ARMIA

– Oczekuję przejrzystej polityki kadrowej – mówił wczoraj prezydent Andrzej Duda na dorocznej odprawie rozliczeniowo-koordynacyjnej kierownictwa MON i najwyższych dowódców wojskowych. Dodawał w tym kontekście, że „trzeba mieć odwagę i mówić prawdę, choćby była najtrudniejsza”. Było to wyraźne nawiązanie do licznych odejść generałów w ostatnich miesiącach.

Przez pierwsze półtora roku swojej kadencji prezydent sprawom wojska nie poświęcał zbytnio uwagi i nie wpływał na jego bieżące funkcjonowanie. Decyzje nie były z nim konsultowane. Głośno było natomiast o oficjalnych pismach wysyłanych z prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego z prośbą o wyjaśnienie niektórych rozstrzygnięć resortu. Brak aktywności prezydenta w dziedzinie obronności obrazuje fakt, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego przez półtora roku zebrała się ledwie dwa razy. – O ukończoną pod koniec marca 2016 r. aktualizację Planu Modernizacji Technicznej ośrodek prezydencki spytał po pół roku – mówi jeden z pracowników resortu.

Słabość prezydenta w kwestiach obronnych wynika po trochu z siły ministra obrony Antoniego Macierewicza, który nie zwykł konsultować większości swoich decyzji z ośrodkiem prezydenckim. Bywało tak, że Macierewicz próbował blokować kontakty generałów z prezydentem.

Dudę od jego poprzedników odróżnia to, że nie ma on doradców do spraw wojskowych w takiej randze, jakimi otaczali się jego poprzednicy. Dopiero w ostatnich miesiącach próbuje wywalczyć wpływ na armię. Na razie są to gesty symboliczne. Poważnym testem będzie ostateczny kształt reformy systemu kierowania i dowodzenia Wojska Polskiego, która powinna być uchwalona przez Sejm w najbliższych miesiącach. Wiadomo, że w BBN powstała koncepcja nieco odmienna do pomysłów MON.

Eksperci wskazują równocześnie, że na plus obecnemu prezydentowi można zapisać to, że stara się dbać o przemysł zbrojeniowy. Zorganizował w tej sprawie kilka spotkań, a przedstawicieli zbrojeniówki chętnie zabiera w międzynarodowe delegacje.

Ośrodek prezydencki był znacznie silniejszy za Bronisława Komorowskiego, gdy szefem BBN był generał Stanisław Koziej. – Z prezydentem spotykaliśmy się dość regularnie, często konsultowaliśmy telefonicznie. Po wybuchu konfliktu na Ukrainie praktycznie codziennie – opowiada Tomasz Siemoniak, minister obrony w latach 2011–2015.

W latach 2007–2010, gdy prezydentem był Lech Kaczyński, a ministrem obrony Bogdan Klich z Platformy Obywatelskiej, współpraca obu ośrodków była trudniejsza. Mimo to Kaczyński miał realny wpływ na wojsko. Udowodnił to, np. nominując jedynie trzech z piętnastu generałów przedstawionych mu przez Klicha. Pracę w tym czasie prezydentowi ułatwiali jego współpracownicy Władysław Stasiak i Aleksander Szczygło, który wcześniej był m.in. ministrem obrony i, co ważne, szacunek w wojsku.

Dwie kadencje Aleksandra Kwaśniewskiego obejmują także rok 1997, kiedy to przyjęliśmy nową konstytucję, która zmniejszyła uprawnienia prezydenta w kwestii obronnej. Ale ówczesny prezydent silne wpływy na wojsko i tak zachował. W latach 2001–2005 ministrem obrony był jego bliski współpracownik Jerzy Szmajdziński i współpraca układała się znakomicie. Na brak wiedzy o wojsku Kwaśniewski nie narzekał też, gdy premierem był Jerzy Buzek. Między innymi dlatego, że za współpracownika miał późniejszego szefa Wojskowych Służb Informacyjnych Marka Dukaczewskiego, o którego rozległych wpływach w wojsku do dziś krążą legendy.

Dzisiaj prezydent Andrzej Duda znów będzie miał okazję pokazać się jako zwierzchnik Sił Zbrojnych – oficjalnie przywita żołnierzy NATO, którzy będą stacjonować w okolicach Orzysza, i spotka się z głównodowodzącym wojsk Sojuszu.

Słabość prezydenta wynika z siły ministra obrony