Nie chodzi o poglądy, te są „po linii” ugrupowania. Ale pomyślmy, czy naprawdę to typowe dla PiS, aby być znaczącą postacią w tej partii, działając w niej z pobudek ideowych? Aby nie wylecieć na wewnętrzną czy chociaż europoselską emigrację, choć (autentyczna) wiara w sprawczość prezesa nie przysłania wiary we własną misję? Być ważnym sztandarem PiS mimo niesubordynacji i nieprzewidywalnych ukąszeń w linię partii? Marek Jurek, Tadeusz Cymański, Kazimierz Ujazdowski, Elżbieta Jakubiak czy Ludwik Dorn grali podobnie i w PiS po prostu się nie zmieścili. A pani profesor mieści się jak najbardziej.

Atakując ostatnio Zbigniewa Ziobrę, promotora Kamila Zaradkiewicza na sędziego Sądu Najwyższego, dała mediom smaczny kąsek z gatunku „walka buldogów pod dywanem na chwilę przeniosła się na dywan” i zarazem utrudniła kandydatom PiS na prezydentów większych miast pozyskiwanie elektoratu. Ten centrowy mógł się wystraszyć – znowu okazało się, że prawica ma na punkcie homoseksualistów fiksum-dyrdum. Ten twardy zadziwić się mógł tolerancją Ziobry i idącego mu w sukurs Patryka Jakiego. Zarazem przyznać trzeba, że Pawłowicz zachowała się suwerennie. Jej starcie z ministrem sprawiedliwości, abstrahując od treści sporu, było starciem pragmatycznego polityka, któremu potrzebny jest w SN swój człowiek, z politykiem mającym partyjno-personalną układankę w nosie.

magazyn 31.08

magazyn 31.08

źródło: DGP

Czy na waleczność pani poseł nie wpływał zadawniony i traktowany bardzo osobiście zatarg z Zaradkiewiczem? Zapewne. Jarosław Kaczyński zachował się cztery lata temu nie tylko elegancko, ale i zapobiegliwie.