Dwa głośne przypadki nałożenia przez polskie państwo zakazu wjazdu do strefy Schengen są wzorcowymi przykładami mało profesjonalnego skorzystania z „opcji atomowej” w stosunku do obcokrajowców, którzy prezentują stanowisko nieprzyjazne wobec władz. Chodzi o obywateli Ukrainy Ludmyłę Kozłowską i Swiatosława Szeremetę. Niezależnie od tego, jak bardzo przeciwni rządom PiS są Kozłowska i jej mąż albo jak bardzo sprzeczne z polską polityką pamięci są działania Szeremety, Warszawa karząc ich, naraziła się na zarzut instrumentalnego wykorzystania Systemu Informacyjnego Schengen (SIS).

SIS należy do fundamentów strefy Schengen. To baza danych, do której wpisywane są osoby niepożądane w państwach strefy. Zgodnie z rozporządzeniem PE i Rady nr 1987/2006 wpisu dokonuje się, jeśli jest to uzasadnione „zagrożeniem dla porządku publicznego, bezpieczeństwa publicznego lub bezpieczeństwa narodowego”. Zwłaszcza wówczas, gdy na obywatelu państwa trzeciego ciąży wyrok wydany za granicą, „istnieją uzasadnione powody, by sądzić, że popełnił poważne przestępstwa” lub „że zamierza on takie przestępstwa popełnić na terytorium państwa członkowskiego”.

Z polskiej strony wpisu dokonuje Urząd ds. Cudzoziemców na wniosek jednej z upoważnionych instytucji. W poniedziałek rzecznik ministra ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego wyjaśnił, dlaczego Ludmyła Kozłowska trafiła do bazy SIS. Stanisław Żaryn pisze, że negatywną opinię w jej sprawie wydał kontrwywiad ABW. Była ona związana z „poważnymi wątpliwościami dotyczącymi finansowania” Fundacji, „które mogą mieć dalsze skutki prawne”. Jak zaznaczył Żaryn, wobec FOD jest prowadzona kontrola skarbowa.

– Kontrola trwa od roku. Właśnie została po raz kolejny przedłużona, tym razem do listopada. Skoro się nie zakończyła, na jakiej podstawie można mówić o wątpliwościach? – pyta Kozłowska w rozmowie z DGP. – Zresztą dokumenty FOD były już za rządów PiS kontrolowane przez MSWiA w związku z posiadaną koncesją na obrót towarami strategicznego przeznaczenia. W 2016 r. nieprawidłowości nie stwierdzono – dodaje.

Z naszych informacji wynika, że ABW nie ma dowodów na ewentualne uwikłanie agenturalne szefowej FOD. Takie sugestie pojawiły się w niektórych mediach.

– Gdyby kontrwywiad miał takie informacje, zakaz wjazdu do Polski byłby ostatnim krokiem w postępowaniu wobec Kozłowskiej – przekonuje nasz rozmówca. – Jeśli chodzi o finanse, co najmniej od 2012 r. wiadomo, że pieniądze mogą pochodzić ze Wschodu i mogą nie mieć najczystszej historii. Naiwne jest przekonywanie, że odkryto coś nadzwyczajnego. Ta wiedza była dostępna również obecnym władzom – dodaje.

Polityków i ekspertów z Ukrainy, Kazachstanu czy Mołdawii pojawiających się w Polsce na zaproszenie FOD łatwo skojarzyć z konkretnymi osobami. W przypadku Ukrainy często byli to ludzie zbliżeni do oligarchy Ihora Kołomojskiego, dziś skłóconego z prezydentem Petrem Poroszenką. Gościem FOD był np. Jehor Sobolew, pracujący nad ustawodawstwem antykorupcyjnym. Jak opowiadał nam wtedy Sobolew, spotkał się w Warszawie m.in. z obecnym ministrem ds. służb Mariuszem Kamińskim. Ukrainiec w rozmowie z nami nie ukrywał fascynacji polskimi doświadczeniami przy powoływaniu CBA i samym Kamińskim. Z kolei Kozłowska wkrótce weszła do Rady ds. Lustracji przy ukraińskim resorcie sprawiedliwości.

FOD organizowała też spotkania z Micheilem Saakaszwilim, gdy ten najpierw był gubernatorem Odessy, a potem wymierzył ostrze swojej krytyki w ekipę Poroszenki. Z kolei zapraszani Mołdawianie mieli powiązania z Viorelem i Victorem Țopami, przeciwnikami uwłaszczającego się na państwie oligarchy Vlada Plahotniuca. Jako jego dawni partnerzy biznesowi dysponowali wiedzą na temat wyprowadzenia z mołdawskiego systemu bankowego 1,5 mld dol. Jeśli chodzi o Kazachstan, FOD mocno angażowała się w obronę przed deportacją do Rosji byłego ministra energetyki Muchtara Äblazowa, który skłócił się z ekipą rządzącą w Astanie i schronił we Francji.

Najpełniej zarzuty dotyczące finansowania FOD przedstawił Marcin Rey, autor face bookowego bloga „Rosyjska V kolumna w Polsce”. Autor pisał o podejrzanych jego zdaniem interesach Petra Kozłowskiego, mieszkającego na Krymie brata Ludmyły, jednego z darczyńców FOD, który już po aneksji miał robić interesy z firmami z rosyjskiej zbrojeniówki. Kozłowska mówi, że to nieprawda, jej brat w 2014 r. wyjechał do USA, a jego krymskie firmy przejęli Rosjanie. Przyznaje, że choć od publikacji raportu Reya minął rok, nie złożyła jeszcze pozwu przeciw niemu. – Na razie wysłaliśmy wezwanie przedsądowe do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych. Pozew jest w przygotowaniu – mówi Kozłowska.

Wpisanie Ukrainki do bazy SIS sprawiło, że przeciwnicy PiS zaczęli podejrzewać polityczną motywację i oskarżać Warszawę, że stosuje system Schengen w sposób instrumentalny, podważający zaufanie między państwami strefy. Mąż Kozłowskiej Bartosz Kramek jest znanym uczestnikiem manifestacji antyrządowych. „Czarne listy przeciwko aktywistom demokratycznym są warte reżimów autorytarnych, a nie członków UE. Zakaz wizowy dla Ludmyły Kozłowskiej musi zostać zniesiony, albo należy zrewidować rolę Polski w Schengen” – napisał na Twitterze Guy Verhofstadt, lider liberałów w Parlamencie Europejskim.

Kozłowska nie jest pierwszym budzącym wątpliwości przypadkiem wykorzystania SIS. Pierwszym była sprawa Swiatosława Szeremety, sekretarza Komisji ds. Upamiętnienia Ofiar Wojen i Represji, który w 2017 r. zablokował ekshumacje polskich żołnierzy w Kostiuchnówce. – Uruchamiamy procedury, które nie dopuszczą ludzi zachowujących skrajnie antypolskie stanowisko, do przyjazdu do Polski. Ludzie, którzy ostentacyjnie zakładają mundury SS Galizien, do Polski nie wjadą – mówił w TVP ówczesny szef MSZ Witold Waszczykowski, pijąc do Szeremety. MSZ precyzowało, że chodzi o osobę, która jest „bezpośrednio zaangażowana w upamiętnianie formacji zbrojnych kolaborujących z III Rzeszą”.

Szeremeta nie pozostawał dłużny. – Czemu Mateusz Morawiecki może składać kwiaty na grobach żołnierzy, którzy kolaborowali z III Rzeszą (chodziło o żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej – red.), a ja nie mam prawa złożyć kwiatów na grobach Ukraińców, którzy służyli w dywizji Hałyczyna (14. Dywizja Grenadierów Waffen SS – red.) i których ekshumowaliśmy i pochowaliśmy ponownie zgodnie z chrześcijańskim obyczajem? – ripostował w wywiadzie dla DGP.

Poznaliśmy zawartość dossier, które MSZ przygotowało przeciwko Szeremecie. Były tam zdjęcia z pogrzebów ekshumowanych żołnierzy SS Galizien i asystujących przy nich rekonstruktorów w mundurach tej formacji. Sam Szeremeta miał jednak na sobie współczesny amerykański mundur polowy typu woodland (widać go na publikowanym powyżej zdjęciu). Ukrainiec – mimo stosunkowo niskiej rangi w hierarchii państwowej – swoją działalnością zaszkodził dialogowi historycznemu między Warszawą i Kijowem. Nie ma jednak zdjęć, na których nosiłby mundur SS. Nie ma również jego wypowiedzi promujących nazizm.

Co więcej, Szeremeta w grudniu 2017 r. złamał polską izolację i na wizie wydanej przez konsulat niemiecki w Kijowie pojechał do Berlina. Ukrainiec pomaga RFN w ekshumowaniu ciał żołnierzy Wehrmachtu, którzy zginęli na froncie wschodnim, i jako dyrektor firmy ekshumacyjnej Dola jest dla nich użyteczny. Kuriozalną puentą sporu było wpuszczenie Szeremety w maju tego roku do… Polski na ekshumację w Hruszowicach. Ukrainiec nie powstrzymał się od wygłoszenia kilku antypolskich deklaracji. Po cichu wycofując się z zakazu wizowego, Warszawa przyznała się do porażki.