12 września rozpoczęło się korespondencyjne głosowanie, w którym mogą wziąć udział obywatele australijscy, którzy ukończyli 16. rok życia. Tematem ankiety jest kwestia legalizacji związków osób homoseksualnych. Rezultaty głosowania poznamy dopiero 15 listopada. Przewagę mają zwolennicy legalizacji, ale przeciwnicy prowadzą ostrą kampanię.

Australia to ostatni anglosaski kraj, który nie ma uregulowanej kwestii równości małżeńskiej. To nie przypadek. Canberra wprawdzie próbuje budować wizerunek Australii jako kraju otwartego i liberalnego, ale prawda jest znacznie bardziej skomplikowana. Nie bez powodu radykalne ruchy prawicowe na całym świecie często stawiają ten kraj za wzór. W Polsce niedawno zrobił to marszałek Stanisław Karczewski z PiS, który pochwalił Australijczyków za sposób, w jaki radzą sobie z nielegalnymi imigrantami.

Tylko dla białych mężczyzn

Ustawa o ograniczeniu imigracji – tak nazywała się jedna z pierwszych regulacji przyjętych przez parlament w Canberrze niecały rok po uzyskaniu niepodległości od Wielkiej Brytanii w 1901 r. i ogłoszeniu powstania federacji. Pod tą niewinną nazwą kryło się rozwiązanie, które aż do lat 70. XX w. definiowało politykę imigracyjną Australijczyków. Epoka obowiązywania ustawy przeszła do historii pod wymowną nazwą – polityki „białej Australii”.

Nowe prawo powstało w celu ograniczenia napływu niebrytyjskich emigrantów oraz dawało prawne możliwości usunięcia „niepożądanych”, którzy osiedlili się na kontynencie przed 1901 r. Mówiąc wprost – chodziło o wszystkich kolorowych. Na celowniku znaleźli się zwłaszcza Azjaci. Wmawiano im najgorsze cechy. Ówczesna propaganda oskarżała ich o zaniżanie płac, przestępczość, korupcję, szerzenie niemoralnych zachowań i rozprzestrzenianie chorób, takich jak tyfus czy ospa. Pod koniec XIX w. takie poglądy nie były niczym nadzwyczajnym. Co nie przeszkadzało Australijczykom uważać się za kraj niezwykle otwarty i postępowy, gdzie każdy na starcie ma równe szanse. Tylko że wtedy określenie „każdy” i „równe” odnosiło się do białego mężczyzny. Kolorowi mieszkańcy kontynentu, lecz także pracujące kobiety, byli postrzegani jako zagrożenie dla postępowego raju. A trzeba pamiętać, że do Australii pod koniec XIX stulecia napłynęło wielu imigrantów.

Uzyskanie niepodległości postrzegano jako szansę na rozwiązanie kwestii kolorowych imigrantów. „Nie ma czegoś takiego jak równość ras. Jest za to zasadnicza nierówność. Inne rasy w porównaniu do białej są, myślę, że wszyscy są o tym przekonani, nierówne i podrzędne” – mówił Edmund Barton, pierwszy premier Australii, przed przyjęciem ustawy o ograniczeniu imigracji. Choć w dokumencie ani razu nie padają słowa „rasa” czy „biały”, to jednak stał się narzędziem do eliminowania imigrantów o innym kolorze skóry.

Najsłynniejszym narzędziem wprowadzonym przez ustawę była możliwość testowania imigrantów za pomocą dyktanda złożonego z 50 słów, prowadzonego przez oficera imigracyjnego. W dodatku urzędnik mógł zarządzać je dowolną ilość razy, za każdym razem w innym, dowolnie przez siebie wybranym europejskim języku. Najbardziej znaną ofiarą tego przepisu był słynny żydowski dziennikarz z Austro-Węgier Egon Kisch. Posiadał on aktualną wizę, ale australijskie władze chciały go koniecznie zatrzymać na granicy ze względu na jego komunizujące poglądy. Dyktando dla Kischa odbiło się szerokim echem. Głównie dlatego, że był poliglotą i urzędnicy musieli nieźle się natrudzić, aby w końcu oblać go na teście. W dodatku reporter, kiedy już odstawiono go na statek, po prostu wyskoczył z niego na redę portu w Melbourne. Złamał nogę, ale i tak został odstawiony na pokład ponownie. Wyszedł jednak w Sydney, gdzie skazano go na więzienie za próbę nielegalnego przekroczenia granicy. Ale po masowych protestach został zwolniony za kaucją. Inni imigranci mieli mniej szczęścia.

Dyktando jako formę sprawdzania umiejętności przybyszów porzucono dopiero w latach 50. Do tego czasu testowi poddano 2 tys. osób. Mało? W rzeczywistości już sam fakt istnienia takich narzędzi nacisku skutecznie zniechęcał do wyprawy na antypody. Już w 1925 r. ówczesny australijski premier Stanley Bruce mógł uspokoić opinię publiczną: populacja Australii jest złożona w 98 proc. z ludzi o anglosaskim pochodzeniu. A jego poprzednik William Morris Hughes nazwał ustawę o ograniczeniu emigracji największym australijskim osiągnięciem. W istocie polityka „białej Australii” była tak popularna, że wielu przedsiębiorców używało jej nazwy jako marki. Pojawiły się broszki, przypinki, mydła, a nawet gra planszowa o tej nazwie. Jej zasady były proste. Gracze zdobywali punkty za wyeliminowanie jak największej liczby kolorowych i za sprowadzanie w ich miejsce białych.

Dzieci na sprzedaż

Z polityką „białej Australii” pośrednio związana była sprawa imigracji dziecięcej. Chodzi o ponad 100 tys. brytyjskich dzieci wysłanych na antypody od lat 20. do 70. XX w. Byli to podopieczni sierocińców i domów opieki, w wieku od trzech do 14 lat. Najczęściej odbierano je rodzicom, w szczególności samotnym matkom. Moralność tamtych czasów nie brała pod uwagę innego modelu rodziny niż tradycyjny, a samotne macierzyństwo było postrzegane jako upośledzenie i skazane na ostracyzm. Wybranym malcom proponowano wyjazd do Australii lub Kanady. Mówiono im, że ich rodzice nie żyją bądź się ich wyrzekli. Rodzicom natomiast tłumaczono, że po ich pociechy zgłosiły się bogate rodziny i że będą miały u nich lepiej.

Z początku wszystko wyglądało jak w bajce. Podczas rejsu dzieci dostawały doskonałe posiłki i sporo słodyczy. Zapewniano im zabawki oraz gry i rozrywki: wszystko, by jak najszybciej zapomniały o domu. Długa podróż była jednak tylko miłym preludium. Po przybyciu na miejsce dzieci rozdzielano pomiędzy państwowe sierocińce, domy opieki i rodziny zastępcze. Najczęściej trafiały na farmy położone w odludnym interiorze, gdzie panowały bardzo ciężkie warunki. Farmerzy nie traktowali nowo przybyłych jak członków rodziny, tylko jako darmową siłę roboczą. Rodzeństwa miały zakaz kontaktów, chłopców oddzielano od dziewcząt. Ci pierwsi najczęściej pracowali przy pracach rolniczych, a te drugie zaganiano do prac domowych – gotowania, sprzątania, prania i szycia. Ale dzieci pracowały nie tylko na farmach. „Zadania nie miały końca: mieszanie cementu, wytwarzanie cegieł, przenoszenie ich po rampach bez żadnych zabezpieczeń, a nawet bez butów. Jeśli cegły spadały, to wprost na nasze gołe stopy”, wspominał niemal 10 lat temu Tony Costa, który później został burmistrzem miasteczka Subiaco w Australii Zachodniej.

Dzieci najczęściej zmuszano do pracy przez siedem dni w tygodni. Powtarzającym się motywem w ich wspomnieniach jest także molestowanie seksualne oraz kary cielesne. „Zdałam sobie w końcu sprawę, że nigdy nie byliśmy dziećmi. Byliśmy darmową siłą roboczą bez żadnej nagrody. Spodziewać się mogliśmy tylko kary”, mówiła anonimowo w 2004 r. jedna z ofiar.

Dziecięcy imigranci długo czekali na sprawiedliwość. Doczekali się jej dopiero w 2009 r., niemal 40 lat po zakończeniu haniebnego procederu. Ówczesny premier Australii Kevin Rudd powiedział: „Przepraszamy, że jako dzieci zostaliście zabrani swoim rodzicom i umieszczeni w instytucjach, w których tak często doświadczaliście molestowania. Przepraszamy za cierpienie psychiczne, głód emocji i zimny brak miłości, czułości i troski”. Zrobił to w Canberze w obecności tysiąca dorosłych już ludzi, którzy stracili swoje dzieciństwo. Kilka miesięcy później na gest przeprosin zdobył się także premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown. Niektórzy z dziecięcych imigrantów dopiero wtedy mogli poszukać śladu swoich prawdziwych rodzin.

Skradzione pokolenia

Przeprosiny Rudda odnosiły się jednak nie tylko do młodych, przymusowych imigrantów. Zamorscy małoletni stali się częścią zjawiska, które w Australii funkcjonuje dziś pod nazwą „Zapomnianych Australijczyków”. Ofiarami państwowego systemu opieki nad dziećmi byli także ci urodzeni już na antypodach. Wśród nich wyróżnić należy „skradzione pokolenia”. Termin ten odnosi się do dzieci rdzennych mieszkańców Australii, które odbierano rodzicom – dobrowolnie bądź pod przymusem – w latach 1910–1970.

Pod panowaniem białych kolonistów Aborygeni nie mieli łatwego życia, przez wiele lat nie byli uważani za ludzi. Aż do połowy lat 60. nie byli brani pod uwagę przy spisach ludności. Ich kultura i zwyczaje duchowe, wedle oficjalnych planów, miały wyginąć ze względu na swoją ułomność. Pojawił się program asymilacji, który miał zapewnić powstanie jednorodnej, białej kultury australijskiej. Realizacją tego planu było właśnie odbieranie dzieci rdzennym mieszkańcom. Szczególnie upodobano sobie te z rodzin mieszanych, gdyż uważano, że łatwiej można z nich wykorzenić złe zwyczaje. Część była umieszczana w państwowych instytucjach, część skierowana do adopcji do białych rodzin. Plan zakładał, że w wyniku przymusowej asymilacji w ciągu trzech lat Aborygeni znikną z australijskiej ziemi. Efektem prowadzonej przez 60 lat polityki jest bezpowrotna utrata języków, kultury, tańców i pieśni wielu aborygeńskich ludów (przed przybyciem Europejczyków Aborygeni posługiwali się ponad 200 odmiennymi językami). A tysiące osób do dziś musi radzić sobie z traumą oderwania od rodziny. Nierzadko także zdarzały się przypadki wykorzystywania seksualnego odebranych dzieci.

Ich rodzice nie mieli łatwiejszego życia. Odbierano im ziemię i wypędzano z rezerwatów. Na świętych dla nich terenach budowano kopalnie i osiedla. Jednym z najbardziej znanych dzieł australijskiej kultury masowej jest piosenka „Beds Are Burning” grupy Midnight Oil, przejmujący protest przeciwko wieloletnim represjom, jakim poddawano w Australii rdzenną ludność. Zespół napisał ją w 1987 r., a wtedy o mrocznych stronach australijskiej historii nie mówiło się jeszcze głośno. Tekst utworu odnosi się do gehenny, którą przeszło aborygeńskie plemię Pintupi. Była to jedna z ostatnich grup etnicznych zamieszkujących pustynie na australijskim Terytorium Północnym. W latach 50. zostali wysiedleni ze swojej ziemi, aby zrobić miejsce na wojskowy poligon. Nieprzystosowani do życia w cywilizacji cierpieli na różne choroby, takie jak żółtaczka i zapalenie opon mózgowych, które zabiły jedną szóstą ich populacji. Za zabraną przez rząd ziemię nie dostali ani centa odszkodowania. Ostatnich dziewięcioro Pintupich odnaleziono na pustyni w 1984 r.

W historii przeboju Midnight Oil jak w lustrze odbija się kwestia stosunku białej większości do rdzennych mieszkańców antypodów. W 2000 r. o „Beds Are Burning” znów mówił cały świat. Sydney gościło igrzyska olimpijskie, a Midnight Oil mieli zagrać na ceremonii zamknięcia. W czasie sportowej imprezy znów na tapecie znalazła się kwestia traktowania Aborygenów. Stało się tak za sprawą fenomenalnej biegaczki Cathy Freeman. 25 września 2000 r., wśród nieprawdopodobnej wrzawy ponad 112-tysięcznej publiczności, zdobyła ona złoty medal w biegu na 400 m. Po raz pierwszy w niespełna stuletniej historii swojej niepodległości Australia poczuła się zjednoczona. „To była niezapomniana minuta, podczas której wszyscy wstrzymaliśmy oddech” – pisał największy australijski dziennik „The Sydney Morning Herald”. „W przyszłości każdy z nas będzie pamiętać dzień 25 września 2000 r. i co wtedy zrobiła dla nas Cathy Freeman, nawet jeśli nie było nas wtedy na Stadionie Olimpijskim” – podsumowała wyczyn Aborygenki gazeta. Po zwycięstwie, podczas rundy honorowej, biegła z dwoma flagami: oficjalną australijską oraz nieoficjalną, którą posługują się rdzenni mieszkańcy. To nie był pusty gest – babcia biegaczki pochodziła ze „skradzionego pokolenia” i ją też odebrano rodzicom. „Nigdy nie będę mogła poznać części mojej rodziny i jej historii” – podkreślała biegaczka. Gest Freeman stał się symbolem rekoncyliacji między białymi a Aborygenami. W debacie publicznej pojawił się postulat przeproszenia rdzennej ludności, jednak ówczesny premier Australii, konserwatysta John Howard, odmówił złożenia przeprosin. Midnight Oil podczas swojego występu w czasie ceremonii zamknięcia igrzysk dostali zakaz wygłaszania politycznych deklaracji, mimo tego muzycy wystąpili przed ponad stutysięczną publicznością na stadionie olimpijskim (oraz przed miliardem telewidzów) ubrani w czarne stroje z napisem „Sorry”.

Na oficjalne przeprosiny Aborygeni czekali jeszcze osiem lat. Na gest zdobył się dopiero następca Howarda, Kevin Rudd. Czy to oznacza, że „skradzione pokolenie” to już kwestia przeszłości? Niestety, ta historia wciąż czeka na happy end. Dzieci Aborygenów w majestacie prawa są odbierane rodzicom. Obecnie małoletni rdzenni mieszkańcy stanowią 35 proc. wszystkich podopiecznych państwowych instytucji opiekuńczych, podczas gdy mali Aborygeni stanowią jedynie 4,4 proc. dziecięcej populacji Australii. Jest ośmiokrotne większe prawdopodobieństwo, że dzieci z rdzennych rodzin będą przedmiotem interwencji służb socjalnych niż ich rówieśnicy z białych rodzin.

Ludzie z łodzi

Od polityki „białej Australii” odchodziły kolejne rządy od zakończenia II wojny światowej. Ale strach przed obcym nadal jest w australijskim społeczeństwie silny. Obecnie jego ucieleśnieniem jest lęk przed boat people. Chodzi o uchodźców, którzy, podobnie jak w Europie, docierają do brzegów Australii w przepełnionych łodziach i szukają lepszego życia. Tak naprawdę problem jest marginalny. Szczytem aktywności morskiego szlaku poszukujących azylu były lata 2012–2013, kiedy do wybrzeży Australii dotarło ponad 25 tys. ludzi. Jednak od dwóch lat w oficjalnych statystykach nie ma już żadnego uchodźcy, który dobiłby do australijskiego brzegu. Skąd ten cud? Oprócz zaostrzenia polityki imigracyjnej, które poparły bez zastrzeżeń w zasadzie wszystkie główne partie, od 2013 r. wszelkie kwestie związane z ochroną granic przed azylantami przeszły pod jurysdykcję wojskową. W ramach operacji „Suwerenne granice” wojsko patroluje okolice australijskiego wybrzeża. Łodzie z emigrantami są albo holowane do Indonezji, albo ich pasażerów umieszcza się w nowoczesnych łodziach ratunkowych i odsyła z powrotem, dalej od australijskiej ziemi. Jeśli jednak mieliby więcej szczęścia, tj. udałoby im się dotrzeć do australijskiego terytorium, to i tak nie oznaczałoby, że najgorsze mieliby za sobą. Ci, którzy wnoszą wniosek o azyl w Australii, zostają odsyłani do ośrodków w Papui-Nowej Gwinei i Nauru, gdzie przebywają przez wiele miesięcy. Oficjalnie nazywa się je ośrodkami zatrzymania, ale australijscy aktywiści krytykują je, bo ich zdaniem nie różnią się one niczym od więzień. Nie ma w nich odpowiedniej liczby sanitariatów, warunki mieszkaniowe są złe, a internowani nie mogą nawet schronić się przed upałem. W ubiegłym roku raport na temat stanu ośrodka w Nauru opublikował brytyjski „Guardian”. Okazało się, że ponad połowa incydentów w obozie dotyczy dzieci. Są one ofiarami wykorzystywania seksualnego, również przez strażników. Jedna z ujawnionych przez brytyjskich dziennikarzy spraw mówiła o dziecku, które prosiło o możliwość brania dwa razy dłuższego niż regulaminowego prysznica (cztery zamiast dwóch minut). Uwzględnienie prośby uzależniono od możliwości oglądania czynności przez obozowego strażnika. W obozach w Nauru i Papui-Nowej Gwinei przebywa obecnie ponad tysiąc azylantów.

Prędko do Australii nie trafią. Wśród sporej części Australijczyków istnieje popularny pogląd, że „country is full” (kraj jest pełen). Wyraża się w nim przekonanie, że Australia, na której ogromnym terytorium mieszka mniej niż 30 mln ludzi, nie może przyjąć więcej imigrantów. To z kolei emanacja strachu Australijczyków: ich kraj to kraina dobrobytu, jakich mało na świecie. Produkt krajowy na głowę mieszkańca wynosi tam prawie 50 tys. dol. Żyje się tam wspaniale, co dobrze odzwierciedla także inna statystyka: ponad dwie trzecie ludności mieszka w odległości kilkudziesięciu kilometrów od morza. Australia przeszła też suchą stopą przez światowy kryzys finansowy i stała się jednym z najbardziej popularnych kierunków imigracyjnych dla Brytyjczyków i Irlandczyków. Boat people do tej narracji nie pasują, bo samą swoją obecnością powodują dyskomfort. Przypływają do Australii z gorszego świata, który czai się tuż za rogiem.