"Drugi Budapeszt w Warszawie". Czy w Polsce powstanie odpowiednik Jobbiku?

autor: Remigiusz Okraska05.01.2018, 08:33; Aktualizacja: 05.01.2018, 09:05
Marsz Niepodległości. Fot. Maciek Suchorabski

Marsz Niepodległości. Fot. Maciek Suchorabskiźródło: GazetaPrawna.pl

W znanej zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o tym, że będziemy mieli w Warszawie Budapeszt, niemal wszystko wydaje się na razie sprawdzać. Wszystko, oprócz polskiego odpowiednika Jobbiku. Nad Dunajem nacjonaliści urośli do rangi głównej partii opozycyjnej. Czy w Polsce jest to możliwe? Ostatnio coraz mocniej iskrzy między PiS a częścią prawicowego ludu, który mogą zagospodarować narodowcy.

Dotychczas na prawo od partii rządzącej nie było niczego poważnego. Narodowcy zdawali się łapać wiatr w żagle przy okazji corocznego Marszu Niepodległości, ale w wielkiej polityce nic z tego nie wynikało. Ruch Narodowy wegetował w sondażach na poziomie 1 proc. poparcia. Kilku nacjonalistów trafiło do Sejmu wyłącznie za sprawą pospolitego ruszenia pod wodzą Pawła Kukiza. Arcyprawicowi i arcykatoliccy działacze znaleźli się w jego ramach obok m.in. Piotra Liroya-Marca, oprócz muzyki znanego choćby z postulatów legalizacji marihuany czy produkcji filmu erotycznego. Dobrze pokazuje to przypadkowość całego sukcesu. W ostatnich tygodniach i miesiącach miały jednak miejsce dwa wydarzenia, które mogłyby być zaczątkiem polskiego Jobbiku – silnego ugrupowania rodzimych nacjonalistów.

Dwie miarki się przebrały

Pierwsze z nich to sprawa zakazu hodowli zwierząt futerkowych, który ma zostać wprowadzony z inicjatywy PiS jako pakiet szerszych prozwierzęcych zmian, popieranych przez samego Jarosława Kaczyńskiego. Prace nad nowym prawodawstwem są zaawansowane, poparcie wyrazili prominentni politycy PiS (jak Krzysztof Czabański), a prawicowi dziennikarze Wojciech Mucha i Jacek Liziniewicz przygotowali cykl tekstów o realiach branży futrzarskiej: cierpieniu zwierząt, niszczeniu jakości życia lokalnych społeczności wokół ferm, znikomych wpływach podatkowych z tytułu tej działalności itp.

Spotkało się to z silną krytyką ze strony części środowisk prawicowych. Na Twitterze i Facebooku rozpętała się dyskusja, że takie postulaty to ekoterroryzm i polityczna poprawność. Do gry włączyła się oczywiście branża futrzarska i jej zaplecze PR-owe, a część prawicy mówi słowo w słowo to samo, co hodowcy. Szybko podchwycili temat również narodowcy – Robert Winnicki nazwał pomysł PiS „skrajnym lewactwem”, a on i jego ideowi pobratymcy przedstawiają zakaz jako szkodliwy dla polskich przedsiębiorców, rodzimej gospodarki i miejsc pracy. Wszystkie te opinie brzmią wiarygodnie dla części elektoratu prawicy, a szczególnie jego odłamu aktywnego w internecie i mediach społecznościowych.


Pozostało jeszcze 88% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie