wizji” – napisał kilka dni temu jeden z najpoważniejszych europejskich dzienników, hiszpański „El Pais”.

To prawda. Nie trzeba jednak czytać po hiszpańsku, aby zauważyć, że od niedawna nad Wisłą rośnie społeczne oburzenie. Polska Tuska i Kaczyńskiego nie ma dzisiaj niemal nic wspólnego z Polską Kowalskiego. To jakby wyobrazić sobie stare kolejowe tory w czasie upału. Każda szyna odkształca się i wygina w swoją stronę. Pociąg, który dojedzie do miejsca awarii, albo musi się zatrzymać i czekać na usunięcie jej skutków, albo – jeśli maszynista na czas nie zwolni – z hukiem wypadnie na pobocze. Dzisiaj w Polsce w aspekcie społecznym realizuje się ten pierwszy scenariusz. Na razie, bo drugi wcale nie jest niemożliwy. Politycy idą w swoją stronę, bredząc bez ładu i składu i uprawiając sztukę dla sztuki. Ludzie przyjmują walkę sejmowych buldogów pod dywanem z coraz szerszym uśmiechem politowania, a parlamentarni dyletanci utrzymywani z naszych pieniędzy stają się przednim tematem kabaretowym. Internet aż huczy od niewybrednych żartów z polityków, np.: „Jaki jest ulubiony bohater literacki polskiego posła? Pinokio”.

Ale to coraz częściej śmiech przez łzy. Polska rzeczywistość daleka jest dzisiaj od optymizmu. Kipi z niej powszechne niezadowolenie, które dotyczy trzech na pięciu rodaków. W okresie niedawnej prosperity, przed 2009 r., „narzekaczy” było jedynie około 23 proc. Dzisiaj prawie trzy razy więcej. Trzy piąte Polaków bowiem (58 proc.), jak niedawno ustaliło CBOS, czuje potrzebę publicznego wyrażenia frustracji z powodu źle ocenianych warunków materialnych własnego życia i zaliczyłoby się w związku z tym do grupy „oburzonych”, czuje się dotknięte skutkami kryzysu gospodarczego i, co istotne, zupełnie nieosłonięte przed nimi przez państwo. Podobny, minimalnie wyższy poziom niezadowolenia (59 proc.) dotyczy niesatysfakcjonującego kształtu, jaki przybrało życie polityczne w naszym kraju.

Niskie płace, wysokie ceny

Ankietowanych CBOS szczególnie oburza brak pracy i wysoki poziom bezrobocia. Z czynnikiem tym łączy się krytyczny stosunek do polityki gospodarczej rządu, który nie jest w stanie tworzyć nowych miejsc zatrudnienia. Ten stan rzeczy wywołuje wiele negatywnych konsekwencji społecznych, np. emigrację młodych, która po osłabieniu w latach 2009–2011 ponownie rośnie. Oburzenie wzbudza także niski poziom płac, co w połączeniu z rosnącymi cenami i opłatami sprawia, że wielu Polakom, którzy mają szczęście mieć pracę, i tak trudno przeżyć od pierwszego do pierwszego. Dodatkowo, nawet jeśli pracę mamy, to często nie jesteśmy zadowoleni z form zatrudnienia – przede wszystkim z umów śmieciowych – i złego traktowania przez pracodawców. Jak ustalili ankieterzy CBOS, polski bunt z powodu braku wzrostu poziomu płac wydaje się jednym z poważnych problemów, z którym będą musiały się mierzyć kolejne rządy. Na liście przyczyn oburzenia wymienianych przez ankietowanych z jednej strony pojawiały się bardzo często „niskie płace”, „za małe pensje”, „niskie zarobki” oraz formułowane ogólnie zarzuty w rodzaju „ludzie nie mają za co żyć”, a z drugiej – „podwyżki cen” czy też w ogóle „wysokie ceny”, „drożyzna”, „inflacja”.

Z badania wynika, że narzekamy również na rosnące w szybkim tempie różnice dochodowe. Co znamienne, pojawia się problem „zubożenia klasy średniej”, tradycyjnie dość dobrze sobie radzącej. Właśnie w ramach tej grupy społecznej pojawia się największa dynamika niezadowolenia. O ile pięć lat temu młodzi, wykształceni i osiągający wysokie dochody nie mieli większych powodów do obaw, czy zawsze będą w stanie utrzymać swoje życie na poziomie, do którego się przyzwyczaili, o tyle dzisiaj lęków tych nie brakuje im na co dzień. Wynikają one głównie ze stałej obawy o zatrudnienie, bo tym o nie trudniej, im bardziej rozbudzone ma się ambicje i oczekiwania finansowe.

Oswoić niepokój

To pierwszy obszar wielkiego społecznego niezadowolenia. Drugi dotyczy sfery publicznej. Wśród często wymienianych powodów frustracji i oburzenia znalazły się te, które wiążą się z niewłaściwym funkcjonowaniem instytucji państwa lub instytucji, za które państwo ponosi odpowiedzialność. Przede wszystkim narzekano na sytuację w służbie zdrowia; mówiono o kolejkach do lekarzy, micie bezpłatnej opieki medycznej. Wskazywano także na złe funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w ogóle, a szczególnie na powolność działania i niesprawiedliwość sądownictwa oraz prokuratury. Liczną grupę wypowiedzi stanowiły głosy krytyczne dotyczące szkolnictwa i zmian wprowadzonych w szkołach – pojawienia się gimnazjów, nowych zasad egzaminów maturalnych czy wprowadzenia obowiązku nauki w szkole od 6. roku życia. Wśród obiektów naszego niezadowolenia niemal z automatu znalazły się także ZUS i instytucje opieki społecznej.

Wydaje się, że wysokie notowania rządu to już przeszłość, bo na rząd też jesteśmy oburzeni. I to skrajnie. Nie podoba nam się jego polityka – i wewnętrzna, i zagraniczna, i społeczna, i ekonomiczna. Mierzi nas nierealizowanie obietnic. Premierowi za złe mamy „zamach” na wiek emerytalny, który zdaniem wielu z nas pogrzebie jego szansę na trzecią kadencję w fotelu szefa rządu. Władza jest w naszej opinii arogancka, traktuje nas instrumentalnie, nie jest zainteresowania prowadzeniem dialogu, a nawet nie słucha, co się do niej mówi. Szczególnie irytują nas przypadki korupcji, kolesiostwa, wysokich premii dla urzędników i wyrzucania w błoto publicznych pieniędzy. Z drugiej strony dostrzegamy, że władza zupełnie nie radzi sobie z problemami dnia codziennego, np. brakiem żłobków i przedszkoli, co jest szczególnie istotne dla dość prężnej, świadomej grupy wyborców, czyli ludzi w wieku 25–35 lat.

Ale nie tylko politycy działają nam na nerwy. Także sąsiedzi, koledzy z pracy i ludzie na ulicy. Oburzenie i złość wywołują w nas negatywne cechy rodaków: pijaństwo, nietolerancja, zazdrość, zawiść, pieniactwo, nieumiejętność zawierania kompromisów, konieczność stawiania na swoim, bezmyślność i bezrefleksyjność.

– Dzisiejsze niezadowolenie Polaków ma korzenie w 1989 roku i jest odwzorowaniem głębokiej, wieloletniej frustracji polityczno-ekonomicznej, która towarzyszy nam od początku transformacji – wyjaśnia dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Raz jest ona silniejsza, raz słabsza, ale obecna jest niemal bez przerwy. Zawsze jest ktoś, kto jest z czegoś niezadowolony. Zawsze w publicznej przestrzeni funkcjonują jednostki skrajnie sfrustrowane i niedocenione.

Zdaniem dr. Kucharczyka dzisiaj to oburzenie siłą rzeczy musi być silne, jeśli nie najsilniejsze od chwili upadku komunizmu, ponieważ po latach 2006–2008, kiedy polska gospodarka przeżywała złoty okres, a rynek pracy był rynkiem zatrudnionego, a nie pracodawcy, bo w ofertach można było przebierać, mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Co wyjątkowo bolesne, zachowujemy przy tym świeżą pamięć o wysokich aspiracjach i niecodziennych celach, jakie sobie niedawno stawialiśmy – dotyczy to szczególnie klasy średniej. Dzisiaj są one w wielu wypadkach nieaktualne.

– Wraca niepokój początków nowego polskiego państwa, niepewność, co jutro, pojutrze, za tydzień. Obcowaliśmy z nią we wczesnych latach 90., musimy ją oswoić ponownie również dzisiaj – dodaje ekspert.

Każdy sobie rzepkę skrobie

Rozczarowanie stanem państwa oraz malejący potencjał społeczny potwierdza również Diagnoza Społeczna 2013 autorstwa prof. Janusza Czapińskiego, znanego psychologa społecznego. Z niej także czarno na białym wynika, że spada odsetek Polaków, którzy są zadowoleni z sytuacji w polskiej sferze publicznej. Obecnie wynosi on 23 proc., czyli o 3 pkt proc. mniej niż przed dwoma laty. – Jedną z przyczyn jest rosnący wskaźnik bezrobocia (rejestrowanego w urzędzie), który zwiększył się między 2011 r. a 2013 r. z 10,9 proc. do 13,9 proc. Sprzyja to wzrostowi poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości kosztem rządzącej PO. – W 2013 r. 35,5 proc. z nas zadeklarowało, że woli PiS, 33,8 proc. – że Platformę – ocenia prof. Janusz Czapiński.

Profesor zwraca uwagę, że w odbiorze społecznym rośnie znaczenie zdrowia (65,3 proc., wzrost o 1,2 pkt proc.), pracy (32,1 proc., wzrost o 1,4 pkt proc.), pieniędzy (29 proc., wzrost o 0,8 pkt proc.) oraz przyjaciół (10,6 proc., wzrost o 0,2 pkt proc.). Jednocześnie mniejszą rolę Polacy przypisują takim wartościom jak małżeństwo (50,4 proc., spadek o 3 pkt proc.) oraz dzieci (46,1 proc., spadek o 1,5 pkt proc.). Co jednak najbardziej niepokojące, frustracja i niezadowolenie z rzeczywistości rośnie, bo kurczy się kapitał społeczny. Zmniejsza się odsetek tych, którzy ufają innym (12,2 proc., spadek o 1,2 pkt proc.), osób aktywnych społecznie (15,2 proc, spadek o 0,4 pkt proc.) oraz członków organizacji (13,7 proc., spadek o 1,1 pkt proc.).

– Nie wierzymy w sens wspólnej pracy. Każdy sobie rzepkę skrobie. Zapominamy jednak, że system jest silniejszy niż wybitna nawet jednostka. Do niedawna szczególnie klasa średnia uważała, że pieniędzmi można system zmienić albo go obejść. Służba zdrowia nie działa? To nic, idziemy prywatnie. Szkoła przepełniona i na niskim poziomie? I tak zapisujemy dzieci do społecznej. Problem w tym, że całej rzeczywistości, która nas otacza, nie zmienimy mechanizmami finansowymi. Zawsze będzie tak, że na coś nie uzyskamy wpływu. A to w zderzeniu z łatwością załatwiania rzeczy za pieniądze musi wywoływać oburzenie i frustrację – przekonuje dr Kucharczyk.

Zdaniem specjalistów politycy nie mają dzisiaj szans, aby zmienić ten stan rzeczy. Tym bardziej że sami zmieniają się dopiero, gdy czują na gardle wyborczy nóż. Przykład można znaleźć w Warszawie, gdzie ignorancja prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz ustąpiła zaangażowaniu w sprawy miasta i jego mieszkańców dopiero w chwili, gdy nad stołecznym ratuszem zawisło ryzyko referendum. Bo jeśli warszawiacy zdecydują w nim, że mandat prezydent miasta i wiceszefowej rządzącej PO należy wygasić z powodu jej nieudolności, będzie to nie tylko spektakularna porażka Gronkiewicz-Waltz, ale w dużym stopniu również premiera Tuska i całej PO, która od chwili powstania w cuglach wygrywa wybory w liberalnej stolicy.

W takiej sytuacji rolą katalizatora oburzenia może być, jak twierdzą eksperci, jedynie poprawa ogólnej sytuacji gospodarczej, wzrost perspektyw na dobrą pracę i zmianę życiowego położenia.

– Cokolwiek by mówić o Marksie, w jednym miał rację. Do dzisiaj byt określa świadomość – przekonuje dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Dla Polaków znaczenie w leczeniu frustracji ma w niewielkim stopniu ogólna sytuacja polityczna, bo tą już dawno przestaliśmy się w ogóle przejmować. Liczy się raczej nasze indywidualne dobro, to, co możemy zyskać albo stracić. Nikt, kto jest realistą, nie uwierzy już, że wymiana elit kierujących Polską od 1989 r. jest możliwa. Kto miałby tej wymiany dokonać? Na pewno nie sami politycy, bo ich konserwuje najlepiej status quo. Społeczeństwo też nie, bo jego najbardziej mobilna część, zdolna być może do dynamicznych ruchów społecznych, wyjechała za granicę, wyjeżdża i będzie wyjeżdżać. Tym bardziej że młodym nie mamy jako kraj zupełnie nic do zaoferowania – dodaje dr Jabłoński.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna