OPINIA

Kiedy prezydent Andrzej Duda ogłosił w wywiadzie dla DGP, że rozważa zawetowanie zmian w ordynacji do Parlamentu Europejskiego, politycy liberalnej opozycji uznali, że to kolejna ustawka; że PiS podzielił się z głową państwa rolami. Z kolei „Gazeta Wyborcza” napisała, że prezydent nie odzyska wiarygodności, skoro w tej samej rozmowie z DGP mocnymi słowami podtrzymał logikę reformy sądów i zakwestionował prawo Sądu Najwyższego do zawieszania przepisów ustaw.

Traktowanie sprawy sądów jako testu na wiarygodność, ba – podsycanie wojny z prezydentem, jest w duchu dzisiejszego totalnego konfliktu. Zwłaszcza że PO i „Gazeta Wyborcza” przyjmowały skutki proponowanej ordynacji – dwubiegunowy podział sceny – bez obawy, może nawet z pewną nadzieją. A rozważania o ustawce? Pytanie, czy ci, co je snują, w to wierzą. W weekendowej GW mamy reporterskie doniesienia o wielkim niezadowoleniu w PiS z powodu zapowiedzi weta.

Pewien polityk PiS powiedział autorowi niniejszego tekstu po wywiadzie Dudy: „Prezydent robi to na prośbę Pawła Kukiza, który sam chciałby wystartować do Europarlamentu. Ceną ma być poparcie ruchu Kukiz’15 w drugiej turze następnych wyborów prezydenckich. Ale Andrzej Duda może się przeliczyć. Jarosław Kaczyński teraz nic nie powie. Ale w roku 2020 może go po prostu nie wystawić. Na razie się na niego po raz kolejny obraził”.

Oto jak wygląda ta rzekoma ustawka. Z moich informacji wynika, że w Pałacu Prezydenckim uznano, że dla samego Kaczyńskiego sprawa nie jest priorytetowa. Że za projektem dodającym PiS kilka mandatów w Europarlamencie stało raczej liczne lobby polityków, którzy chcą tam startować, niż prezes.

Andrzej Duda, w stopniu większym niż jego partnerzy, kieruje się własnymi przekonaniami

Prawdą jest, że prezydent uznał się za opiekuna mniejszych formacji, w tym Kukiz’15. Z jego punktu widzenia mniejsza przewaga PiS w kolejnym parlamencie daje większe pole manewru jemu. Wprawdzie wybory do Sejmu mają się odbywać według dotychczasowej ordynacji, ale wcześniejsze o kilka miesięcy wybory do Europarlamentu będą czymś w rodzaju próby generalnej, wpływającej choćby na nastawienie elektoratów. Duda chce, aby wyborcy Kukiz’15 nie zostali zdemobilizowani. To nie oznacza, że nie życzy zwycięstwa swojej dawnej partii. Ale czy traciłby, gdyby musiała dzielić się władzą z koalicjantem? Raczej zyskałby – pozycję mediatora.

Zarazem jest i inny motyw brany pod uwagę w Pałacu Prezydenckim: obawa przed zjednoczeniem opozycji (może bez Kukiz’15, ale z SLD i PSL). Czy taki blok nie miałby szans na minimalne prześcignięcie PiS? Zwłaszcza gdyby wybory toczyły się wokół tematu oddzielania Polski od Europy przez obecny rząd. Stąd poczucie, że pałac rzuca rządzącej Zjednoczonej Prawicy koło ratunkowe, a na pewno nie chce jej pognębić.

Tyle że politycy PiS widzą to inaczej. – W 2019 r. interesuje nas tylko samodzielna większość. Jeśli mielibyśmy rządzić z Kukiz’15, wybierzemy raczej opozycję – tłumaczą dziennikarzom. Dla nich największym niebezpieczeństwem ma być opozycja z prawej strony: Kukiz’15, narodowcy, może lista tworzona pod patronatem ojca Tadeusza Rydzyka. – Czy LPR nie wypłynął w 2004 r. na udanych dla nich wyborach do Europarlamentu? – przypominają. Tematyka relacji z Brukselą ma służyć eurosceptycznej prawicy bardziej niż pozostającemu w tych kwestiach w rozkroku PiS .

W pisowskich kręgach bagatelizowana jest za to wizja zjednoczenia opozycji i jej wygranej przy nowej ordynacji, do czego odwołuje się nieoficjalnie prezydent. Powątpiewa się, czy SLD i PSL zrezygnowałyby ze swoich szyldów partyjnych na kilka miesięcy przed wyborami sejmowymi. Bo jeśliby zrezygnowały, mogłyby stracić część swoich elektoratów.

Jest więc napięcie. Czy prezydent powinien się go serio obawiać? Rzecz w tym, że przed nami sporo czasu i okazji do najróżniejszych zwrotów akcji. Dziś prezydent jest Zjednoczonej Prawicy potrzebny, choćby do udziału w procesie wymiany kadr w Sądzie Najwyższym. Do czego będzie potrzebny w roku 2019? A w 2020? To oczywiście zależy od wyników wyborów parlamentarnych. Ale w ostateczności mógłby nawet samotnie stanąć do kolejnej gry o prezydenturę. Zapewne by nie wygrał bez partyjnych pieniędzy i struktur. Ale wobec podziału elektoratu szanse oficjalnego kandydata PiS też spadłyby do zera.

Równocześnie zaś gra z Andrzejem Dudą napotyka na pewną trudność. On próbuje kalkulować. Ale jednocześnie kieruje się w stopniu większym niż jego partnerzy własnymi przekonaniami. Jest krytyczny wobec sędziowskiej „oligarchii”, przekonany o bezprawności poczynań SN, więc gotów pomagać w procesie rekonstrukcji sądownictwa (to on wymyślił kryterium wieku służące kadrowej wymianie). Jest też jednak przeciwnikiem nadmiernej przewagi jednego ugrupowania w parlamencie, więc gotów ryzykować konflikt z Jarosławem Kaczyńskim, żeby bronić swojej wizji sceny politycznej.

Ogłaszając swój zamiar weta wcześniej, w teorii dał dawnym kolegom czas, aby go jeszcze w tej sprawie naciskali. Ale oznajmił to w tak zdecydowany sposób, że cofnąć się w tej sprawie byłoby mu trudno. Zresztą co miano by mu w zamian zaoferować?

Co ciekawe, choć politycy PiS przedstawiają dziś politologiczne analizy wykazujące, jak wielki prezydent popełnia błąd „osłabiając” ich partię przed wyborami sejmowymi, przyznają jedno: nikt nie próbował dotrzeć z tą argumentacją do prezydenta. Jarosław Kaczyński ma z Andrzejem Dudą kontakt telefoniczny. A jednak nie rozmawiali na temat zmian w ordynacji ani razu. Kryzys po zawetowaniu sądowych ustaw niczego polityków PiS nie nauczył. Doszło potem do konsultacji, kiedy zmieniano kodeks wyborczy w związku z wyborami samorządowymi. Ale nie teraz.

Można to tłumaczyć na trzy sposoby. Może Kaczyński wrócił do swego przekonania z początku kadencji, że nie zniży się do pozycji równorzędnego negocjatora. Że prezydent powinien działać na rozkaz. I to taki rozkaz, którego się otwarcie nie wydaje.

Inna wersja jest taka, że istotnie – tak jak domyślają się ludzie z otoczenia prezydenta – nie była to dla Kaczyńskiego sprawa fundamentalna. Owszem, zaakceptował kierunek myślenia ludzi ze swego otoczenia, bo bez jego formalnej zgody nie dzieje się nic, ale to oni, zabiegając o mandaty do Europarlamentu, byli zainteresowani sprawą bardziej niż on. I to oni dziś narzekają.

Trzecia ewentualność jest taka, że wciąż nie najlepiej czujący się lider nie miał głowy do telefonicznych konferencji ani do wysyłania kogoś do Pałacu Prezydenckiego. W tej wersji PiS byłby łodzią przynajmniej chwilami bez sternika. To może grozić kosztami, aczkolwiek możliwe, że strachy związane z hodowaniem opozycji z prawa okażą się przesadne. Pewne jest jedno: Andrzej Duda zapobiegł jeszcze większej koncentracji władzy w rękach tego obozu. Pod koniec dostał nawet wsparcie w postaci oświadczenia rzecznika Episkopatu przypominającego, że „prawo wyborcze musi być sprawiedliwe i gwarantować możliwość dobrego wyboru”. Także przy okazji wojny o sądy biskupi próbowali wspierać tonujące ruchy prezydenta. To dobra wiadomość także dla jego politycznej pozycji. ©℗