To oznaczało, że powstańcze zrywy musiały kończyć się klęską. Dopóki trzej zaborcy związani Świętym Przymierzem działali solidarnie, a pozostałe kraje europejskie nie były zainteresowane wspieraniem aspiracji Polaków, nie istniała żadna siła zdolna, by z anektowanych ziem ponownie skleić Rzeczpospolitą. Świadom tego książę Adam Jerzy Czartoryski i jego ludzie, działający pod szyldem Hotelu Lambert, przez lata starali się wzniecać niepokoje w Europie, wciąż poszukując sposobu, żeby skłócić ze sobą mocarstwa. Jednak ich spiski i błyskotliwe intrygi kończyły się niepowodzeniami. Przed 1815 r. wojny na Starym Kontynencie wybuchały jak na zawołanie, ale epoka napoleońska wszystko zmieniła. Przyniosła śmierć ponad 5 mln ludzi i świadomość, że wojenna klęska może przywieść na krawędź upadku nawet najpotężniejsze imperium. W nowych czasach europejskie rządy zaczęły działać z większą rozwagą, bo konflikty zbrojne stawały się bardzo ryzykowne, a możliwe korzyści dużo trudniejsze do osiągnięcia. To nie były dobre zmiany dla Polaków.

Koncert mocarstw

„Architekci Kongresu Wiedeńskiego uznali, że po to, by w Europie Środkowej zapanował pokój i stabilność, muszą usunąć efekty działania Richelieu z XVII w., które to działanie sprzyjało konstrukcji słabej i podzielonej Europy Środkowej, wiecznie kuszącej Francję do wtargnięcia i uczynienia zeń placu gier dla swojej armii” – pisze Henry Kissinger w „Dyplomacji”. Dopóki niemiecka Rzesza była rozbita na setki państewek i istniała Rzeczpospolita, Francja mogła wspólnie z nimi szachować niemieckie mocarstwa: Prusy i Austrię oraz mieć dość sił, żeby równocześnie zagrozić Anglii. Natomiast odepchnięta na wschód Rosja nie mogła urosnąć w siłę i jej ekspansja zatrzymywała się na polskich granicach. Klęska Bonapartego przekreśliła taki stan rzeczy, oznaczając olbrzymie osłabienie pozycji Francji i przesunięcie siły ciężkości w Europie na wschód.

Magazyn DGP

Magazyn DGP

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

A jednak Niemcy nie zdobyli pozycji najpotężniejszej nacji na kontynencie. Zadbała o to w Wiedniu angielska dyplomacja, forsując powstanie Związku Niemieckiego. Trzysta mikroskopijnych państewek zostało skomasowanych w około 30 państw. „Związek Niemiecki okazał się genialnym tworem, zbyt silnym, by zostać zaatakowanym przez Francję, zbyt słabym jednak i zdecentralizowanym, by stanowić zagrożenie dla sąsiadów” – zauważa Kissinger. Jego powstanie powodowało, że Austria i Prusy skazane były na nieustanną rywalizację o wpływy właśnie na terenie Związku Niemieckiego, szachując się wzajemnie. Jednocześnie skutecznie blokowały dalsze rozrastanie się Rosji. Dla Petersburga jedynym realnym kierunkiem ekspansji w Europie stawała się Turcja. Jednak w obronie całości Imperium Osmańskiego natychmiast stawała Wielka Brytania. Poza tym Londyn wziął na siebie rolę strażnika równowagi. Ilekroć jakieś europejskie mocarstwo zaczynało przeważać nad innymi, wówczas brytyjski rząd montował przeciwko niemu koalicję. Wielka Brytania nie stanowiła jednak żadnego zagrożenia dla państw chcących przestrzegać równowagi sił, ponieważ zupełnie nie była zainteresowana zawłaszczaniem dla siebie ziem na terenie Starego Kontynentu. Londynowi w zupełności wystarczyło prowadzenie coraz intensywniejszej wymiany handlowej, dzięki której rósł rodzimy przemysł. Natomiast nowych ziem szukano w innych częściach świata. To pozwoliło Anglikom zbudować imperium, które w drugiej połowie XIX w. zamieszkiwało pół miliarda ludzi, czyli ok. 30 proc. całej ludności globu. Ale mimo swej potęgi nie mogli spać spokojnie, ponieważ gdyby Europę zdominowało inne mocarstwo, np. zjednoczone Niemcy lub Rosja, wówczas mogłoby ono pokusić się o rozbicie Imperium Brytyjskiego. Wszystkie te zależności tworzyły niemal doskonałą równowagę sił i jej zachwianie wymagało wydarzeń nadzwyczajnych, na które zupełnie przestało się zanosić. Chcąc odzyskać własne państwo, Polacy musieli się z tą doskonałością zmierzyć.

Najsłabsze ogniwo

„Łańcuch jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo” – głosi stare przysłowie. W łańcuchu mocarstw ta rola przypadła Austrii. Absolutystyczna monarchia Habsburgów w modernizującej się Europie okazywała się państwem najbardziej anachronicznym. Zwłaszcza że zamieszkujące Europę Środkową narody coraz śmielej okazywały swe niepodległościowe aspiracje. Tymczasem cesarstwo austriackie spajała jedynie rządząca dynastia oraz armia, co dostrzegał kanclerz Klemens von Metternich. „Porównywał siebie do lekarza, którego pacjent jest śmiertelnie chory. Zadaniem więc jego było tylko przesunięcie jak najdalej zbliżającej się katastrofy” – pisał o jego polityce Henryk Wereszycki w „Historii Austrii”. Dzięki zręczności kanclerza zawarte z Prusami i Rosją Święte Przymierze długo zabezpieczało Monarchię Habsburgów przed groźbą rozpadu, pacyfikując niepodległościowe zrywy mniejszych narodów. Mimo to austriacka policja wykrywała wciąż nowe spiski wśród Węgrów, Chorwatów, Polaków w Galicji, a nawet Czechów.

Podskórne wrzenie narastało, aż nastąpił wybuch. Paradoksalnie wydarzył się w samej stolicy cesarstwa 13 marca 1848 r. Przychodzące z Paryża wieści o republikańskiej rewolucji sprawiły, że także wiedeńczykom zamarzyły się wolność słowa, demokratyzacja państwa oraz dymisja Metternicha. To ostatnie osiągnięto bez trudu, lecz zgodnie z prognozami obalonego kanclerza cesarstwo austriackie zaczęło trzeszczeć w szwach. Na Węgrzech powstał rząd narodowy, który podniósł kwestię niepodległości dla Madziarów. Cesarz Austrii Ferdynand I godził się na wszystkie jego żądania, poza utworzeniem osobnego państwa. Jednocześnie austriaccy urzędnicy podburzali przeciw Madziarom Chorwatów, Serbów i Rumunów mieszkających na ziemiach dawnego Królestwa Węgier. Chorwaci dostali nawet fundusze na tworzenie własnych sił zbrojnych przeciwko Węgrom. Ci odpowiedzieli powołaniem Komitetu Obrony Narodowej na czele z Lajosem Kossuthem.

Na próżno Adam Czartoryski wysłał we wrześniu 1848 r. majora Ludwika Bystrzonowskiego z misją negocjowania porozumienia Słowian z Madziarami. Kossuth odrzucił pomysł uznania praw tych narodów do posiadania własnych państw i stworzenia wraz z nimi federacji ludów naddunajskich. Zaprzepaszczając najlepszą okazję do rozsadzenia od środka Monarchii Habsburgów. W tym samym czasie ci musieli rozpaczliwie walczyć ze zrewoltowaną stolicą cesarstwa. Na czele oddziałów broniących Wiednia stanął weteran powstania listopadowego gen. Józef Bem. Zaś prezydentem parlamentu wiedeńskiego został polski prawnik z Lwowa Franciszek Smolka. Gdyby sojusz z Habsburgami w tym momencie zerwali jeszcze Chorwaci, szala zwycięstwa zaczęłaby się przechylać na stronę rebeliantów. Jednak Kossuth pozostał nieprzejednany, bo pragnął Królestwa Węgierskiego w jego historycznych granicach. Tymczasem 31 października 1848 r. Wiedeń padł, a gen. Bem przekradł się za linie wojsk Habsburgów. Gdy stawił się na służbę u Kossutha, otrzymał zgodę utworzenia polskiego legionu oraz stanowisko dowódcy wojsk węgierskich w Siedmiogrodzie. Wygrane przez generała w krótkim czasie bitwy z Austriakami pokazały, jak jest to trafny wybór. W tym czasie Czartoryski namawiał rządy Francji i Wielkiej Brytanii do poparcia Madziarów. Wszystko na próżno. W Londynie i Paryżu żaden liczący się polityk nie zamierzał wspierać działań prowadzących do rozpadu cesarstwa austriackiego. Natomiast w Wiedniu, po abdykacji cesarza Ferdynanda I jego następca Franciszek Józef wszczął energiczne przygotowania do rozprawy z buntownikami.

Turecka nadzieja

„Powstanie nie jest teraz właściwie węgierskie, ale stało się w połowie polskie. Służy za podstawę rokoszowi daleko obszerniejszemu, daleko wyżej sięgającemu, który dąży do zbuntowania wszystkich krajów dawnej Polski i do przywrócenia dla nas wszystkich klęsk i okropności roku 1831” – głosił manifest wydany przez cara Mikołaja I. Na Węgrzech, po kolejnych zwycięstwach wojsk gen. Bema, grunt palił się Austriakom pod nogami. Niesiony euforią parlament ogłosił detronizację Habsburgów i 14 kwietnia 1849 r. proklamował republikę. Jej prezydentem został Kossuth. Tymczasem z ziem Królestwa Polskiego maszerowała na południe stutysięczna armia dowodzona przez feldmarszałka Iwana Paskiewicza. Chcąc ocalić cesarstwo, Franciszek Józef zgodził się, by Rosjanie prowadzili działania zbrojne wedle własnego uznania, jedynie formalnie uznając zwierzchnictwo dowództwa austriackiego.

Okazanie politycznej słabości się opłaciło. Zyskawszy dwukrotną przewagę liczebną, siły Świętego Przymierza zaczęły wygrywać bitwy. Na nic się zdał talent militarny Bema, któremu Węgrzy powierzyli naczelne dowództwo nad wszystkimi swymi siłami. Do połowy sierpnia 1849 r. powstanie zostało spacyfikowane. Zgodnie z instrukcją rozesłaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych do rosyjskich poselstw, tłumaczyły one rządzom i opinii publicznej w Europie, iż udzielenie zbrojnej pomocy Habsburgom okazało się konieczne, ponieważ „bunt węgierski stał się podstawą widocznie przygotowywanego powstania w Polsce”. Wyjaśnienie to za dobrą monetę przyjęto niemal we wszystkich stolicach. Monarchia Habsburgów przetrwała, co oznaczało, że na Starym Kontynencie nadal panowała równowaga sił. Działania Mikołaja I ułatwiły też stłumienie fali buntów – które zyskały nazwę Wiosny Ludów – w innych krajach. Zapowiadał się więc powrót starych czasów. Jednak były to pozory. Uchodzący przez wojskami rosyjskim gen. Bem wraz z niedobitkami swej armii przekroczył granicę turecką. Gdy został internowany, przeszedł na islam, żeby podjąć służbę w armii Imperium Osmańskiego. Generał trafnie dostrzegł, gdzie może dojść do pierwszych zgrzytów w trwającym „koncercie mocarstw”. Podobnie uważał Czartoryski. Jego przedstawiciel przy sułtańskim dworze Michał Czajkowski dbał, żeby relacje między Petersburgiem a Stambułem stawały się coraz bardziej napięte. Car nie krył swego oburzenia, gdy Turcja odmówiła wydania powstańców szukających schronienia na jej terytorium. Jednak równowaga sił na Starym Kontynencie zaczęła trzeszczeć nie za sprawą Konstantynopola, lecz Paryża.

Nowy Bonaparte

Rozgrywkę mocarstw wokół Turcji sprowokował wyniesiony przez Wiosnę Ludów na urząd prezydenta Francji Ludwik Napoleon Bonaparte. Po czterech latach prezydentury wzorem swego wielkiego wuja przeprowadził zamach stanu i mianował się cesarzem, przy okazji likwidując republikę. Dla Polaków znakomitą wiadomością było to, że kolejny Bonaparte na francuskim tronie również nie waha się rzucić wyzwania carowi. Zapobieżenie przez Mikołaja I rozpadowi Austrii potwierdzało tezę, że Polska może odzyskać niepodległość jedynie na gruzach Imperium Romanowów. Zaś cesarz Napoleon III zaczął prowokować z nim wojnę, zaskakując Petersburg żądaniem przekazanym przez francuskiego ambasadora w Konstantynopolu. Domagał się od sułtana Abdülmecida I, żeby Turcja oddała Francji prawo do sprawowania opieki nad wszystkimi miejscami chrześcijańskiego kultu w Ziemi Świętej. Sułtan się zgodził, co stanowiło prawdziwy policzek dla Kościoła prawosławnego. Uważający się za jego zwierzchnika car natychmiast pchnął do Konstantynopola z misją admirała Aleksandra Mienszykowa. Rosyjskie poselstwo drogą przekupstwa próbowało doprowadzić do zmian na sułtańskim dworze i wyniesienie na stanowisko wezyra zwolennika sojuszu z Mikołajem I. Jednocześnie szantażowano sułtana, że jeśli miejsca kultu nie znajdą się pod opieką Kościoła prawosławnego, oznaczać to będzie wojnę z Rosją.

Czajkowski, po przejściu na islam znany na sułtańskim dworze jako Mehmed Sadik Pasza, wraz z francuskimi dyplomatami dwoił się i troił, żeby podsycać opór władcy. O jego sukcesie prawdopodobnie zdecydował drobiazg. Admirał Mienszykow przybywał do sułtana na audiencję w płaszczu i brudnych butach. Abdülmecid I uznawał to za wyjątkowy brak szacunku i pomimo obaw w maju 1853 r. odrzucił rosyjskie ultimatum. Petersburg odpowiedział zerwaniem stosunków dyplomatycznych, a rosyjska armia przeprawiła się przez Prut i zajęła księstwa naddunajskie, będące wasalami Turcji. Mikołaj I był pewien, iż wspierająca Turcję Francja pozostanie izolowana, a Austria i Wielka Brytania opowiedzą się po jego stronie. Swoje kalkulacje opierał na przekonaniu, że przecież rządy tych mocarstw nie poprą uzurpatora, jakim jawił mu się Napoleon III. Korzystając z takiej okazji, car postanowił zrealizować to, o czym marzył już Piotr Wielki: rozbić Imperium Osmańskie, przyłączyć do Rosji Konstantynopol i przejąć kontrolę na cieśninami Bosfor i Dardanele. Wówczas Morze Czarne stałoby się akwenem wewnętrznym dla Imperium Romanowów, które jednocześnie zyskałoby swobodny dostęp do Morza Śródziemnego. Dla Mikołaja I oraz jego ambicji cały świat stanąłby otworem.

Jednak premier George Aberdeen nie zamierzał bezczynnie przyglądać się rozwojowi zdarzeń mogących zagrozić interesom Brytyjczyków. Car zapomniał, że w polityce od sympatii czy zasad ważniejsze są interesy. Dlatego wrzesień 1853 r. obfitował w mnóstwo zaskakujących dla imperatora zdarzeń. Do niedawna śmiertelnie skłócone Francja i Wielka Brytania wspólnie zażądały od Rosji zaniechania wojny z Turcją. Prusy, choć były związane Świętym Przymierzem z Rosją, odmówiły jej wsparcia. Car udał się więc do Ołomuńca, by tam spotkać się z Franciszkiem Józefem. Zaledwie pięć lat wcześniej ocalił Monarchię Habsburgów i był przekonany, że młody cesarz mu się zrewanżuje. Zamiast słów wdzięczności usłyszał, że Wiedeń nie zgodzi się na objęcie bałkańskich Słowian protektoratem Rosji, nawet jeśli jest to działanie wymierzone przeciwko Turcji. Jedyne, co Franciszek Józef mógł zaoferować przyjacielowi, to zachowanie neutralności. „Austria zadziwiła świat swoją niewdzięcznością” – skomentował bieg wypadków były szef austriackiego rządu Felix Schwarzenberg. Najbardziej zdziwiony wynikiem rozmów w Ołomuńcu był car. Po raz pierwszy od pół wieku Rosja została na arenie międzynarodowej zupełnie osamotniona. W rewanżu mógł sobie pozwolić jedynie na drobne, acz wiele mówiące gesty. „Kiedy do Mikołaja dotarł spóźniony prezent od Franciszka Józefa – popiersie tego ostatniego, car podarował je swemu lokajowi” – opisują w „Wojnach rosyjsko-tureckich od XVII do XX wieku” Wojciech Morawski i Sylwia Szawłowska.

Los „pożałowania godzien”

W Hotelu Lambert to, co się działo wokół Turcji, śledzono z uwagą. Upragniona przez księcia Czartoryskiego wojna mocarstw wisiała na włosku. Niestety spacyfikowane po powstaniu listopadowym Królestwo Polskie, pozbawione autonomii i własnej armii, nie miało sił ani chęci, żeby porwać się do powstania. Książę uznał, że cała nadzieja w Turcji. Posłał do Konstantynopola swojego najbardziej zaufanego współpracownika i nieformalnego zastępcę gen. Władysława Zamoyskiego. Miał on wspólnie z Czajkowskim wspierać tam stronnictwo wojny oraz uzyskać od Abdülmecida I zgodę na tworzenie polskich legionów. Pierwszy cel szybko osiągnięto. Sułtan, widząc osamotnienie Rosji, z końcem września 1853 r. wypowiedział jej wojnę. Do wiosny okazało się, jak bardzo armia rosyjska przewyższa turecką. Po serii klęsk Imperium Osmańskie znalazło się na krawędzi upadku. Zachodnie mocarstwa nie zamierzały jednak dopuścić, żeby Konstantynopol dostał się we władanie Rosji.

Pod koniec marca 1854 r. Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Imperium Romanowów. „Napoleon III widział w tym sposobność, aby wyrwać Francję z izolacji i złamać Święte Przymierze poprzez osłabienie Rosji. Palmerston (nowy premier Zjednoczonego Królestwa – red.) szukał pretekstu, by skończyć raz na zawsze z parciem Rosji w kierunku Cieśnin” – podsumowuje Kissinger. Na Bałkany przerzucono 50 tys. francuskich żołnierzy, wspieranych przez 20 tys. Brytyjczyków. Powstrzymali oni ofensywę carskich wojsk. Jednocześnie Royal Navy wpłynęła na Morze Czarne, masakrując rosyjską flotę. Kolejne klęski Rosjan zaczynały uświadamiać Europie, jak źle wyposażoną i przestarzałą armią dysponuje car. Sprzymierzeni mogli bezkarnie przerzucić swe wojska na Krym, opanować półwysep i zablokować najważniejszą z rosyjskich baz morskich Sewastopol. Na froncie bałkańskim wyróżnił się 1 Pułk Kozaków Sułtańskich dowodzony przez Michała Czajkowskiego. Po brawurowym ataku polska jazda odbiła z rosyjskich rąk Bukareszt. Jednak był to kres pomyślnych wieści. W Konstantynopolu działanie agentury Hotelu Lambert sparaliżował konflikt między gen. Zamoyskim a Czajkowskim. Obaj zwalczali się tak zaciekle, że zdezorientowani Turcy zaproponowali, że mogą utworzyć dwa polskie legiony: jeden dla „arystokratów” (stronnicy Zamoyskiego), a drugi dla związanych z Czajkowskim „demokratów”. Właśnie po to, żeby pogodzić obu patriotów, do Turcji pojechał Adam Mickiewicz. Tam zaraził się cholerą i zmarł w listopadzie 1855 r.

Jego śmierć stała się zarzewiem nowego konfliktu, którym emocjonowała się polska emigracja. Generał Zamoyski wpadł bowiem na pomysł, żeby wieszcza pochować w Turcji i tam wznieść mu kopiec. „Czartoryszczyzna chce Mickiewicza na czyfliku (folwarku – red.) pochować! Nie możemy pozwolić na to!” – ogłosił natychmiast Zygmunt Miłkowski (znany pod pseudonimem Teodor Tomasz Jeż). Awantura o zwłoki Mickiewicza podzieliła emigrację i trwała ponad miesiąc, nim wreszcie wieszcz trafił na cmentarz w podparyskim Montmorency. W tym samym czasie po raz kolejny przekreślone zostały szanse na odzyskanie przez Polaków własnego państwa. Początkowo Londyn i Paryż chciały zagrać przeciwko Rosji polską kartą. Myślał o tym również król Prus Fryderyk Wilhelm IV, któremu przypomniała się stara oferta Czartoryskiego, by został polskim królem. Rozpoczął nawet rokowania z Wielką Brytanią na temat sojuszu i przystąpienia Prus do wojny z Rosją. Plany te pokrzyżował, rozpoczynający wielką karierę polityczną, Otto von Bismarck, wówczas poseł do Sejmu Pruskiego i Bundestagu Związku Niemieckiego. Jego kampania na rzecz zachowania neutralności zdobyła sobie szerokie poparcie wśród Niemców i pamiętający jeszcze Wiosnę Ludów Fryderyk Wilhelm IV zaniechał swych zamysłów. Szybko zmienił front i wspólnie z Franciszkiem Józefem obiecał Wielkiej Brytanii oraz Francji życzliwą neutralność w zamian za wyciszenie na arenie międzynarodowej kwestii polskiej niepodległości. Taka postawa mocarstw ułatwiła po śmierci Mikołaja I nakłonienie nowego cara Aleksandra II do rezygnacji z dalszej walki i rozpoczęcia rokowań pokojowych. Pobita militarnie Rosja niewiele traciła. Musiała jedynie zgodzić się na respektowanie integralności terytorialnej Turcji oraz zrezygnować z posiadania floty wojennej na Morzu Czarnym. Wprawdzie dla Petersburga stanowiło to bolesne upokorzenie, lecz w niczym nie naruszało europejskiej równowagi sił. Wojna krymska przyniosła kres istnienia Świętego Przymierza, ale sam mechanizm równoważenia się wpływów mocarstw nadal działał w Europie znakomicie. „Los Polaków, jako wielkiego narodu, jest naprawdę pożałowania godzien. Nie ma jednak, w naszym przekonaniu, najmniejszej wątpliwości, co do tego, jak należy rozstrzygnąć kwestię lepszego bytu mieszkańców owego kraju. Czy pogodzić się z hasłem nieuniknionego panowania Rosji, czy też próbować dalszych, bezcelowych powstań” – zanotował markiz Londonderry Stewart-Vane we wspomnieniach „Recollections of a Tour in the North of Europe in 1836–1857”. Dla brytyjskiego dyplomaty przyszłość zniewolonego narodu nie budziła wątpliwości. „Jest rzeczą niemożliwą, ażeby Polska potrafiła kiedykolwiek oderwać się od Rosji i stworzyć sobie niezależne Królestwo. Dałoby się to zrobić chyba tylko w wypadku ujarzmienia Rosji. Ale czy jest gdzie na świecie taka potęga, która by potrafiła czegoś takiego dokonać?” – pytał retorycznie. 

Śmierć Mickiewicza stała się zarzewiem konfliktu, którym emocjonowała się polska emigracja. Generał Zamoyski wpadł bowiem na pomysł, żeby wieszcza pochować w Turcji i tam wznieść mu kopiec. „Nie możemy pozwolić na to!” – grzmieli przeciwnicy. Awantura trwała ponad miesiąc, nim ciało poety trafiło na cmentarz pod Paryżem