PO zgłosiła w piątek wniosek o konstruktywne wotum nieufności wobec premier Beaty Szydło. Grzegorz Schetyna, który jest jej kandydatem na premiera, zarzucił PiS niszczenie niezawisłości sądów i Trybunału Konstytucyjnego. Wniosek złożono po serii głosowań, w których zapadła decyzja o przesłaniu do dalszych prac prezydenckich projektów ustaw o sądach. – Platforma Obywatelska nie ma programu, nie ma żadnej propozycji dla Polaków, jest tylko pusta gadanina pana Schetyny i pomysł kolejnej szopki politycznej – komentował Ryszard Terlecki, przewodniczący Klubu Parlamentarnego PiS.

W tej chwili nie ma pewności, czy wniosek zmobilizuje Prawo i Sprawiedliwość do szybszego działania, czy przeciwnie, do odłożenia decyzji o zmianach w rządzie na styczeń. Coraz częściej pojawiają się informacje, że rząd może opuścić skonfliktowany z prezydentem szef MON Antoni Macierewicz.

Po co Platforma zgłasza wniosek o konstruktywne wotum nieufności, skoro jest skazany na porażkę?

Wnioski o wotum nieufności, poza sytuacją przesileń, zawsze są skazane na taki los. To element politycznego rytuału. Ale są dwie okoliczności, które mogą rzucać światło na motywy. To próba wsparcia ruchu, który się dokonał w Parlamencie Europejskim. Taki gest ma mówić, że sytuacja jest poważna i pokazujemy to opinii w kraju oraz za granicą. Ale wydaje się, że znacznie ważniejsze jest poczucie, że robi się psikusa obozowi rządowemu, który niewykluczone, że jest w trakcie wymiany premiera.

Psikusa? Przecież wotum nie zapobiegnie tej wymianie?

To utrudnia dokonanie ewentualnej zmiany premiera. Na pewno w trybie konstruktywnego wotum nieufności, choć wątpię, by PiS akurat skorzystał z tego sposobu. Ale także w innym przypadku. Bo jeśli opozycja bardzo mocno zażąda odwołania premier Szydło, a potem do odwołania by doszło, to częściowo będzie mogła mówić, że tego się domagała i stało się tak, jak chciała. To pozwala opozycji na pewne wstrzelenie się w moment.

Ludzie kupią, że PO dysponująca zdecydowanie mniejszym poparciem w sondażach niż PiS wpłynęła na zmianę premiera?

Pytanie, którzy ludzie. Grzegorz Schetyna walczy z wizerunkiem lidera, który nie potrafi reagować. Wygłosił przyzwoite przemówienie na konwencji samorządowej w Łodzi. Dziś próbuje wykorzystać jeden z dostępnych instrumentów. Dla potencjalnych i zdeklarowanych wyborców PO to ma znaczenie. Opozycja musi wykonywać pewne gesty, które nie muszą być obliczone na sukces. Choć są dwa warunki, by osiągnąć polityczny efekt. Po pierwsze, jeśli posłowie PO, Nowoczesnej i PSL przyjdą na głosowanie i pokażą, że opozycja jest zdeterminowana. Po drugie, jeśli sam wniosek zostanie dobrze uzasadniony i nagłośniony. To próba walki z fatum, że opozycja reaguje tylko na to, co robi PiS.

A jaki wariant obstawia pan, jeśli chodzi o rekonstrukcję rządu? Będzie wymiana premiera?

Nie ma co obstawiać. Jest 50 na 50 proc. Po kryzysie lipcowym z wetami prezydenta Jarosław Kaczyński potrzebował pokazać, że jest silny. To nie musi być koniecznie wymiana premiera. Lider PiS lubi wywoływać kryzys i obserwować, jak zachowują się jego partnerzy, sonduje reakcję. Jestem skłony uwierzyć tym, według których pójście Kaczyńskiego do rządu nie jest przesądzone. On cały czas się waha.

Według jakich kryteriów podjęta będzie ta decyzja?

Trudno tu mówić o kryteriach. To decyzja jednej osoby. Bardzo często w sytuacji 50 na 50 proc. decyduje coś intuicyjnego. W tym sensie myślę, że to decyzja wewnętrzna Kaczyńskiego. Dlatego trudno mówić o kryteriach, on może podjąć ją, ważąc różne argumenty. Od poziomu politycznych, czy to się opłaci, czy zwiększy sprawność rządzenia, po powody osobiste: czy da radę fizycznie, bo to zupełnie inny mechanizm funkcjonowania. Jako prezes działa jak chce. Na Nowogrodzką przyjeżdża o której chce, może siedzieć do późna albo nie. Bycie premierem to kierat obowiązków.

A ewentualne obowiązki zagraniczne? Na przykład sugestia o podziale obowiązków z Andrzejem Dudą, tak by to on jeździł na szczyty UE?

Mówimy o jednym z ważnych instrumentów rządzenia i dotyczącym często polityki wewnętrznej, np. energetyki czy innych sfer. To raczej osłabienie możliwości politycznych, które może wygenerować konflikt, chyba że Kaczyński spotykałby się co drugi dzień z prezydentem.