Porozmawiamy dzisiaj ze sportowcami, którzy dostarczyli nam wielu bardzo pozytywnych emocji, szczególnie w ostatnim czasie. Jesteśmy w Muzeum Sportu i Turystyki wspaniała ekspozycja. Chciałbym prosić pana dyrektora Jagodzińskiego, szefa muzeum, o kilka zdań na jej temat.

Tomasz Jagodziński: Muzeum, w którym jesteśmy, ma 65 lat i jest jednym z najwspanialszych na świecie. Tak uważa Międzynarodowy Komitet Olimpijski, który w 2011 roku zakwalifikował naszą instytucję do grona wybitnych muzeów. Działamy w specjalnym programie Olympic Museum Network, do którego obecnie należą 22 placówki z całego świata.

Jesteśmy w miejscu kultowym – przy ścianie chwały polskiego olimpizmu. Na wprost mnie znajduje się pamiątkowa ściana z plakatami przypominającymi sukcesy biało-czerwonych, którzy startowali w igrzyskach olimpijskich. Za moimi plecami widać piękną gablotę z medalami. To 70 prawdziwych medali olimpijskich, które zdobyli nasi bohaterowie, w tym Kamil Stoch.

Pewnie każdy ze zgromadzonych tutaj młodych ludzi chciałby zostać drugim Kamilem Stochem albo Robertem Lewandowskim... Kto trenuje jakiś sport?

[wszyscy, łącznie ze skoczkami, podnoszą ręce]

Przypomina mi się materiał telewizyjny, w którym Kamil Stoch stał pod Wielką Krokwią i mówił, że chciałby zostać mistrzem olimpijskim. Teraz spełnił to marzenie po raz kolejny. Wszystko zaczęło się od marzeń...

Kamil Stoch: Najpierw muszą być marzenia. Muszą się pojawić u każdego z nas, a razem z nimi chęć realizacji i przede wszystkim wiara, że mogą się spełnić. Żeby tak się stało, wszystko musi być poparte ciężką pracą i ogromną wytrwałością. Sukces nie spadnie nam z nieba. Musimy wiedzieć, że będzie ciężko, pojawi się wiele trudnych momentów i warto wtedy otaczać się ludźmi, którzy będą szczerze chcieli nam pomóc i bezinteresownie wesprzeć. Takimi ludźmi są przede wszystkim rodzice, którzy nas wychowują, dodają nam sił i wspierają od samego początku. Takimi osobami są również nasi przyjaciele, z którymi trenujemy i razem dorastamy. To są też trenerzy i szkolni nauczyciele oraz inne osoby związane z sportem, od których możemy czerpać wiedzę i doświadczenie. Największą naukę daje jednak samo nasze życie. Codziennie możemy uczyć się czegoś nowego. Bądźmy otwarci na nową wiedzę, bo sami jesteśmy najlepszymi nauczycielami.

Człowiekiem, który jest obecny wśród nas i wspiera dzieci w dążeniu do sportowych sukcesów, jest Artur Siódmiak, znakomity piłkarz ręczny. Jak ważne jest zachęcanie dzieci do uprawiania sportu?

Artur Siódmiak: Sześć lat temu zakończyłem karierę i zająłem się pracą z dziećmi. Moja organizacja szkoli ponad 500 dzieci w różnych ośrodkach w Polsce. To bardzo ważny proces, ponieważ to rodzice wychowują w domu i to jest pierwszy etap, kiedy dziecko przesiąka tym, co robią rodzice. Jeżeli oni działają na rzecz sportu, dziecko będzie miało to w genach – tak było w moim przypadku. Kolejny etap to szkoła. Później są trenerzy, którzy są autorytetami. Sam mam 16-letniego syna, który trenuje piłkę ręczną. Czasami tłumaczę mu różne rzeczy jako ojciec, a on mówi: nie, nie, tato, trener powiedział inaczej. To bardzo ważna rola.

Wiadomo, że łatwiej pograć w grę komputerową niż wyjść na boisko, bo czasy się zmieniły i nie możemy walczyć z postępem cywilizacyjnym. Musimy oferować dzieciom marzenia i świecić przykładem, dlatego gratuluję, chłopaki, waszych sukcesów i medali na igrzyskach olimpijskich, bo my, piłkarze, od czasów Orłów Wenty tego nie mieliśmy.

Kamil wspomniał o marzeniach. Gdy miałem 12 lat, miałem marzenie, które było dość abstrakcyjne, ponieważ pochodzę z Wągrowca, małej miejscowości w Wielkopolsce. Jako młody chłopiec, na początku kariery chciałem zostać mistrzem świata. Minęło wiele lat i w 2007 roku, siedząc w szatni w finale mistrzostw świata i wiążąc buty, uświadomiłem sobie, że moje marzenie się spełniło. Aż łezka zakręciła mi się w oku. To pokazuje, że sport przełamuje wszystkie bariery i trzeba marzyć, aby osiągać sukcesy, bo bez wiary i pasji tego nie zrobimy. Mnie się udało i chciałbym wam powiedzieć, żebyście czerpali ze sportu jak najwięcej. Bawcie się, będziecie zdrowsi i być może kiedyś zostaniecie mistrzami świata. Nie każdemu to się uda, ale sport daje bardzo dużo. Zawsze tłumaczę dzieciom, że sport wychowuje i umożliwia przeżywanie bezcennych chwil: bycie reprezentantem Polski, gdy grają hymn, kibice śpiewają go a capella i jest się w gronie 15–16 wybranych zawodników z całej Polski, wspólne przeżywanie porażek i zwycięstw... Tego się nie kupi za żadne pieniądze! To właśnie jest magnes sportu. Nawet milion dolarów nic nie da bez talentu i pasji.

Namawiam was do uprawiania sportu i przeżywania dzięki niemu bezcennych emocji, które ja dzieliłem z kolegami. Dlatego propagujemy piłkę ręczną wśród dzieci przez różnego rodzaju akcje, obozy itd. Robią to m.in. Marcin Gortat, Marcin Możdżonek i jest to fajne, trzeba to robić, bo bogata oferta wygrywająca z komputerami musi istnieć i zachęcać dzieci.

Jest z nami trener kadry skoczków, pan Stefan Horngacher. Jak trenować takiego mistrza jak Kamil?

Stefan Horngacher: Trenuję nie tylko Kamila, ale też całą grupę skoczków. Kamil był już mistrzem, zanim zacząłem go trenować. Starałem się dawać mu wsparcie i nowe impulsy, by stawał się coraz bardziej efektywny i jeszcze bardziej profesjonalny, jeśli to w ogóle było możliwe. Oczywiście bardzo dobrze, że istnieje cała grupa, reprezentacja narodowa. Wszyscy skoczkowie są tak samo ważni. Tylko silna drużyna jest w stanie iść dalej i jesteśmy zadowoleni, że mamy tak mocny zespół.

Zaczyna się od lekcji wf. Jak na nich trenować, żeby potem osiągać sukcesy?

Piotr Żyła: Chyba nie jestem najlepszym przykładem, bo miałem bardzo fajnego nauczyciela wf, który... zwalniał mnie z lekcji na treningi. Trenowałem codziennie, a na zajęciach zaliczałem to, co miałem do zaliczenia. Wf był zazwyczaj dwa razy w tygodniu, na ostatnich lekcjach, co kolidowało z treningami. Na szczęście mój nauczyciel był wyrozumiały.

Wszyscy młodzi sportowcy muszą łączyć szkołę z treningami. Czy sportowiec musi być wykształcony? Ostatnio Piotrek obronił swoją pracę...

Piotr Żyła: Tak, obroniłem pracę licencjacką na Wyższej Szkoły Edukacji w Sporcie, która na pewno mi pomogła, bo nauczyłem się też innych dodatkowych przedmiotów istotnych w sporcie, choćby anatomii czy lekkoatletyki. Warto mieć inne zainteresowania poza sportem i inne sposoby na życie.

Co się zmieniło w sporcie od czasów, kiedy Adam Małysz zaczął osiągać pierwsze poważne sukcesy?

Apoloniusz Tajner: Przede wszystkim zmieniła się mentalność. Przed 20 laty, kiedy rozpoczynaliśmy z Małyszem sukcesy polskich skoczków narciarskich, trening sportowy miał być był dobrze trafiony, zaplanowany i zrealizowany. Teraz zmieniła się technologia, wszystko jest sprecyzowane i skontrolowane, łącznie z diagnozą, co trzeba poprawić. Dla mnie jest science fiction! W kolejnych latach ten trend z pewnością będzie się rozwijać. To raptem 20 lat różnicy, a wydaje się, że cała epoka!

Zwróciłbym uwagę na to samo, co chłopaki, którzy w wieku 12 lat marzyli, żeby być w finale mistrzostw świata, zdobyć złoty medal. Nie bójcie się marzyć! To daje napęd i motywację na przyszłość. Sam trochę wstydziłem się tego, że marzę, a potem się okazało, że marzenia popychają do przodu i powinno się im pomagać. Gdy się pomaga marzeniom, cele na ogół się realizują i do tego was zachęcam.

A jak nastawić się mentalnie, żeby mimo spadków formy dalej dążyć do sukcesów i się nie poddawać?

Maciej Kot: Znowu trzeba wrócić do tematu marzeń, które dają motywację do tego, by osiągać swoje cele. Jeżeli coś nie wyjdzie, trzeba iść dalej i wyciągać wnioski, wynosić coś także z porażek. Zwykłem mówić: albo się wygrywa, albo się uczy.

Kamil Stoch: Myślę, że do sportu nie powinno podchodzić się tak, żeby koniecznie zawsze być mistrzem i wygrywać. Sport może być po prostu przyjemnością. To spotkanie się z kolegami, wspólne spędzanie czasu, wspólna praca i to może być wspólna pasja. To bardzo ważne, zwłaszcza na początku.

Pytanie do Stefana Huli: jesteś najstarszym skoczkiem w naszej kadrze i ten sezon był dla ciebie najlepszy. Jak udało ci się przez całą karierę, gdy sukcesów było mniej, utrzymać motywację i sprawić, by ten sport był przyjemnością?

Stefan Hula: Znowu trzeba wrócić do marzeń... Moje marzenia od dziecka były związane ze sportem. Tata zaszczepił we mnie pasję i miłość do sportu, więc trenowałem, choć nie zawsze było kolorowo, ale miałem wiarę, że się uda. To i wspomniana miłość do sportu pozwoliły mi wytrwać i teraz mogę się cieszyć, osiągając sukcesy z kolegami. Nie wolno się poddawać, tylko wierzyć w siebie i marzyć.

Jakimi cechami powinien wyróżniać się sportowiec?

Stefan Hula: Sportowiec przede wszystkim musi być uparty i dążyć do swoich celów. Czasami zdarzają się momenty, kiedy jest troszeczkę gorzej i właśnie wtedy ten upór się przydaje, żeby kontynuować pracę i wierzyć w swoje marzenia. Sam kiedyś miałem taki okres i rodzice namawiali mnie, abym skończył ze skokami, zastanowił się, co innego chciałbym w życiu robić. Byłem jednak uparty i pozostałem przy skokach. Ta decyzja pozwoliła mi być tam, gdzie jestem teraz.

Czy w jakimś momencie intensywnej kariery przyjąć należy jakieś założenie dotyczące stylu życia, odżywiania i wysypiania się? To wszystko może wpływać na efektywność sportową. Jakie macie wskazówki dla młodzieży?

Artur Siódmiak: Odżywianie jest bardzo istotne. Z powodów profilaktycznych wszyscy powinniśmy zdrowo jeść. Na waszym etapie powinno was cieszyć to, co robicie, że się spociliście, wasza klasa Va wygrała z Vb, byliście najszybsi na jakimś dystansie itd.

Trzeba edukować dzieci, by nie piły słodkich napojów, dobrze się odżywiały – to jest ważne, aby być zdrowym człowiekiem. Jeśli chodzi o karierę profesjonalną, pojawiają się plany treningowe związane z także z odżywianiem, bo żeby osiągnąć tężyznę, trzeba mieć z czego czerpać energię. My nie mieliśmy dużych rygorów, bo piłka ręczna to sport typowo siłowy i mogliśmy jeść praktycznie wszystko. W innych dyscyplinach sportu, np. siatkówce czy piłce nożnej, waga jest jednak dosyć istotna. Oczywiście byliśmy zawsze ważeni przed sezonem, żeby nie mieć za dużo tkanki tłuszczowej. Jest to pewien element ułatwiający osiągnięcie sukcesu. Warto się zdrowo odżywiać również po to, żeby się lepiej czuć.

Kamil Stoch: Musimy słuchać swojego ciała. Nie podchodźmy tak rygorystycznie do odżywiania się, czasu spędzanego w łóżku na odpoczynku i do aktywności. Gdy mamy ochotę pobiegać, pograć w piłkę czy posiedzieć ze znajomymi, to dlaczego nie? Ogólnie warto uważać, czego najbardziej potrzebujemy i to jest kwestia nauki. Będziecie się uczyć swojego ciała, tego, co wam najbardziej odpowiada, co jest dla was najlepsze, jeśli chodzi o odżywianie się i sposób spędzania czasu. Oczywiście pojawią się wyrzeczenia, jeśli chcecie coś osiągnąć w sporcie. Będziecie się musieli nauczyć odmawiać sobie i innym.

Kto po Małyszu, po Stochu, po naszej drużynie skoczków...? Jak wygląda system szkolenia?

Apoloniusz Tajner: Zanim, odpowiem, wrócę na chwilę do słuchania swojego ciała. Kamil dobrze to ujął. Czasem się zdarzy, że mam na coś bardzo ochotę i nie powinienem sobie tego odmawiać w małych ilościach, nawet gdy to jest zakazane. Chodzi o to, żeby wyrobić sobie zdroworozsądkowe podejście do żywienia. Mówi się, że jesteśmy zbudowani z tego, co jemy.

Jeżeli chodzi o następców, mamy Narodowy Program Rozwoju Skoków Narciarskich. Bodajże w 1999 roku, kiedy zaczynał Adam Małysz, było czterech zawodników i to wszystko. Nie miałem piątego do kompletu. Od tego czasu zaszły zmiany. Mamy większą grupę zawodników. Nasza czołowa piątka, która jest tutaj, to absolutna czołówka światowa. Prawie wszyscy stawali na podium mistrzostw, pucharu świata i igrzysk olimpijskich. Teraz są jeszcze dzieci takie jak wy, 12–14-latki, bardzo fajne i zdolne. Na początku talenty wyłuskują nauczyciele i podpowiadają trenerom klubowym, kto ma według nich smykałkę do sportu. Potem rozmawiamy z rodzicami. Wszyscy współpracują.

Pamiętam, jak zetknąłem się pierwszy raz z Kamilem. Był puchar świata, czyli ważne zawody na Dużej Krokwi. Wszyscy się już rozeszli, a ja zobaczyłem, że jakieś dziecko skacze. Nikogo więcej, a było jakieś półtorej, może dwie godziny po zawodach. Poszedłem na żelazne trybuny i patrzę: taki smyk skacze, a fruwa po 100, 125 m jak listek... Podszedłem jeszcze wyżej, tam stał Zbyszek Klimowski i pytam go, co to za jeden, jak on się nazywa? Wtedy się dowiedziałem, że to Kamil Stoch. Pomyślałem: oj, muszę go sobie zapamiętać. Wtedy mi do głowy nie przyszło, że będę mieć z nim cokolwiek wspólnego jako trener. Jak widać, nie jest źle z naszą przyszłością w skokach narciarskich.

Panie dyrektorze, spoglądam na gablotę za panem. Rozumiem, że znajdzie się miejsce na nowe medale, może zdobyte przez naszych najmłodszych gości...

Tomasz Jagodziński: Nie ma żadnego problemu! Wiem, że tych odznaczeń będzie więcej, ponieważ negocjujemy z innymi obecnymi medalistami. W kolekcji jest ich 70, w tym wspaniały złoty medal Wojciecha Fortuny z Sapporo, który jest zarazem setnym medalem zdobytym przez Polaków w historii startów w igrzyskach olimpijskich. W gablocie jest miejsce na 100 medali, więc nie ma problemu, zmieszczą się wszystkie, a jak będzie trzeba, to rozbudujemy gablotę, by każdy medal miał swoje godne miejsce.

Opowiadacie wszyscy o marzeniach i to jest bardzo, bardzo ważne. Pozwólcie, że podzielę się z wami moim: jako chłopak z Bełchatowa, gdy miałem 20 lat, pracowałem w kopalni jako elektromonter sieci napowietrznych i wymyśliłem sobie, że zostanę dziennikarzem sportowym. Mało tego, zostałem zaproszony do programu telewizyjnego „Studio 2” i rozmawiałem z nieżyjącym już Bohdanem Tomaszewskim. W telewizji powiedziałem, że zostanę dziennikarzem sportowym i dodałem: „Panie Redaktorze, może nawet będę lepszy od pana!”. Taki byłem bezczelny. Wszyscy moi znajomi to obejrzeli. Połowa miasta i kopalni śmiała się ze mnie, ale druga mi kibicowała. Dwa lata po tym programie rozpocząłem staż dziennikarski w „Trybunie Sportowej” i ukazał się mój pierwszy artykuł, sprawozdanie z najważniejszego meczu kolejki pierwszej ligi piłkarskiej...

Cieszę się, że jest młodzież, która chce trenować i są sportowcy, którzy tak jak Artur po zakończeniu kariery biorą młodych pod swoje skrzydła. Oby było tego więcej, oby znalazło się jak najwięcej sponsorów. Nie traćmy też przyjemności. Trenujmy, obserwujmy mistrzów. Życzymy wam wszystkim sukcesów. Dziękujemy bardzo. 

PYTANIA OD DZIECI:

Czy ktoś z was miał autorytet, którym się inspirował?

Artur Siódmiak: Ja inspirowałem się Michaelem Jordanem.

Kamil Stoch: Miałem wielu idoli, zawsze starałem się obserwować najlepszych. Patrzeć, co i w jaki sposób robią i starałem się być lepszy od nich.

Maciej Kot: Autorytety są bardzo ważne i nie muszą to być osoby z naszej dyscypliny. Wiadomo, że wśród skoczków największym idolem był Adam Małysz. Nadal mam idoli, ale z innych dyscyplin, z motocrossu, z Formuły 1. Po prostu warto się uczyć od najlepszych, ale nie ślepo naśladować. Pozostańmy sobą.

Dawid Kubacki: Zawsze starałem się podpatrywać tych, którzy są lepsi ode mnie i czerpać z tych inspiracji, co mógłbym w sobie poprawić. Nigdy nie miałem za to jednego idola, którego chciałbym poprosić o autograf.

Uprawialiście jakiś sport?

Artur Siódmiak: Jeździłem na snowboardzie, bo mieszkałem kilka lat w Szwajcarii i tam niemal wszyscy uprawiali ten sport.

Kamil Stoch: Praktycznie do momentu, kiedy zostałem przyjęty do kadry narodowej skoczków, trenowałem kombinację norweską. U nas panują takie zasady, że skoki i biegi narciarskie są połączone.