Według Słownika języka polskiego PWN fundamentalizm to „radykalizm w wyznawaniu jakiejś idei, odmawiający innym racjom prawa istnienia”. W praktyce taka postawa przejawia się w ignorowaniu argumentów, które nie pasują do wyznawanej wizji świata. Jeżeli ktoś jednak takie argumenty widzi, ale przedstawia kontrargumenty i w dodatku jest otwarty na dalszą dyskusję, nie można z góry przekreślać jego roli w debacie. Właśnie taką postawę widzę u Balcerowicza, brakuje mi jej niestety u autora tekstu. 

Fundamentalizm profesora przejawia się zdaniem Wosia w przedstawianiu prostych diagnoz w odniesieniu do złożonych problemów takich jak kryzys 2008 roku, ochrona lokatorów czy walka z biedą i bezrobociem. Nim przejdę do krótkiego omówienia tych trzech kwestii, pozwolę sobie na dwie uwagi ogólne. 

Jak to znakomicie przedstawia Larry White w swojej książce Clash of Economic Ideas (Walka idei ekonomicznych), najważniejsze problemy polityki gospodarczej są dogłębnie dyskutowane już od ponad 150 lat. Nawet pobieżna znajomość historii myśli ekonomicznej musi doprowadzić do wniosku, że naprawdę trudno we współczesnym świecie reprezentować prawdziwie nowatorskie idee; każdy niemal pogląd przynajmniej raz na ćwierćwiecze posiadał chociaż jednego wyróżniającego się reprezentanta. Wskazywanie przeciwnikowi ideowemu, że jego poglądy są mało postępowe jest jedynie pustym chwytem retorycznym. Intelektualny klimat zmienia się, a wraz z nim dezaktualizują się tego typu etykiety. To, co zostaje to twarde argumenty i wyniki badań. 

Właśnie teoria i empiria są tym, co stanowi o wartości czyjegoś głosu w debacie. Samo bowiem stanowisko musi być niestety do bólu proste. Jeżeli nie popieramy status quo, to albo jak Leszek Balcerowicz (bądź Friedman, Hayek czy Mises) uważamy, że w danej kwestii państwo niepotrzebnie interweniuje, albo jesteśmy skłonni powiedzieć raczej jak Ryszard Bugaj (bądź Krugman, Keynes czy Galbraith), że państwo ingeruje za mało. Pogląd anty-interwencjonistyczny jest na pewnym poziomie równie nieskomplikowany jak pro-interwencjonistyczny – istota sporu tkwi w argumentach, które mają doprowadzić do jednej lub drugiej tezy. Dyskusja posuwa się naprzód tylko wtedy, gdy odnosimy się do tych argumentów, a nie do ogólnego stanowiska przeciwnika.

Zacznijmy więc od kryzysu 2008 roku. Woś rzetelnie przedstawia argument Balcerowicza dotyczący niepisanych państwowych gwarancji dla banków, które na skutek nich urosły zbyt duże by upaść. Dlaczego jednak zamiast odnieść się do tego argumentu opatruje go zdawkowym komentarzem, że zdaniem Balcerowicza „wyjaśnienie przyczyn tego kryzysu jest dosyć proste”? Po pierwsze, mechanizm, o którym profesor wspomina, jest dość złożony (chociaż dobrze udokumentowany np. w książce Sterna i Feldmana „Too Big to Fail”).

Po drugie, przyczyn kryzysu jest oczywiście znacznie więcej i gdyby był czas, Balcerowicz pewnie wspomniałby o zbyt niskich stopach procentowych Fed, politycznych naciskach, by przyznawać kredyty mieszkaniowe ludziom, którzy nigdy nie mieli szans na ich spłacenie czy niewłaściwych regulacjach, które wymusiły na bankach stosowanie błędnych modeli zarządzania ryzykiem.

Lista jest oczywiście otwarta, jednak odmowa umieszczenia na niej „pełnej deregulacji rynków finansowych” nie wynika z ideologicznego zaślepienia tylko z prostego faktu, że bankowość jest obok rolnictwa jednym z najbardziej drobiazgowo regulowanych sektorów na świecie. W ciągu ostatnich 30 lat zmienił się wprawdzie sposób regulacji (proste zakazy zostały zamienione na drobiazgowy system szczegółowych zaleceń), ale wpływ państwa nadal pozostał ogromny.