Posłowie na poziomie gimnazjum i polityczny spór przypominający żenujący film dla młodzieży. To wszystko byłoby zabawne, gdyby nie rzeczywistość, która dzieje się poza piaskownicą. Strategiczne zagrożenie ze strony Rosji, a przede wszystkim – mający bezpośredni wpływ na miliony polskich obywateli i setki tysięcy przedsiębiorców – pełzający rozpad Unii Europejskiej. Groźba ograniczenia dostępu do najważniejszego rynku eksportowego. Ryzyko zakwestionowania całego dotychczasowego modelu rozwoju gospodarczego. Stoczenie się w geopolityczną szarą strefę. Mamy przed sobą perspektywę ruchów tektonicznych na rynku finansowym. Polska musi odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania o miejsce w Europie i znaleźć sposób na stworzenie nowego modelu rozwoju gospodarczego. Musimy poradzić sobie z wyzwaniami ekologicznymi, medycznymi, edukacyjnymi i wieloma innymi.

Wobec tych wszystkich wyzwań polska polityka – i co gorsza polska debata publiczna – jest bezradna. Koncentruje się na piaskownicy. Absolutnej drobnicy. Doraźnej, taktycznej grze politycznej. Sytuacja, która mogłaby być rozwiązana w 5 minut, zmienia się w operę mydlaną i okazję do bezproduktywnego obrzucania się błotem.

Teoretycznie wydarzyło się tak wiele. Mieliśmy zamach stanu, ciamajdan, dyktaturę, nocne protesty, kompromitacje opozycji i pęknięcia w rządzącej koalicji. Ale tak naprawdę po trzech tygodniach wojny jesteśmy dokładnie w tym samym punkcie, w którym byliśmy przed świętami. Brudni od błota. Zmęczeni. Jeszcze bardziej wzajemnie się nienawidzący. PiS zyskał kilka punktów procentowych w sondażach, Platforma wyprzedziła Nowoczesną, PSL zdystansował się od obydwu obozów. Kilka gazet, tygodników i portali grzało wyniki. Kilku dziennikarzy, polityków i celebrytów podlansowało się zdjęciami i wpisami w mediach społecznościowych. Obie strony szybko zanurzyły się w sporze, bo był doskonałą okazją do ukrycia własnej miałkości i pustki.

Miałka jest opozycja. Bo nie potrafi zaproponować wyborcom atrakcyjnej narracji, która byłaby bliska codziennym problemom, a jednocześnie stanowiłaby sensowną alternatywę wobec programu socjalnego PiS. Pustka PiS, któremu brakuje pomysłu na to, jak poradzić sobie z długoterminowymi wyzwaniami – zarówno wewnętrznymi, jak i – lub przede wszystkim – zewnętrznymi. Możemy nadal się bawić w naszej gimnazjalnej piaskownicy, ale w ten sposób egzaminu dojrzałości nie zdamy.

Co więcej, jak pokazują wyniki sondażu – większość Polaków sporem sejmowym jest zmęczona i zwyczajnie go nie rozumie. Nie potrafi wskazać zwycięzcy, częściej mówi o wspólnej przegranej wszystkich stron. Wojnie pozycyjnej na wykończenie.

Ten wynik jest podobny do opinii Polaków wyrażonej po sporze o Trybunał Konstytucyjny. Wtedy też trudno było wskazać zwycięzcę, a racje były rozmyte. Wówczas efektywna okazała się strategia głównej partii politycznej w Polsce. Prawo i Sprawiedliwość uchwalało jedna po drugiej ustawy naprawcze i rozmyło istotę sporu konstytucyjnego. Podobnie jest teraz. W zalewie spotkań z dziennikarzami, propozycji mediacji, wyciąganych rąk i  sprzecznych komunikatów udało się rozmyć istotę sejmowego sporu budżetowego. Skoro Polaków do swoich racji nie udaje się przekonać, trzeba ich zamęczyć i zniechęcić. Obrzydzić im politykę. Przekonać o jej nieistotności. O tym, że spory toczone przez posłów i prezesów partii są bez znaczenia. Że rzeczywistość, prawdziwe życie jest gdzie indziej, poza Sejmem, poza tym całym bałaganem.

Jak na razie się to udaje. PiS odpycha od siebie problemy. Opozycja nie potrafi przejąć inicjatywy. Jedna i druga strona sporu przekonują nas o swojej nieistotności. I w końcu i jedna, i druga strona zapłaci za to cenę. Nie można w nieskończoność uprawiać politycznego teatru. Na końcu wyborcy naprawdę uwierzą, że widzą nie polityków, ale kiepskich aktorów.

Już teraz możliwości mobilizacyjne obu obozów są niskie. Demonstracje są odwoływane, tłumy gromadzą nie politycy, ale działacze społeczni czy akcje mediów społecznościach. Sprawy istotne są poruszane przez aktywistów.

Może zgodnie z opiniami niektórych politologów wymiana pokoleniowa, która czeka nas w polityce, będzie zmianą na gorsze. Ale patrząc na spektakl, który zafundowali nam obecni liderzy, trudno w to uwierzyć. Może jestem idealistą, ale chcę wierzyć w to, że kiedy przyjdzie nam w 2017 r. mierzyć się z naprawdę ważnymi, konkretnymi problemami, kiedy będziemy musieli odpowiedzieć sobie na kluczowe pytania o naszą przyszłość – polityczni aktorzy wezmą wolne w teatrze albo zejdą ze sceny. Bo tego się już naprawdę nie da oglądać.